Więzienia za długi - jak u Dickensa

Przemysław Łuczak 20 grudnia 2013

„Anglik czy Niemiec, który nie może związać końca z końcem, idzie po zasiłek, a Polak po pożyczkę. A jednocześnie prawo własności jest u nas święte. Dług nie staje się normalnym problemem cywilnoprawnym, lecz rodzajem winy, za którą trzeba ukarać”.

Fot.: Aechiwum Expressu

Rozmowa z PIOTREM IKONOWICZEM, rzecznikiem ludzi ubogich



Jest Pan ostatnim socjalistą walczącym o biednych w Polsce?
Nie, zwłaszcza wśród młodych ludzi jest wielu socjalistów, tyle że dopiero próbujemy ich połączyć. Po latach prawicowej indoktrynacji, w wyniku kryzysu, następuje naturalna reakcja odbicia w lewo. Młodzi rzadko odwołują się do komunizmu, natomiast socjalizm jest dla nich atrakcyjny, ponieważ pewne elementy państwa socjalnego przetrwały na Zachodzie. Polska młodzież wyjeżdża za pracą i np. w Wielkiej Brytanii zapisuje się do związków zawodowych, otwiera na lewą stronę, bo tam jest to modne. Inaczej niż u nas, gdzie zwalcza się to odgórnie.



Myśli Pan, żeby znowu zostać posłem?
Posłem już byłem z list SLD i musiałem świecić oczami za Ustawę o najmie lokali. Dlatego się rozstaliśmy. Zresztą system polityczny szybko się postarał, żeby mnie wyrzucić z gry demokratycznej. Świadczy o tym niechęć prezydenta Komorowskiego do ułaskawienia mnie. Nie wysłał swoich prawników, żeby zapoznali się z aktami sprawy. Zamiast tego przesądził o mojej winie w liście otwartym, czym wpłynął na stanowisko sądu. Wynika z tego, że ani prezydent, ani system neoliberalny nie życzą sobie obecności w Sejmie czy w jakimkolwiek innym organie przedstawicielskim kogoś, kto jest rzecznikiem ludzi ubogich. To, że jestem skazany prawomocnym wyrokiem za rzekome pobicie podczas eksmisji właściciela kamienicy, dowodzi, że w istocie chodziło o odebranie mi biernego prawa wyborczego. Ale nawet nie będąc w parlamencie, jestem w stanie zbudować ruch, który będzie odgrywał dużą rolę w polskiej polityce.


Nie ma Pan wrażenia, że pod względem socjalnym i praw pracowniczych świat cofnął przynajmniej o 100 lat?
Świat cofa się, ale są też miejsca, gdzie idzie do przodu. Z jednej strony w Europie następuje erozja państwa socjalnego, świat pracy coraz bardziej spychany jest na pozycje proletariatu, czyli ludzi biednych. Mamy coraz większą grupę biednych pracujących. Ale nie wszystkie europejskie kraje idą tą drogą. Przykładem są kraje skandynawskie, gdzie mimo dużego parasola ochronnego państwa, obserwuje się najwyższy poziom aktywności zawodowej obywateli w Europie, sięgający 70 proc. To zadaje kłam neoliberalnej tezie, że w krajach opiekuńczych ludziom nie chce się pracować. W Polsce, gdzie nie ma państwa socjalnego, poziom aktywności zawodowej jest jednym z najniższych w Europie. Z drugiej strony, mamy np. kraje Ameryki Łacińskiej, takie jak Brazylia, Wenezuela, Ekwador czy Argentyna, które są nadzieją dla świata, bo demokracja zaczęła tam działać na korzyść ubogiej większości, a gospodarki dość dynamicznie się rozkręcają.


Czy w więzieniu dowiedział się Pan czegoś nowego o polskiej rzeczywistości?
Tak, bo siedziałem w celi z trzema mężczyznami, którzy w ogóle nie powinni tam się dostać. Wszyscy trafili za kraty z powodu biedy, a nie dlatego, że byli przestępcami. Jeden przez rok opiekował się umierającą na raka matką i w związku z tym nie płacił alimentów. Drugiego oszukał wspólnik, wziął kredyt na samochód, żeby świadczyć usługi, a potem został oskarżony o wyłudzenie pożyczki. Trzeci złamał zakaz prowadzenia pojazdów, a zajmował się rozwożeniem towarów. W Polsce jest jak u Dickensa, bo są więzienia za długi.


Z czego wynika kryminalizacja biedy?
Przede wszystkim z tego, że nie ma parasola ochronnego, związanego z pomocą społeczną, bo państwo wycofało się z funkcji socjalnej. Anglik czy Niemiec, który nie może związać końca z końcem, idzie po zasiłek, a Polak po pożyczkę. A jednocześnie prawo własności jest u nas święte. Dług nie staje się normalnym problemem cywilnoprawnym, lecz rodzajem winy, za którą trzeba ukarać. Bardzo często karą jest eksmisja, a nawet więzienie.

Polityk, obrońca biednych i pokrzywdzonych Piotr Ikonowicz ma 57 lat.
W latach 1993-2001 był posłem na Sejm II i III kadencji z list SLD. W latach 1992-2001 był przewodniczącym Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej. W PRL był karany sądownie i internowany za działalność opozycyjną.
Obecnie prowadzi Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej, pomagającą ubogim. W 2008 r. został skazany na karę 6 miesięcy ograniczenia wolności za naruszenie nietykalności cielesnej właściciela lokalu podczas blokowania eksmisji lokatorów. Odmówił wykonania kary, którą sąd zamienił mu na 90 dni pozbawienia wolności. 30 października trafił do więzienia, z którego wyszedł 12 listopada po zapłaceniu grzywny.



Jak zmieniłby Pan system opieki społecznej?
Bierzemy udział w europejskiej inicjatywie na rzecz bezwarunkowego dochodu podstawowego. Polega to na tym, żeby każdy obywatel otrzymywał jakąś kwotę pieniędzy, a ci, którzy mają wysokie dochody, oddawaliby je w podatku. To jest system, który powoduje potanienie dystrybucji środków na pomoc społeczną. Z badań wynika, że obecnie na każde 100 zł wydanych na pomoc aż 70 zł pozostaje w systemie, a tylko 30 zł trafia do potrzebujących. Po drugie, mamy olbrzymią lukę popytową, szacowaną na 600 mld zł. Wytwarzamy coraz więcej towarów, jesteśmy coraz wydajniejsi, ale coraz mniej płacimy tym, którzy je wytwarzają. Płace stanowią zaledwie 35 proc. dochodu narodowego, podczas gdy w UE przeciętnie 50 proc. Jednocześnie koszty płacy, wbrew temu co twierdzą pracodawcy, są jednymi z najniższych w Europie. Każda złotówka wydana na fundusz płac daje polskiemu pracodawcy 1,71 zł, w Unii nie przekracza 1,40 zł, a w USA 1,20 zł. Bezwarunkowym dochodem podstawowym chcemy wywołać duży efekt popytowy, który pobudzi gospodarkę i da impuls do zatrudniania nowych pracowników. Aż 82 proc. Polaków nie ma oszczędności, a 20 proc. gospodarstw domowych wydaje więcej, niż zarabia i pożycza pieniądze u lichwiarzy. Jednym z instrumentów, który mógłby pomóc, jest minimalna stawka godzinowa. Ale 10 zł brutto za godzinę, które proponuje minister Kamysz, to za mało.


Z czym ludzie przychodzą do kancelarii?
Wszystkie osoby, które do nas przychodzą, są zagrożone bądź dotknięte wykluczeniem społecznym. Po pierwsze, są oszukiwane w pracy albo niesłusznie z niej zwalniane. Mieliśmy klienta, który jako ochroniarz przepracował w miesiącu 400 godzin, za co zapłacono mu 400 zł. Pracodawca tak go potraktował, bo wiedział, że ten człowiek jest bezdomny i nie poskarży się. Sfotografowaliśmy dzienniki służb w tej agencji i wysłaliśmy do sądu pracy. Drugą grupę stanowią dłużnicy. Występujemy w sądach w sprawach o zapłatę, piszemy pozwy, doprowadzamy też do pozasądowych ugód z wierzycielami. Trzecia kategoria jest konsekwencją dwóch pierwszych - są to sprawy o eksmisję. Zajmujemy się zapobieganiem eksmisji, a jeśli jest nieunikniona, staramy się doprowadzić do przyznania takiej osobie przynajmniej lokalu socjalnego.


Z czego utrzymuje się kancelaria?
Funkcjonujemy dzięki ofiarności zwykłych ludzi, którzy wpłacają po 20, 30, 50 lub 200 zł np. na dom dla bezdomnych, na akcję „Podziel się jedzeniem”, na opłacenie pobytu pary starych ludzi w wynajmowanym przez miasto Warszawę pomieszczeniu zastępczym albo - jak piszą - po prostu na sprawiedliwość społeczną. Miesięcznie zbiera się kilka tysięcy zł, co jest jednak kroplą w morzu potrzeb. Jedną z cech naszej kancelarii jest jej skuteczność. Wygrywamy ponad 80 proc. spraw, a jeśli przegrywamy, to nigdy nie pozostawiamy tych osób bez pomocy. Mamy dobrze wypracowane metody, posługujemy się wsparciem mediów i różnych instytucji. Dużo negocjujemy, żeby złamać opór władzy samorządowej, administracji spółdzielczej czy banku.


Ma Pan jakiś pomysł na zjawisko tzw. czyszczenia kamienic?
Przewodnicząca kancelarii, moja żona Agata Nosal-Ikonowicz, przygotowała nowelizację prawa lokatorskiego. Chcielibyśmy wprowadzić przepisy, które uniemożliwią wyrzucenie kogokolwiek na bruk. Jeżeli osoba, która ma być eksmitowana, udowodni, że nie może zaspokoić swoich potrzeb mieszkaniowych na wolnym rynku inaczej niż tylko kosztem swoich elementarnych potrzeb życiowych, musiałaby otrzymać lokal socjalny. Powinna także powstać sieć tzw. pokojów hostelowych, które ze względu na ochronę prywatności byłyby zamykane przez lokatora na klucz, ale z wspólną kuchnią i pralnią. Można by w nich przebywać, dopóki nie zdobędzie się mieszkania, a nie tylko przez określony czas. Chcemy także powrotu do karania za nękanie biednych ludzi, żeby prawo własności nie było licencją na ich zabijanie.


Czy państwo samo powinno zapewnić biednym dach nad głową, nie spychając tego na samorządy czy prywatnych właścicieli?
Budowa lokali socjalnych jest zadaniem własnym samorządów, które mogą otrzymywać na ten cel dotacje z budżetu państwa. Są w nim 2 mld zł. Z tego 800 mln zł przeznacza się na dofinansowanie kredytów dla młodych małżeństw, na kupno mieszkań deweloperskich do 75 mkw. Natomiast zaledwie 80 mln zł idzie na budowę mieszkań socjalnych i noclegowni. To pokazuje, że liberalny rząd bardzo chętnie dokarmia sytych, wkładając deweloperom pieniądze do kieszeni, żeby mogli wypchnąć niechodliwe mieszkania, a nie chce nakarmić głodnych. To musi się zmienić, to jest nasz postulat.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 30-01-2015 10:44

    Brak ocen 0 0

    - dexterek: Fajne zdjęcie. Właściwy człowiek na własciwym miejscu.

    Odpowiedz