Pocztówka z Paryża i okolic

Piotr Schutta 20 grudnia 2013

Senegalczyk z wiązanką wież Eiffla na drucie wyzywa mnie przed Luwrem w moim ojczystym języku od „polskich kapitalistów”. Na trasie podmiejskiej kolejki pęka szyna. W paryskim metrze szukam pomocy i znajduję... Polaków z Bieszczad.

Fot.: Piotr Schutta

Ten, kto ostatni raz odwiedził kraj de Gaulle’a i Robespierre’a dziesięć lub dwadzieścia lat temu, musi przygotować się na szok. Dziś zastanie inną Francję niż ta, którą zapamiętał. Biedniejszą, sfrustrowaną, pogrążoną w problemach społecznych i ekonomicznych, trawiącą skutki uboczne kolonialnej przeszłości.



Hotel Residhome w podparyskiej miejscowości Val d’Europe, oddalonej 35 kilometrów na wschód od Paryża, ma cztery gwiazdki, windę o niepotrzebnie skomplikowanej obsłudze i zasadniczy personel niekoniecznie mówiący po francusku.

Nocleg kosztuje 80 euro za dobę w pokoju z klimatyzacją, Internetem, zmywarką do naczyń w aneksie kuchennym, telewizorem oraz kompletem kosmetyków i zmienianych co rano ręczników w pachnącej łazience. I wszystko byłoby „magnifique”, gdyby nie problemy językowe. Wydawałoby się, że język francuski powinien tu wystarczyć. Błąd.

Szok „numero un”



- Angielski? - proponują po usłyszeniu kilku francuskich słów młode kobiety z recepcji. Jedna wygląda na Pakistankę, druga na Senegalkę. Wspomaga je piękność o hebanowej skórze, zwracająca uwagę grubymi, jamajskimi dreadami. Dzień później egzotyczną obsadę recepcji zmieni nowa ekipa o rysach bardziej europejskich, ale nadziei na konwersację w języku Balzaca nadal nie będzie.

- Mam tylko cztery godziny na zwiedzanie Paryża - tłumaczę chłopakowi w okularach i pytam, jak i czym najlepiej dojechać w kilka miejsc stolicy Francji. Recepcjonista nerwowo poprawia oprawki i po kilku minutach ciężkiej wymiany myśli przyznaje w końcu, że jest... Hiszpanem.

Jedyna pociecha w personelu obsługującym hotelową skromną restaurację, serwującą tylko śniadania złożone z mdłej jajecznicy i fasolki po bretońsku. Kelnerzy i kelnerki wyglądają na rodowitych Francuzów i dobrze posługują się swoim językiem.
Jeśli już pokonamy barierę językową, natkniemy się jednak na przeszkodę natury mentalnej. Z Francuzami trudno cokolwiek wynegocjować. Jeśli doba hotelowa zaczyna się o 15.00, nie ma mowy, byśmy mogli zająć pokój nieco wcześniej. Nawet jeśli jesteśmy wyczerpani podróżą, musimy czekać. Możemy najwyżej ulokować swoje bagaże w przechowalni, w której może znajdować się jednorazowo tylko 5 osób.

- Twój francuski jest w porządku - mówi Samir, taksówkarz o algierskich korzeniach, kursujący swoim 8-osobowym vanem po okolicach Val d’Europe i gminy Montevrain. - To ludzie z recepcji mają problem z językiem - śmieje się mężczyzna i nagle prawie doskonałą polszczyzną rzuca kilka zdań: „Jak się masz?”, „Co słychać?”, „Do widzenia”. Miał kiedyś dziewczynę z Polski, warszawiankę.

Od jakiegoś czasu Samir jest na swoim. Był w korporacji, ale to przestało się opłacać. Dzisiaj prowadzi własną działalność, jednak współpracuje z innymi taksiarzami. Jeśli sam nie może gdzieś podjechać, informuje o kursie swoich kolegów. O pieniądzach lepiej z nim nie rozmawiać. To trudny temat. Nie wiedzieć dlaczego ten sam kurs raz kosztuje 17 euro, innym razem 22 lub nawet 25.
- Coraz więcej taksówek, coraz mniej klientów - podsumowuje swoją codzienność.

Szok „numero deux”



Val d’Europe to jedna z sześciu wiosek otaczających podparyski Disneyland. Powstała pod koniec lat 80. ubiegłego wieku jako zaplecze handlowe i hotelowe dla kompleksu Disneya. Ulokowano tu m.in. jedno z największych w Europie centrów handlowych - dwupoziomowe Vallee Village, z kilkuset sklepami w pasażach i dwiema alejkami butików ekskluzywnych marek na zewnątrz.

Klienci biegający z wypchanymi reklamówkami od Armaniego, Jimmy’ego Choo, Hachetta i Diesela zachęcają do zakupów. Przeciętnie zarabiający Polak wkraczający w ten mikroświat 120 ekskluzywnych sklepików powinien jednak porzucić nadzieję znalezienia czegoś na swoją kieszeń. Mimo że Vallee Village nosi miano centrum outletowego i reklamuje się jako miejsce, gdzie można kupić markową rzecz za mniejsze pieniądze, rzeczywistość jest miażdżąca. Męski pasek do spodni (z tych tańszych) kosztuje 125 euro, najtańszy damski portfel - 96 euro.

Kiedy przez brukowane alejki handlowego miasteczka dla bogaczy przetacza się tłum o europejskich i azjatyckich rysach, nad całością czuwa armia ochroniarzy i dostawców o brązowej i oliwkowej skórze. Ten podział mocno rzuca się w oczy i jest charakterystyczny nie tylko dla paryskich przedmieść. W centrum stolicy Francji zobaczymy dzisiaj to samo.
Szok „numero trois”
- Paryż tonie i Francja tonie. Co ja mówię, już utonęła jak Titanic, tylko niektórzy wolą o tym głośno nie mówić. Bida coraz większa. Średnia krajowa to 1400 euro, a wynajęcie byle kawalerki kosztuje 1000 euro
- oznajmia Patryk doniosłym głosem. Ten trzydziestoparoletni mężczyzna w szarej bluzie z kapturem na łysej głowie przyjechał do Francji jako 8-latek. Mimo to nadal dobrze posługuje się mową ojców. Zdradza go jedynie francuskie „errr”. Wpadamy na siebie w podmiejskiej kolejce RER jadącej do Paryża. Pociąg zatrzymuje się na jednej ze stacji z powodu awarii.

- Pękła szyna. Wiadomo, szyna z Włoch robiona w Chinach - śmieje się mężczyzna. Natychmiast oferuje pomoc i na potwierdzenie dobrych intencji pokazuje legitymację francuskiej policji. - Nie bój się, wyprowadzę cię stąd - proponuje i na początek częstuje mnie listą praktycznych porad. Na stacji Chatelet, skąd blisko do katedry Notre Dame, grasują szajki kieszonkowców, więc torbę najlepiej trzymać przed sobą. Do niektórych dzielnic na przedmieściach lepiej wcale nie zaglądać. Można dostać nożem albo... starą pralką wyrzuconą z okna.

- Całą dziewięćdziesiątkę trójkę pod Paryżem trzeba by spalić. Zabójstwa i bójki w biały dzień. Z okien lecą śmieci. Emigranci żyją w zamkniętych klanach i nikt nie chce się przystosować. Francja ich nie obchodzi. Płodzą dzieci, biorą zasiłki socjalne i nie chcą pracować.Wszystkie byłe kolonie francuskie tu zjeżdżają i ani myślą o asymilacji. Cała Afryka Północna, do tego Wietnamczycy, Pakistańczycy, Cyganie. W Marsylii tylko w tym roku było już 16 zabójstw - nie przestaje mówić Patryk.
Najpierw w 1981 r. przyjechał do Francji jego ojciec. Po kilku latach ściągnął żonę i kilkuletniego syna.

- Pamiętam, że chciałem wracać do Polski, strasznie płakałem. Ojciec nie umiał mnie przekonać. W końcu zniknął gdzieś pewnego wieczora i wrócił z kiścią bananów. To był dla mnie szok. Byłem dzieciakiem z małego miasteczka w Bieszczadach. W Polsce nie było wtedy bananów. Tak mnie tata przekupił. Zostałem. Skończyłem francuskie szkoły, zdałem maturę i dostałem się do policji. Bez żadnego kumoterstwa, znajomości. Wystarczyło dobrze zaliczyć konkurs - opowiada mężczyzna. Ma dwójkę dzieci, żonę, mieszka jak Francuz, ale co sobotę wysyła swoje pociechy na kurs języka polskiego.
- Nie wiem, co będzie za dziesięć czy piętnaście lat. Czy nie będą chciały wrócić do Polski - zastanawia się głośno.

Szok „numero quatre”



Monologowi Patryka przysłuchuje się z uwagą elegancki mężczyzna w beżowej kurtce z kapturem, pod którą widać kołnierzyk jasnej koszuli i krawat. W końcu nie wytrzymuje i odzywa się po polsku, ale z dziwnym akcentem.

- Jesteś z Bieszczad? Bo ja też. A skąd dokładnie?
- Z Leska - odpowiada Patryk.
- No, co ty gadasz? Ja spod Leska. Bolesław jestem - rzuca mężczyzna i nagle Paryż i Europa kurczą się jak balon, z którego zeszło powietrze.

Mężczyźni są w podobnym wieku. Okazuje się, że chodzili do tej samej szkoły, mieli tych samych nauczycieli. Tylko na obczyznę dotarli odmiennymi drogami.
- Jako 24-latek po wojsku wyjechałem do Włoch na plantację pomidorów. Z ogłoszenia z gazety. Ale to był przekręt, bo wylądowałem w obozie pracy. Zwieźli nas na stację benzynową we Włoszech, skasowali po 200 euro od łebka i zostawili. Przyjechał po nas jakiś facet i zabrał na pole. 200 osób mieszkało w hangarze. Spaliśmy na betonie albo na styropianie. Nie płacili nam. Uciekłem stamtąd i dostałem się do gospodarstwa kierowanego przez mafię. Też trzeba było uciekać, bo za dużo człowiek widział. Na moich oczach ludzie ginęli - opowiada Bolesław. We Włoszech spędził trzy lata, w większości naznaczone tułaczką i pracą za grosze. Dopiero ostatnia praca, przy ścinaniu drzew, okazała się dobrym zajęciem.

- W Paryżu wylądowałem osiem lat temu dzięki siostrze. Pracowałem wcześniej w masarni, a teraz na budowie. Tynki kładę i takie tam. Zawsze ciężko fizycznie pracowałem. Lubię to - mówi mężczyzna.

Polacy z Bieszczad jadą dalej. Wysiadam na Chatelet i zaliczam czterogodzinną ekspresową trasę turystyczną nad Sekwaną - katedra Notre Dame, Louvre, Wieża Eiffla, z obowiązkową „petit cafe” po drodze w jednym z bistro. Kawa w Paryżu taka sama jak w Polsce, z tą różnicą, że kosztuje 10 złotych, a nie 5.

Przed Luwrem otacza mnie gromada czarnoskórych z wieżami
Eiffla na drutach. Jeden z nich mówi po rosyjsku i rozpoznaje we mnie Polaka. Zaczyna wrzeszczeć na pół Paryża: - Polski kapitalista, kup zegarek!