Pan Edward na klamki nie chodzi

Piotr Schutta 10 stycznia 2014

Na ulicy od dwudziestu lat. Nikomu niepotrzebny. Ale sam też nikogo nie potrzebuje. Nie żebrze, nie kradnie. Zimą jego domem są piwnice i klatki schodowe. Resztę roku spędza pod gołym niebem, w krzakach, w lesie.

Fot.: Piotr Schutta

ad przerzedzonym żywopłotem odgradzającym ogródki działkowe od ulicy wielkomiejskiego blokowiska wyrasta postać mężczyzny. Ma ponad 190 centymetrów wzrostu. Wiek trudno określić, bo twarz zarośnięta jest długą, pożółkłą brodą, a oczy osłania daszek kiedyś jasnozielonej czapki.


- Mam sześćdziesiąt dwa lata. Jestem Edward - przedstawia się i chce wyciągnąć dłoń na powitanie, ale rezygnuje. Dwadzieścia lat spędzonych na ulicy nauczyło go, że takim jak on ludzie ręki nie podają. W pobliskim supermarkecie, w którym kupuje denaturat, za każdym razem zderza się ze spojrzeniami. Jedni patrzą z pogardą, inni ze współczuciem, wielu z niedowierzaniem, prawie wszyscy z odrazą.

- W życiu nie myślałem, że tak skończę. Takiemu jak ja w twarz bym kiedyś napluł. Po lasach mieszkać, w krzakach, pod namiotem? - mówi z trudem, próbując zapanować nad drżeniem ciała.

- To kac. Zaraz pójdę do skupu, zaniosę trochę puszek. Cztery złote chyba dostanę. Potem do sklepu - zarysowuje z grubsza plan na najbliższy dzień, który właśnie się dla niego szczęśliwie rozpoczął. Nikt go nie pobił, nie podpalił, nie okradł. Nie było mrozu ani ulewy. Mimo kilku stopni poniżej zera udało mu się przetrwać kolejną noc pod gołym niebem. To znaczy pod folią prowizorycznego szałasu, pod śpiworem i trzema kocami.

- Ale wilgoć jest. Nawet jak nie pada, to i tak wszystko rano mokre - mówi z trudem utrzymując równowagę na sztywnych nogach.

- Nogi strasznie mnie bolą. Odmroziłem. Ledwo chodzę - tłumaczy i próbuje zebrać puszki zrzucone na gromadkę obok szałasu. Niedawno patrol straży miejskiej wezwał do niego pogotowie ratunkowe. Zabrali go do szpitala, w którym spędził tylko kilka godzin. Lekarz z izby przyjęć odesłał go do izby wytrzeźwień dla bezdomnych. O konieczności leczenia odmrożeń nie wspomniał.

- Do mnie nic nie mówił. Coś tam grypsnął pod nosem i zawieźli mnie na izbę. Ale miałem tylko 0,38 promila. Cztery godziny odpękałem i do widzenia - mówi.

Wokół piętrzy się hałda śmieci, które przyniósł z okolicznych śmietników. Dwa dywany, leżanka, kółka od wózka dziecięcego, kilka kołder okrytych szczelnie grubą folią i mnóstwo worków skrywających rozmaite skarby. Obok wejścia do namiotu leży figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem.

- Pilnuje mi drzwi - uśmiecha się pan Edward, odsłaniając dwa spróchniałe zęby. - Chyba do połowy zimy tu wytrzymam - zastanawia się. A potem? Potem klatka schodowa.

Na terenie opuszczonych ogródków działkowych na obrzeżach dużego blokowiska koczuje od lata. Ma tu spokój i możliwość urządzenia prowizorycznego siedliska. Od czasu do czasu zagląda tu straż miejska i proponuje mu przewiezienie do schroniska dla bezdomnych, ale pan Edward odmawia.

- Byłem tam już trzynaście razy. To nie na mój charakter i nie na moje nerwy. Kłócą się, biją. Jak całą wiosnę i jesień człowiek chleje, a potem na zimę idzie do schroniska i musi odstawić picie, to wiadomo, szajby dostaje - opowiada.

Był w schronisku w styczniu 2013 roku. Wytrzymał dwa miesiące. Wtedy też ostatni raz się kąpał. Zamyśla się na chwilę, gładzi po brodzie.

- Uhm, to było wtedy. Dwa dni po kąpaniu odeszłem - przypomina sobie. Zimę udało mu się przeczekać w piwnicy dawnego hotelu robotniczego. - I calutką zimę żem jakoś przepękał - dodaje.

Je co popadnie. Pożywienie znajduje w śmietnikach albo przynoszą mu ludzie. Ma zasadę - nie żebrze.

- Tutaj bardzo dobrzy ludzie mieszkają. W święta dostałem tyle jedzenia, że aż strach. Bigosy, sałatki mi ludzie znosili. Czasem ktoś mi kanapkę przyniesie albo zupę. Nigdy nie odmawiam - mówi pan Edward. „Na klamki” nie chodzi. W slangu bezdomnych to żebranie po domach, w którym tak naprawdę nie chodzi o zbieranie pożywienia, tylko o pieniądze.

Jego charakterystyczną postać znają na osiedlu. Kiedyś w czerwonym kapeluszu kibica, teraz w czapeczce browarów Lech. Czasem przysiądzie na ławce niedaleko koczowiska i odurzony denaturatem zapada w drzemkę. Nie wszystkim się to podoba.

- No, co za łajza. Nalał pod siebie. Idź stąd, bo po straż miejską zadzwonimy - grożą mu często ludzie z osiedla. Pana Edwarda to nie odstrasza. Kilka lat temu młodzi chuligani próbowali go podpalić. Był wtedy w bunkrze schowanym w lesie na peryferiach osiedla. Udało mu się uciec. Poparzenie nie było groźne. Podobnych spraw nazbierało się przez te wszystkie lata sporo. Nie umie powiedzieć, ile razy został pobity, wyzwany, upokorzony.

Nie zawsze był „łajzą”. Przez wiele lat pracował jako galwanizator w dużym państwowym zakładzie produkcyjnym, a potem jako przyuczony do zawodu elektronik. Składał radia i magnetofony. Na ulicę trafił po śmierci żony na początku lat 90. Nie od razu.
- Jeszcze trochę opiekowałem się dziećmi, a potem poszłem w pijaństwo. No i się potoczyło. Eksmisja z mieszkania, dzieci do domu dziecka - niechętnie wspomina tamten czas. Nic nie zostało. Nie ma dzisiaj kontaktu z dziećmi.

- Jeden syn jest chyba w domu pomocy społecznej, a drugi gdzieś tu mieszka w kawalerce - wskazuje ręką w nieokreślonym kierunku.
- Ja jestem bity alkoholik. Mogę wytrzymać tydzień bez picia, ale nie dłużej. Mówiłem strażnikom: „Nie zabierajcie mnie, bo znowu będziecie musieli mnie wozić”.

Kilkanaście lat temu trafił do szpitala z powodu odmrożenia nóg. Spędził tam kilka długich miesięcy i został w końcu wyrzucony.
- Przez picie. Bo chlałem na umór. Na początku jakoś się trzymałem, ale kiedyś zauważyłem, że pielęgniarka nie zabiera resztek spirytusu, którego używała do zabiegów. Rozbełtałem to i się zaczęło. Tak myślę, że ona to zostawiała specjalnie. Wiedziała, że jestem alkoholikiem. Wszyscy wiedzieli. A potem zaczęli mnie odwiedzać koledzy. Normalnie to straszne łajzy, ale do szpitala elegancko się ubierali. I przynosili coś na gardło - rozgaduje się mężczyzna. - Miałem jeszcze wtedy rentę - zaznacza.

Dziś nie ma nic. Ani renty, ani emerytury, ani żadnego zasiłku. Z usług pomocy społecznej nie korzysta. Gdyby nawet któryś z ambitnych pracowników socjalnych postawił sobie za cel wyciągnięcie pana Edwarda z bezdomności, miałby problem. Po pierwsze, z namierzeniem mężczyzny, po drugie, z rejonizacją. Każdy ośrodek pomocy społecznej ma swój rejon. W przeciwieństwie do pana Edwarda, który raz jest tu, raz tam, nie uznając żadnych granic terytorialnych. Jedyną granica jest wytrzymałość jego organizmu na kaprysy aury i dawki alkoholu.

- Już nic w swoim życiu nie zmienię. Nie ma takiej opcji - zaznacza.

Kilka razy przechodził próby leczenia odwykowego. Zawsze kończyło się to marnie. O normalnym życiu już nie myśli.


Fakty
Coraz więcej bezdomnych


- W Polsce żyje ok. 31 tysięcy osób bezdomnych. Tak wynika z raportu Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, opracowanego na podstawie ogólnopolskiego liczenia bezdomnych, przeprowadzonego w lutym 2013 roku. Potwierdzają to również dane spisu powszechnego z 2011 roku. Liczba osób pozbawionych dachu nad głową rośnie. W 2013 roku doliczono się o 19 procent bezdomnych więcej niż trzy lata wcześniej.

- Zdaniem przedstawicieli organizacji pozarządowych, zajmujących się problemem wykluczenia społecznego, liczba ludzi bezdomnych w Polsce może jednak być dużo wyższa, nawet dziesięciokrotnie. Oficjalne badania obejmują bowiem tylko pomoc udzielaną bezdomnym przez instytucje i organizacje.

- Najwięcej bezdomnych przebywa na terenie województw mazowieckiego, śląskiego i dolnośląskiego. 80 procent ludzi bez domu to mężczyźni. Ale bezdomność dotyka też dzieci. Według wspomnianych badań jest ich w Polsce ok. 1,5 tysiąca.