Chcesz być lepsza od faceta? Musisz być hiperaktywna

Paulina Błaszkiewicz 3 stycznia 2014, aktualizowano: 03-01-2014 18:27

O kobietach w kulturze w rozmowie z dr MAGDALENĄ WICHROWSKĄ, filmoznawczynią, filozofką, dziennikarką.

Jeden z muzyków powiedział ostatnio: jak tu nie grać, skoro na większość naszych koncertów przychodzą kobiety. Chyba nie tylko na koncertach jest więcej kobiet niż mężczyzn...


O to trzeba zapytać kogoś, kto bada podobne zjawiska. Nie jestem specjalistką w tej dziedzinie. Gdybym miała pokusić się o jakąś mało profesjonalną diagnozę, powiedziałabym, że to jest naturalna konsekwencja naszej nadaktywności. Z badań socjologów, ale też z moich obserwacji wynika, że kobiety muszą być dzisiaj dużo lepsze od mężczyzn, bo trudniej im zrobić karierę czy po prostu dostać dobrą pracę. Studiują kilka kierunków, poszerzają przez to krąg swoich zainteresowań, więcej czytają. Ta mobilizacja doprowadza do tego, że są hiperaktywne. Wiem to też po sobie, pracuję jednocześnie nad kilkoma projektami. Wprost proporcjonalnie do liczby obowiązków zawodowych przybywa rzeczy, które chcę zrobić dla siebie - iść do kina, na koncert, przeczytać książkę. Ma na to wpływ wiele czynników, na przykład poszerzający się krąg znajomych (bo nowe przedsięwzięcia to nowe kontakty), ale też apetyt na życie. Aktywność nakręca, natomiast brak wyzwań, marazm i często bezmyślne wykonywanie tych samych czynności - spowalnia.

Myśli Pani, że dziś kultura adresowana jest głównie do kobiet?
A cóż to znaczy? Wróćmy do tego muzyka, który musi grać, bo na jego koncerty przychodzą kobiety. To jest taka kokieteria. Przecież obie wiemy, że marzy mu się pełna sala, bez względu na płeć. Artystom jest trudno, robią, co mogą, by utrzymać się na fali, mieć coś w portfelu. Jedynie giganci nie martwią się o pieniądze, przeciętny muzyk walczy o każdego słuchacza, o każdy „like” na Facebooku. Daleko bardziej od ładnej buzi w pierwszym rzędzie interesuje go to, czy będzie miał na spłatę kredytu i nową książkę. Pewnie, są spece od targetowania wszystkiego, ale czy człowiek, który faktycznie cieszy się z obcowania z kulturą, podda się ich widzeniu świata? On jest poza tymi ramami. Gdybym miała zmieścić się w tym wyznaczonym przez nich okienku, musiałabym czytać Grocholę, wzdychać do urodziwego wokalisty i zabierać swojego męża na komedie romantyczne. Moim zdaniem to tak nie działa, ale zaznaczam, że mam na myśli świadomych zjadaczy kultury, bo takich znam.

Zna Pani też doskonale kino, więc jak tu to wygląda?
Kino gatunkowe wypracowało pewne matryce lata temu. Według nich powinnam zasuwać właśnie na te komedie romantyczne i melodramaty, bez względu na ich wartość artystyczną.

Czyli mamy sztywny podział na kino kobiece i męskie?
Jeśli trzymalibyśmy się tego podziału, nie miałabym ochoty na krwawe jatki. Tymczasem od lat uwielbiam kino Quentina Tarantino. Dziś na kino warto spojrzeć szerzej, ponad sztuczne podziały gatunkowe. Otóż, od jakiegoś czasu dzieje się rzecz kapitalna. Dociera do nas coraz więcej dobrego kina. My już - myślę o polskiej publiczności - nie zadowalamy się ochłapami. Chodzimy na festiwale, Internet daje nam ogromne możliwości szukania dobrego kina, na szczęście jest coraz więcej szans na dotarcie do niego legalnymi kanałami. Szukamy tego, co dobre. Szukają i kobiety, i mężczyźni. Inaczej sprawa wygląda od kuchni. Mam na myśli przemysł filmowy.

No właśnie. Miniony rok był bardzo udany dla kobiet w przemyśle filmowym. Nastąpił jakiś przełom?
Wydaje mi się, że zdecydowanie tak. Do pewnego momentu w ogóle nie pisało się o artystkach, a to, co one robiły, było praktycznie niewidoczne, przemilczane i to nie tylko w kinie, ale w całej histori sztuki. Dziś to wszystko powoli i małymi kroczkami zaczyna się zmieniać. Jest nawet na to kilka przykładów. W minionym roku Agnieszka Holland stanęła na czele Europejskiej Akademii Filmowej. Zastąpiła Wima Wendersa i jest pierwszą kobietą w historii, która szefuje akademii. To z pewnością ważny moment, ale mam też świadomość, że to kropla w morzu. Kobietom w kinie jest bardzo trudno się przebić. W Hollywood karty rozdają mężczyźni. A ile mamy reżyserek w Polsce? Niewiele. Czy ich kino jest gorsze? Nie! A jednak jest im trudniej, począwszy od dostania się do szkoły filmowej, a skończywszy na dopinaniu filmowego budżetu. Dlatego cieszy mnie sukces Małgośki Szumowskiej. „W imię…” to jeden z ciekawszych obrazów minionego roku. I nie mam na myśli tak zwanego „gorącego tematu”, którym się zajęła. To bzdura! Ten film znakomicie pokazał, że znalazła swój odrębny język. Mamy świetną autorkę kina, nie skandalistkę. Czy mężczyzna mógłby zrobić właśnie taki film?