Dzisiaj w Betlejem...

Krzysztof Błażejewski 20 grudnia 2013

Nie ma tu już pasterzy, a chrześcijan pozostała zaledwie garstka. Do bezładnie rozbudowującego się arabskiego miasteczka dzień w dzień zdążają sznury pielgrzymów z Europy, Afryki i Ameryki Południowej. Czeka tu na nich gigantyczny jarmark.

Budzi mnie dziwny odgłos. Jakby zawodzenie, które kojarzy mi się początkowo z beczeniem kozy. Ki diabeł? Dopiero po chwili dociera do mnie, że w mrok sączy się monotonny, acz całkiem głośny śpiew muezina z wieżyczki pobliskiego meczetu. Jest piąta rano, czas na poranną modlitwę. Za mniej więcej godzinę zrobi się jasno i dzień nadejdzie w bardzo szybkim tempie, niemal bez świtu, do jakiego w Europie jesteśmy przyzwyczajeni.


„Kalinka” czy polonez?



Jestem w Betlejem. W tym Betlejem. Jednym z najważniejszych miejsc dla chrześcijaństwa na całym świecie. W miejscowości, którą chciałem zobaczyć, od kiedy cokolwiek zacząłem rozumieć. Kiedy budzę się ostatecznie, zastanawiam się, czemu nie słychać dzwonów?
Za chwilę śpiewak cichnie, ale z drugiej strony miasta dociera zawodzenie następnego. Potem odzywa się następny. I jeszcze jeden. W tym momencie byłem nawet gotów współczuć muezinom, że po nocy muszą się skrabać na wieżyczki minaretów.

- Dziś już nikt nie wchodzi na minarety - śmieje się ze mnie Mitzi Cohen, Żydówka urodzona w Polsce, mieszkająca w Izraelu od 1968 roku. - Śpiew puszczają z taśmy.
Czuję się oszukany. Podobnie jak wówczas, kiedy na widok nadciągającej fali turystów skrzypek na ulicy zaczyna grać „Kalinkę”, ale potem, nastawiwszy dokadniej ucha, rżnie aż miło poloneza „Pożegnanie ojczyzny” Ogińskiego. Po Rosjanach Polacy są drugą najliczniejszą grupą turystów odwiedzających Ziemię Świętą.

Palestyńskie dzieci, których w Betlejem kręci się pełno, mają lepsze wyczucie. „Jeden dolar”, „jeden dolar” - wykrzykują, prezentując mi wystrugane z drzewa, ponoć oliwnego, fujarki.
Mitzi wyjaśnia mi również, dlaczego rano nie słyszałem dzwonów.

- Tu jest dziesięć razy więcej meczetów niż kościołów. Dawniej w Betlejem mieszkało 80 proc. chrześcijan. Teraz proporcje się kompletnie odwróciły, muzułmanów jest nawet 96 proc. - mówi.
Potwierdza to rzut oka na ulice Betlejem. Jeśli na ulicy kobieta nie ma chustki na głowie, to musi być turystką z Europy.
- Istotą zmian jest różnica pomiędzy modelami rodziny chrześcijańskiej i muzułmańskiej - mówi Zion Goldberg, poznany w Polsce Żyd, którego matka była więźniarką Stutthofu.
- Ci pierwsi mają, jak Europejczycy, jedno-dwoje dzieci. Drudzy - siedmioro-ośmioro, a bywa, że więcej. Nie martwią się, kto te dzieci wyżywi. Allach chyba... - dodaje z wyraźną niechęcią. - Islamiści mają bardzo rygorystyczny patriarchat, dlatego są tak silni. Jeszcze trochę i nas zaleją, wypchną stąd. Chyba przyjdzie znów uciekać do Europy...

Zionowi nie wolno oficjalnie - jako Żydowi, obywatelowi Izraela i mieszkańcowi Tel Awiwu - przebywać na terenie Autonomii Palestyńskiej. Kiedy ma tu coś do załatwienia, przejeżdża granicę w miejscu, w którym nikt jej nie pilnuje. Takich miejsc jest wiele.

Z kałachem w garści



Jedyne oficjalne przejście graniczne między Izraelem i Autonomią w Betlejem jest praktycznie puste. Ponure to miejsce, po obu stronach otoczone wysokim, nieprzebytym murem, który jednak kończy się po kilkuset metrach. Dalej jest otwarta, niepilnowana przestrzeń. Betlejem, szybko i chaotycznie rozwijające się miasto, „przykleiło się” już właściwie do Jerozolimy, stając się jej przedmieściem. Tyle że obcym i wrogim...
Od strony palestyńskiej piach, gruzowisko i śmietnisko. Szary mur ożywia graffiti. W oczy rzuca się sylwetka zakwefionej kobiety z kałasznikowem w dłoni. Symbol odwiecznej wojny? Marzenie milionów? A jednak, mam wrażenie, agresji, nienawiści między Żydami i Palestyńczykami ani w Betlejem, ani po drugiej stronie granicy nie czuć. Jest bardzo spokojnie. Czuję się bezpiecznie.
Po stronie jerozolimskiej czyściutko, zielono, klomby z kwiatkami. Na murku dziesiątki Palestyńczyków. Czekają.

- To tradycyjne miejsce poszukiwania pracowników - wyjaśnia Zion Goldberg. - Jeśli ktoś chce do czegoś zatrudnić Arabów, to przyjeżdża z Izraela właśnie tutaj. Nie może to być jednak praca na czarno, bo na granicznym posterunku to sprawdzają. Ten, kto szuka zatrudnienia „na lewo”, czeka na pustyni, tam jest podobne miejsce, tylko ludzi dziesięć razy więcej...

W Betlejem nie ma żadnych zakładów produkcyjnych, niewiele się tu wytwarza. Poza warsztatami rzemieślniczymi Arabowie trudnią się obsługą turystów i handlują, handlują, handlują... Pamiątkami, odzieżą i obuwiem. Nie brzydzą się także wciskać przyjezdnym obcych im, chrześcijańskich symboli, a nawet zakazanych przez Koran alkoholi. Świetnie opanowali sztukę wmawiania, że sprzedają najtaniej.
Mam ochotę spróbować bajgla, tutejszego przysmaku, kiedyś znanego i w Polsce w żydowskich piekarniach. - Trzy dolary! - kategorycznie oznajmia arabski sprzedawca,
pokazując trzy palce.


Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (10) »



- Jeden dolar - proponuję, pomny rad o konieczności targowania się w tym świecie. Sprzedawca jednak nie podejmuje targu. Odchodzi.
Za chwilę wraca. - Dwa! - oznajmia. Widzę, że znajomość liczebników ma opanowaną co najmniej w kilku, jeśli nie kilkunastu językach. Kręcę głową i odchodzę.
Spotkamy się jeszcze raz, wieczorem. Na mój widok Arab niemal z radością sunie wózkiem i, sięgając bajgla, woła: - Jeden dolar!
Miał pecha. Już zjadłem bajgla gdzie indziej. Ignoruję go, a on niczego nie rozumie.

Brazylijska inwazja



Betlejemska Bazylika Narodzenia to najstarsza świątynia w całej Ziemi Świętej. Dziwnym trafem uniknęła zniszczeń w czasach nawały perskiej, a następnie arabskiej. Jej widok jednak bardzo rozczarowuje. Z zewnątrz surowa bryła średniowiecznej budowli otoczona jest murami trzech przytulonych do niej klasztorów: franciszkanów, greckiego i ormiańskiego. Dobudowano do bazyliki ledwie trzy dekady temu także kościół rzymskokatolicki św. Katarzyny. Sama bazylika należy do prawosławnych Greków.
W środku przed wejściem do Groty Narodzenia stoi długa kolejka. Okazuje się, że mam szczęście, bo czekam tylko około godziny. Stare, wyzierające spod tynku freski i fragmenty podłogowych mozaik z czasów jeszcze rzymskich na chwilę tylko przykuwają wzrok. Dużo ciekawsze jest przyglądanie się innym oczekującym. Etiopczycy, Koptowie, Hotentoci z Zimbabwe, Nigeryjczycy, Indianie z Chile, Brazylijczycy, Europejczycy... Przypominam sobie opowieść Ziona Goldberga o wielkim promie, który widział niedawno w Tel Awiwie.

- Przypłynęli pielgrzymi z Brazylii - mówił. - Wynajęli ponad 150 autokarów, wszystkie zapełnione do ostatniego miejsca...

Po Grocie Narodzenia wszyscy kierują się do sąsiednich jaskiń: do Groty Snu św. Józefa, do groty poświęconej rzezi niewiniątek wymordowanych przez Heroda, do miejsca, w którym św. Hieronim tłumaczył Biblię na łacinę (obok jest jego grób).
Kilkaset metrów dalej znajduje się tzw. Grota Mleczna, powstała w białym miękkim tufie. To tu Matka Boża miała karmić Dzieciątko podczas ucieczki Świętej Rodziny do Egiptu. Kilka kropel mleka miało upaść na skałę, która zrobiła się biała.

Cudowna moc białego proszku



Tuf z groty ścierany na pył cieszył się sławą już w średniowieczu. Dziś za kilkanaście dolarów można tu kupić w strunowej torebce sproszkowaną skałę - jej spożycie ma pomóc kobietom zajść w ciążę. Sprzedają ją w majestacie dobrego uczynku ojcowie franciszkanie. Przychodzą po nią i turystki, i Palestynki. Jak tu nie wierzyć w magiczną moc proszku, skoro ściany eleganckiego sklepu wyklejone są po sufit fotografiami dzieci, które urodziły się wyłącznie dzięki stosowaniu cudownego proszku?

Centrum Betlejem wypełniają kramy. Krzyżyki z oliwnego ponoć drewna (dziesięć sztuk za trzy dolary), figurki i różańce (tuzin za pięć dolarów) wytwarzają ostatni nie Mohikanie, ale betlejemscy chrześcijanie. Z tego się utrzymują. Tu też można zobaczyć niezakwefione Arabki, dziś już wielka rzadkość. Podobnie jest i na masowo odwiedzanym pobliskim Polu Pasterzy. Tam na całą rodzinę, która leży cały dzień plackiem, pracuje... wielbłąd. Wożąc turystów zarabia z pewnością więcej niż gdyby jego właściciel poszedł zwyczajnie do pracy.

W środku miasta bezustannie krążą łowcy okazji. Często bezbłędnie taksują narodowość przybysza i zachęcają do zakupów po polsku. Co chwilę ktoś wciska do ręki zestaw pocztówek, święty obrazek czy butelkę wody mineralnej. Za dolara. W sklepach woda kosztuje z reguły trzy razy więcej.

Spacer bocznymi ulicami Betlejem jest utrudniony. Chodniki są całkowicie zatarasowane albo samochodami, albo hałdami śmieci. Pozostaje, wzorem miejscowych, wędrować ulicą, uskakując przed pędzącymi pojazdami. Jest naprawdę „po arabsku”. Niektóre samochody są w stanie agonii, zobaczyć można Beduina pędzącego na osiołku, skryte w kątach opatulone postaci kobiet z wystawionymi na widok wyłącznie oczami, a w oddali, na wzgórzach, pustynne obozowiska.


Fujarka za dolarka


Na jednej z głównych ulic rzuca się w oczy sklep... polski, rozpoznawalny z daleka, dekorowany biało i czerwono. Z daleka widać napis „Wódka, wino, piwo”. Pod spodem „Woda, kawa, chałwa”. Na całą ulicę leci z głośników „Małgośka” Maryli Rodowicz. Co chwilę słychać w mieście strzelaninę. Ale to nie intifada, tylko kolorowe race bijące w niebo. Dziś czwartek, dzień wesel u muzułmanów przed świątecznym piątkiem.
Kiedy szykuję się do wyjazdu, znów dostrzegam grupkę malców z prymitywnymi fujarkami. Tym razem na mój widok wykrzykują „Fujarka za dolarka”. Kręcę głową z uznaniem. Zdolny naród.