No, panie szofer, chuchnij pan! Jazda po pijaku wczoraj i dziś

Krzysztof Błażejewski 17 stycznia 2014

Jazda samochodem, ciągnikiem czy rowerem po spożyciu alkoholu wcale nie jest plagą ostatnich lat. Ze zjawiskiem tym nie potrafiono sobie poradzić ani w międzywojniu, ani w PRL-u.

Fot.: Archiwum

W pierwszych latach rozwoju motoryzacji na stan trzeźwości prowadzących nikt nie zwracał uwagi. W II Rzeczypospolitej problem był już widoczny. Sprawcami wielu groźnych w skutkach wypadków byli kierowcy znajdujący się pod wpływem alkoholu. Ówczesna policja nie sprawdzała stanu trzeźwości, nie miała bowiem żadnych przyrządów.

Wiele dyskusji w naszym regionie wywołał wypadek, do którego doszło w kwietniu 1929 roku w Toruniu. Szofer Jan J., zdążając ze Starego Miasta w stronę Bydgoskiego Przedmieścia przy ul. Chopina, nie zatrzymał się w porę i wjechał w grupę ludzi wysiadających z tramwaju. Na miejscu zginęła kapitanowa Piasecka. Sprawca wypadku skazany został na karę pół roku więzienia, jednak kwestii tego, czy był pod wpływem alkoholu, czy też nie, w ogóle nie podnoszono!


Zarówno w rozporządzeniu Prezydenta Rzeczypospolitej, wydanym w 1928 roku, jak i zamieszczonym w 1930 roku w czasopiśmie „Samochód” swoistym kodeksie kierowcy „Bądźcie ostrożni na jezdni” nie znalazło się ani jedno słowo o alkoholu. Jednak inż. Adolf Landau w tym samym piśmie rok później przestrzegał: „Automobilista powinien pamiętać, że napoje wyskokowe nic nie pomogą na zimno. Spotykałem nieraz w nocy samochody, których kierowcy byli w takim stanie podniecenia wódką, przy którym zmysły tępieją, a przytomność umysłu pozostawia wiele do życzenia. Stan taki pociąga za sobą nieostrożną jazdę i naturalnie wypadki. Im mniej alkoholu wypitego, tem lepiej, czy to w dzień czy to w nocy dla powożącego i dla maszyny powierzonej jego pieczy”.

28 grudnia 1931 roku autobus prowadzony przez nietrzeźwego kierowcę w okolicy Inowrocławia wpadł na drzewo. Jedna pasażerka zginęła na miejscu, pozostałych siedmioro odniosło ciężkie obrażenia. Po tym wypadku minister Sławoj-Składkowski zaostrzył kary za przekroczenia drogowe, ani słowem jednak nie wspomniał o odpowiedzialności za prowadzenie pojazdów w stanie nietrzeźwym.

Tuż przed wojną do głosu doszli ci, którzy domagali się zmian. Opierali się na badaniach, one zaś dobitnie wykazały, że skutki wypadków, w których kierowca pojazdu znajdował się pod wpływem alkoholu, były o wiele poważniejsze. „Jeden mały kieliszek wystarczy - można było przeczytać w „Samochodzie” - aby wypadek nieszczęśliwy, któryby i bez tego się wydarzył, przybrał rozmiary znacznie większe niż gdyby szofer było zupełnie trzeźwy. Po opublikowaniu tych danych podniosły się głosy, by stosować inne kryterja. Dotychczas bowiem uważa się kierowcę za trzeźwego, gdy nie znać po nim, że wypił jeden lub kilka kieliszków. Trzeba już zdradzać wyraźne ślady nietrzeźwości, by być uznanym przed sąd za pijanego”.

„Nie ma dnia, żeby na terenie Torunia i bliższej czy dalszej okolicy nie zdarzył się wypadek samochodowy” - pisało „Słowo Pomorskie” w 1937 roku. - Raz po raz rowerzyści i pijani przechodnie stają się ofiarami, nierzadko naskutek tego, że szoferzy uprzednio, nim zasiedli do auta, pili alkohol”.

Samochód wpada do kanału


Tuż po wojnie do głośnego wypadku doszło w Bydgoszczy. 20 lipca 1947 roku przy VI śluzie odbywała się zabawa ludowa Związku Zawodowego Chemików. 31-letni szofer „Persilu” wieczorem miał odstawić samochód do garażu. Zabawowicze prosili go jednak o podwiezienie na Jachcice. Kierowca, mimo że wcześniej sporo już wypił, wyjechał na ul. Grunwaldzką i gdy skręcał w Bronikowskiego, autem zarzuciło. Pojazd wpadł na chodnik, potrącił dwoje przechodniów, uderzył w barierkę i spadł z ośmiu metrów do kanału. Dwie osoby zginęły na miejscu, reszta pasażerów odniosła obrażenia. Winny wypadku skazany został na karę 2,5 roku pobytu za kratami.

- W latach 60. na wyposażeniu milicji pojawiły się tzw. baloniki, które stosowano dla sprawdzenia, czy kierowca pił alkohol - wspomina jeden z milicjantów dawnej drogówki. - Tak naprawdę urządzeniem była probówka. Trzeba było upiłować jej koniec i nadziać nań zwykły balonik, nałożyć z drugiej strony ustnik i podać delikwentowi do dmuchania. W ampułce znajdowały się kryształki zestalonego gazu, które pod wpływem wydychanego powietrza zawierającego alkohol barwiły się na zielono. Intensywność barwy wskazywała zawartość alkoholu. Balonik służył jedynie do tego, by sprawdzić, czy delikwent rzeczywiście dmuchał. Osoby, których oddech barwił probówkę, zabierano na pogotowie, żeby pobrać krew. Policjanci mieli jednak cichy nakaz oszczędzania probówek. Sprowadzało się to do tego, że najpierw milicjant wołał kierowcę: „Panie, chuchnij pan!”. Jeśli poczuł alkohol, sięgał po balonik, jeśli nie, odpuszczał badanie.

2 kwietnia 1969 roku w Toruniu na ul. Lubickiej kursowy autobus „San” do Golubia-Dobrzynia wpadł pod lokomotywę na niestrzeżonym przejeździe kolejowym. Doszczętnie zniszczona została przednia prawa strona autobusu. 16 pasażerów przewieziono do szpitala. Winowajca, manewrowy pociągu, ukarany został półtorarocznym wyrokiem i dyscyplinarnym zwolnieniem ze służby. 8 marca tego samego roku na ul. Poznańskiej milicja ścigała jadącego zygzakiem żubra, który potem wjechał do bazy PKS i uderzył w pusty na szczęście autobus. Ponieważ była to recydywa, kierowca skazany został na 2 lata pozbawienia wolności.

I „Porządek” nie pomógł


Na początku 1972 roku w naszym regionie zapoczątkowano akcję „Porządek”, skierowaną przeciwko osobom nietrzeźwym - spotkanych na ulicach pijanych zawożono do izby wytrzeźwień, rano stawali oni przed kolegium ds. wykroczeń i od razu byli kierowani do specjalnych brygad roboczych porządkujących miasto. 5 maja tego roku opublikowano uchwałę Rady Ministrów o zaostrzeniu walki z alkoholizmem, także na drogach.

13 stycznia 1981 roku Biuro Ruchu Drogowego Komendy Głównej MO informowało: „Najpoważniejszym obecnie problemem bezpieczeństwa na drogach jest stan nietrzeźwości zarówno pieszych, jak i kierowców. Na drogach woj. toruńskiego w 1980 roku z ponad 700 wypadków sprawcami 121 byli nietrzeźwi kierowcy”. W 1984 roku odsetek ten wzrósł do jednej trzeciej. Efektem była wielka kampania społeczna, domagająca się zaostrzenia kar za jazdę na podwójnym gazie. Rok później tak się rzeczywiście stało. Niczego to nie zmieniło. Na jeździe pod wpływem przyłapywano księży, sędziów i prokuratorów, lekarzy, polityków i... komendantów policji. Tak też jest do dziś.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 02-04-2017 22:22

    Brak ocen 0 0

    - Tomcio : PIV 4724 bez złudzeń :-D

    Odpowiedz

  2. 06-04-2014 20:04

    Oceniono 1 raz 1 0

    - Generał: Ale zdjęcie przedstawia urywek miasta Piła !!!

    Odpowiedz

  3. 01-04-2014 19:15

    Oceniono 2 razy 1 1

    - Grzegorz T.: Te wszystkie wypadki to fraszka, w porównaniu z tym co zrobił minister Beck w Londynie, w kwietniu 1939 roku. Poniewaz tuż przed wyjazdem chlał na umór, więc lekarz Wojnowski upuścił mu krwi i naszpikował narkotykami, uszkadzając przy tym zyly, które mocno krwawily. W Londynie strofował Chamberlaina, domagającego się aby Polska przepuścila Hitlera na Moskwę, czyli w tym celu udostępnila Korytarz. Rezultat - 6o mln istnień ludzkich

    Odpowiedz