To był czwarty raz, gdy Zbigniew Tymowicz został napadnięty na ulicy Traugutta w Lipnie. Obronił się - scyzorykiem

Małgorzata Oberlan 13 grudnia 2013

Za ranienie złodzieja może pójść na kilka lat za kraty. Chyba że sąd uzna jego czyn za przekroczenie granic obrony koniecznej.

Fot.: Jacek Smarz

Ulica Traugutta jest wąska i kiepsko oświetlona. Biegnie między domami na lipnowskim blokowisku. Tamtego listopadowego wieczoru 64-letni pan Zbigniew wracał do domu ze sklepu, w którym kupił dwie cygaretki („Każda po 1,29 zł”). Pamięta dokładnie, bo pieniądze w jego życiu, w zasadzie ich niedobór, to sprawa istotna. W marcu zeszłego roku po nodze przejechał mu tir. Od tego czasu jest osobą niepełnosprawną w stopniu znacznym, porusza się o kuli, utrzymuje z zasiłków z pomocy społecznej (łącznie ok. 500 zł) i posila zupkami z MOPS-u.

Scyzoryk do kieszeni
W ciągu ostatnich pięciu lat na ul. Traugutta pana Zbigniewa atakowano już czterokrotnie. Zawsze czynili to ludzie młodzi. Grupy wyrostków lubią tu gromadzić się na ławkach, popalając, popijając, dłubiąc w nosie z nudów i szukając zaczepki.
- Za pierwszym razem tylko drobne z kieszeni mi zabrali, ale się wystraszyłem. Podczas kolejnej napaści nie krzyczałem już „ratunku!” i „policja!”, bo obejrzałem w telewizji program o tym, że takie wołanie nie pomaga. Wołałem więc „pożar”, „pali się”. Ktoś się zainteresował i napastnicy spłoszeni uciekli - relacjonuje pan Zbigniew.
Od tamtej pory jednak nie ruszał się z domu bez scyzoryka w tylnej kieszeni spodni. Dość szybko okazało się, że słusznie. - Gdy ruszyli na mnie trzeci raz, natychmiast wyjąłem scyzoryk. „Oooo, kosę ma” - padło. I chłopcy zrezygnowali - wspomina.
W sobotę, 23 listopada 2013 roku, wracał ze sklepu również ze scyzorykiem w kieszeni. Było już po godz. 21. Zaatakował go młody mężczyzna, szybko zbliżający się z naprzeciwka. Zaczął od potężnego ciosu w twarz.
Po twarzy, po żebrach...
- Po tym ciosie okulary dosłownie wbiły mi się w oczy - zapewnia lipnowianin i wyciąga komórkę. Pokazuje zdjęcie zrobione mu kilka dni po napadzie. Wokół oczu ma fioletowo-czarne sińce, na przeciętej dolnej wardze - potężny strup. Dziś, kilkanaście dni po tym dramatycznym wydarzeniu, wygląda już lepiej, choć ślady na twarzy są jeszcze widoczne.
Po uderzeniu w twarz przewrócił się i stracił orientację. Gdy ją odzyskał, leżał na brzuchu, a napastnik go obszukiwał. Z tylnej kieszeni spodni wyjął mu portfel. Zbigniew Tymowicz próbował coś powiedzieć, gdy złodziej przewracał go na plecy. - Wtedy dostałem solidnego kopa w żebra i w twarz - dodaje pan Zbigniew. - Jakim cudem udało mi się wyjąć scyzoryk, sam już nie wiem. Ale wyjąłem i zadałem cios. Potem drugi. Ten bandzior zniknął, a ja zacząłem krzyczeć.
W pobliskim domu wołanie usłyszał pan Hubert. Wybiegł i starał się podnieść starszego pana. Ktoś wezwał policję i pogotowie. Dość szybko 27-letniego Daniela Z. znaleziono w klatce schodowej jednego z bloków na osiedlu Sikorskiego. Z ranami klatki piersiowej (jeden z ciosów trafił w okolice serca) przetransportowano go do szpitala.
Catering na dołku
Zbigniew Tymowicz natomiast został opatrzony przez lekarza, a następnie skuty i przewieziony do policyjnego aresztu. Wersalu tu nie było. - Cóż, traktowano mnie po prostu jak przestępcę - mówi.
W areszcie samotnie spędził prawie 48 godzin. Siedział i rozmyślał o tym, co się stało. Co będzie dalej z nim i co dzieje się ze złodziejem. - Ale jedno trzeba policjantom oddać: catering na dołku mają wyśmienity. Ugościli mnie po królewsku - śmieje się mężczyzna. - W niedzielę był schabowy, ziemniaczki, suróweczki. W poniedziałek risotto. Wszystko świeżutkie i cieplutkie. Pycha! Po MOPS-owych zupkach była to jakaś odmiana...
W poniedziałek po południu pana Zbigniewa przesłuchał prokurator. I postawił mu zarzut spowodowania ciężkich obrażeń ciała u Daniela Z. Zdecydował też, że objęty zostanie dozorem policyjnym. Dwa razy w tygodniu ma meldować się w miejscowej komendzie policji. Starszemu panu wydano też zakaz opuszczania kraju. - Jakbym za te zasiłki z opieki społecznej zamierzał prysnąć do Meksyku - komentuje z przekąsem.
Daniela Z. wypisano ze szpitala 10 grudnia.
Przekroczenie granic obrony koniecznej?
- W historii naszej prokuratury nie mieliśmy dotąd takiej sytuacji - nie kryje Alicja Cichosz, kierująca Prokuraturą Rejonową w Lipnie. - Równolegle toczą się dwa postępowania, w których raz jeden mężczyzna, raz drugi występują w charakterze podejrzanych i pokrzywdzonych.
W pierwszym śledztwie Zbigniew Tymowicz podejrzany jest o spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu u Daniela Z. (art. 156 par. 1 pkt. 2 Kodeksu karnego). Za czyn ten grozi kara od roku do 10 lat więzienia.
W drugim postępowaniu Daniel Z. podejrzewany jest (gdy rozmawiamy w prokuraturze, jeszcze nie usłyszał zarzutów z powodu hospitalizacji) o dokonanie rozboju na Zbigniewie Tymowiczu (art. 280 par. 1). Grozi mu od dwóch do 12 lat więzienia.
- Jeśli chodzi o starszego mężczyznę, to już na naszym etapie, kierując do sądu akt oskarżenia, prokurator może wystąpić z sugestią, że jego działanie było przekroczeniem granic obrony koniecznej. Jeśli sąd przychyli się do takiego stanowiska, może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia panu Zbigniewowi - zaznacza prokurator Alicja Cichosz.
W polskim prawie podjęcie obrony koniecznej uzasadnia tylko taki zamach, który jest bezprawny, bezpośredni i rzeczywisty. Bezprawność oznacza sprzeczność z normą prawną i element przestępstwa. Bezpośredniość - teraźniejszość zagrożenia, a nie np. jego przewidywanie. Rzeczywistość wreszcie - że nie może to być zamach istniejący li tylko w wyobraźni rzekomo napadniętego (wówczas mówi się o obronie urojonej).
Jeżeli jednak działania podjęte w ramach obrony koniecznej nie odpowiadają stawianym im wymogom i powodują naruszenie jakiegokolwiek dobra napastnika: życia, zdrowia, czci, mienia, to wówczas następuje przekroczenie granic obrony koniecznej. I działania takie traktowane są jako przestępstwo wobec napadającego. Kodeks karny bierze jednak pod uwagę, że w momencie zamachu broniącemu trudno jest określić granice obrony koniecznej. Stad właśnie możliwość złagodzenia kary czy wręcz jej niestosowania.
„Gratulacje, a nie dozór”
Nie tylko w Lipnie historia pana Zbigniewa jest żywo komentowana. Poruszyła też internautów, którzy murem stanęli za 64-latkiem.
„I to jest sytuacja kuriozalna. Może jeszcze będzie musiał zapłacić odszkodowanie za to uszkodzenie ciała???” - pisze Zaciekawiony.
„Dziwne jest to prawo, które pozwala na napadanie i kradzież, a piętnuje osobę, która się broni przed złodziejem. Pech złodzieja, że trafił na scyzoryka z Lipna, który nie dał sobie w kaszę dmuchać... Gratulacje powinien dostać, a nie dozór. Gdzie była policja czy straż miejska? Co ze służbami, które powinny dbać o bezpieczeństwo obywateli?” - pyta Tribal.
„Polska! Najlepiej oddać łaskawie cenne fanty, uścisnąć dłoń i w miłej atmosferze się pożegnać” - dodaje internauta o nicku uknown.
Pan Zbigniew czuje społeczne wsparcie. Nie kryje też, że liczy na korzystne dla niego decyzje prokuratury i sądu. - Nie mam pieniędzy, więc będę prosił o adwokata z urzędu. Mam nadzieję, że mnie obroni - kończy.
Wyprawa na peryferie
Na razie posłusznie dwa razy w tygodniu melduje się na policji. Ktoś z fantazją wybudował nową siedzibę Komendy Powiatowej Policji w Lipnie na peryferiach miasta. To tutaj musi dotrzeć pan Zbigniew ze swojego osiedla.
Na zażenowanych wyglądają sami policjanci...