Autorytet zbrukany zbrodnią

Przemysław Łuczak 13 grudnia 2013

„Pedofil jest to osoba niejako skazana na próby zniewolenia dziecka w celu zaspokojenia swojego popędu seksualnego. Większość osób, które wykorzystują seksualnie dzieci, robi to tylko dlatego, że łatwiej po nie sięgnąć, a nie dlatego, że są pedofilami”.

Fot.: Wojciech Kusiński

Rozmowa z prof. MONIKĄ PŁATEK z Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego.

Czy ateista, który został namaszczony przez księdza, gdy był w śpiączce farmakologicznej, powinien otrzymać od szpitala zadośćuczynienie?
To określi sąd, ponieważ istnieją podstawy prawne do tego, aby namaszczony bez swojej woli ateista zadośćuczynienie otrzymał. To bardzo ważne, że Sąd Najwyższy w swojej opinii z 20 września 2013 roku uchylił wyrok sądu szczecińskiego, przekazał sprawę do ponownego rozpoznania i jednocześnie wskazał kierunek myślenia. Mamy tutaj do rozstrzygnięcia kwestię dotyczącą tego, co obiektywnie można uznać za naruszenie dóbr osobistych. Art. 24 Kodeksu cywilnego mówi, że jeżeli wskutek naruszenia dobra osobistego została wyrządzona nam szkoda, mamy prawo żądać jej naprawienia i odszkodowania. Sąd Najwyższy uznał, że w tej sprawie doszło do naruszenia swobody sumienia pacjenta, które jest jednym z dóbr osobistych. I gdybyśmy przyjęli rozumowanie sądu szczecińskiego, że jest to tylko przejaskrawienie emocji, to w konsekwencji można byłoby uznać, że ktoś inny może decydować, w jaki sposób możemy demonstrować, przejawiać bądź nie życzyć sobie demonstrowania tego, co jest dla nas istotne i co jest zgodne lub niezgodne z naszym sumieniem w sferze wolności religijnej. Jeżeli byśmy zgodzili się, że można narzucić osobie innego wyznania lub niewierzącej, aby podporządkowała się standardom, które przeważają, to wówczas wkraczalibyśmy w sferę ograniczenia jej swobody wyznania. Dlatego ten wyrok Sądu Najwyższego jest bardzo rozsądny, a sąd apelacyjny będzie musiał wziąć go pod uwagę.
Tym bardziej że tego rodzaju przypadków jest więcej, a szpitalni kapelani utrzymywani są za publiczne pieniądze. Czy ta sprawa powinna zapoczątkować szerszą dyskusję na temat miejsca Kościoła w życiu publicznym?
To zależy głównie od dziennikarzy, którzy decydują, które tematy są podejmowane i nagłaśniane, a które nie. Ma to też prawdopodobnie związek z powiązaniami części mediów z najważniejszymi siłami politycznymi w kraju. Nie sądzę, żeby akurat te grupy polityczne, może poza skupionymi wokół Twojego Ruchu, były zainteresowane podjęciem takiej dyskusji. Niemniej taka debata jest potrzebna.
Rozumiem, że nie powinna się ona ograniczać do obecności księży w szpitalach?
Oczywiście, to jest również kwestia opłacania przez państwo, wbrew pierwotnym ustaleniom, księży i katechetów w szkołach. Szczególnie, że nie mamy możliwości sprawdzenia, kto przychodzi uczyć religii, kim jest ani czy nie ma skłonności do seksualnego nadużywania dzieci. Nie możemy również sprawdzić ich wiedzy i pedagogicznego przygotowania. I pewnie gdybyśmy przyjrzeli się przepisom, które to sankcjonują, można byłoby się zastanowić, czy nie są one niezgodne z przepisami wyższymi. Jest to także kwestia programów unijnych, które w ogromnej liczbie Kościół prowadzi. One z założenia powinny przybliżać gender i prowadzić działania na rzecz eliminacji wszelkich negatywnych stereotypów, dotyczących płci kulturowej kobiet i mężczyzn. Tymczasem mamy do czynienia z wystąpieniami hierarchów kościelnych, którzy w gender upatrzyli sobie kolejnego dogodnego wroga. Z jednej strony pozwala to Kościołowi odwracać uwagę od problemu wykorzystywania seksualnego dzieci i dorosłych w Kościele, odsunąć na bok sprawę rodzicielstwa księży, którzy nie poczuwają się do płacenia alimentów, wychowywania i odpowiedzialności za swoje dzieci. Głośna sprawa księdza Irka, nieżyjącego już rektora papieskiego uniwersytetu we Wrocławiu, który nie chciał uznać swojego dziecka, pokazuje, że księża nie tylko płodzą dzieci, ale również jak kukułki podrzucają je nam wszystkim na wychowanie. Z drugiej strony, ataki na gender mają uzasadniać sprawowanie przez Kościół powszechnej kontroli nad decyzjami ludzi w kwestii dotyczącej reprodukcji.
Czy zapowiedź powołania przez papieża Franciszka komisji do spraw nadużyć seksualnych księży wobec dzieci może oznaczać jakiś przełom?
Papież jest zwierzchnikiem obcego państwa, mówi przepiękne rzeczy, które jednak nie znajdują żadnego odzwierciedlenia w naszej rzeczywistości. W Polsce wprawdzie obowiązują Kodeks karny, Kodeks cywilny i parę innych ustaw, ale w sytuacjach dotyczących księży nie są one przestrzegane. Wierzę, że papież naprawdę zwraca uwagę na te sprawy, jestem też skłonna przyjąć, że nie chodzi mu o to, żeby chronić majątek Kościoła. Został on znacznie uszczuplony w Stanach Zjednoczonych, w Irlandii i paru innych demokratycznych państwach, w których seksualne wykorzystywanie ludzi jest przestępstwem i Kościół musiał zapłacić odszkodowania. Mam nadzieję, że działalność tej komisji będzie dotyczyła również finansowych odszkodowań Kościoła dla polskich ofiar księży, które mają do nich prawo.
Może to przełożyć się na polskie sprawy?
Polska pod tym względem jest krajem niezwykłym. To nie jest przecież tak, że sprawa seksualnego wykorzystywania dzieci i dorosłych przez księży jest u nas czymś nowym. Mówi się o tym co najmniej od dziesięciu lat. W tym czasie nieznacznie zmienił się tylko styl, w którym Kościół wypowiada się na te tematy, choć nadal nie chce płacić ofiarom księży odszkodowań. A jeśli nawet księża są skazywani za przestępstwa seksualne, popełniane wobec dzieci i dorosłych, to często unikają kary. To powinno się zmienić.
Czy księża popełniający przestępstwa seksualne traktowani są łagodniej?
Znam tylko jednostkowe przypadki i byłabym oszczędna w wyciąganiu daleko idących wniosków, ale przecież trzeba było bardzo silnej kontroli prasowej w sprawie księdza skazanego na dwa lata pozbawienia wolności za przestępstwa seksualne, który unikał odbycia kary, aby jednak doprowadzono go do więzienia. W Polsce przyjęło się, że skoro ksiądz ma jakieś kłopoty zdrowotne, to nie musi stawiać się w więzieniu. Trzeba by także przyjrzeć się, na jakie kary skazywani są sprawcy w sutannach, a na jakie inni przestępcy w podobnych sprawach. Pociąg seksualny jest jedną z pierwotnych potrzeb człowieka. Ludzi aseksualnych jest około 1 proc. i bardzo małe jest prawdopodobieństwo, że akurat oni są w Kościele. Chciałabym się więc dowiedzieć, w jaki sposób trenowani są księża, żeby potrafili kontrolować swoje potrzeby seksualne i zaspokajali je bez wykorzystywania dzieci i dorosłych. Gdyby taka skuteczna metoda istniała, mogłaby być zastosowana również w terapiach osób, które rzeczywiście cierpią na pedofilię. My zresztą nadużywamy tego pojęcia.
Na czym to nadużycie polega?
Art. 200 Kodeksu karnego mówi, że zakazane jest współżycie i wchodzenie w jakiekolwiek relacje seksualne z dzieckiem do lat 15. Pedofil jest to osoba niejako skazana na próby zniewolenia dziecka w celu zaspokojenia swojego popędu seksualnego. Sądzę jednak, że większość osób, które wykorzystują seksualnie dzieci, robi to tylko dlatego, że łatwiej po nie sięgnąć, a nie dlatego, że są pedofilami. To nie są ludzie, którzy nie są zdolni do kontaktów seksualnych z osobami dorosłymi. Dotyczy to także duchownych. Ta zbrodnia polega na tym, że wykorzystują oni swój autorytet i fakt, że reprezentują Kościół. Stanowisko Kościoła, że to jest kwestia tylko tych księży, a nie całej instytucji, pokazuje złą wiarę i niechęć do przyznania, że oni nie robią tego, bo są jakimś Jaśkiem Kowalskim czy Janem Wiśniewskim, ale dlatego, że są księżmi w tej czy innej parafii, gdzie mają autorytet, władzę i zaufanie dziecka i dorosłego, który na te kontakty swojego dziecka z księdzem naiwnie pozwala. Ksiądz, który mówi, że dzieci same lgną do niego, mówi jak pedofil, bo dzieci rzeczywiście mogą lgnąć do księży, szukając ciepła i wsparcia. I być może jest to powiązane z brakiem odpowiedniej miłości w domu. Ale one nie lgną po to, żeby im wsadzać łapę w rozporek lub w majtki, wykorzystywać seksualnie i niszczyć je pod względem psychicznym. Nieprawdą jest też, że dzieci szukają spełnienia seksualnego. Seks jest świetny, seks z dzieckiem to zbrodnia. I to trzeba pamiętać.
Dlaczego politycy na ogół nie wypowiadają się na temat seksualnego wykorzystywania dzieci przez księży?
To milczenie skłania do zastanowienia się, czy Polska nie ma cech państwa teokratycznego. Na to może wskazywać nie tylko niechęć polityków do wypowiadania się o seksualnym wykorzystywaniu dzieci i dorosłych przez księży, ale także przyzwolenie na nieściganie tego rodzaju przestępstw. Choć tak wiele się dzieje, to nie ma żadnego poważnego polityka, który by się oburzył na wystąpienia biskupów i powiedział: dość, nie godzimy się na seksualne wykorzystywanie obywatelek i obywateli Polski.