W świecie chwilówek nie ma skrupułów i filantropii

Piotr Schutta 13 grudnia 2013

Nie odbiera telefonów i nie otwiera drzwi. Ze skrzynki na listy wyjmuje świstki od tych, którzy dowiedzieli się o jej kłopotach i rzekomo chcą pomóc. Ma 66 lat i długi, które nawet trudno policzyć. Nie pije, nie pali, nie jest hazardzistką. Właściwie trudno powiedzieć, skąd się wzięło zadłużenie.

Fot.: fot. Piotr Schutta

- Brałam chwilówki. Zawsze oddawałam, ale w pewnym momencie przestałam płacić. Potem chciałam to wyrównać, ale było już za późno. Pojawił się komornik i zajął mi mieszkanie w imieniu firmy Profi Credit z Bielska-Białej. Mam 1100 złotych emerytury. Choruję na cukrzycę, leczę się z depresji - opowiada Hanna P. ze łzami w oczach (wstydzi się i prosi, by nie podawać jej prawdziwych inicjałów). Przez 30 lat była urzędniczką Centralnego Ośrodka Rozliczeniowego Poczty Polskiej. Powinna znać się na rachunkach.

Kij w mrowisko
- Ta kobieta jest klasycznym przykładem osoby, która wpadła w spiralę długów i stała się ofiarą naciągaczy - mówi pośredniczka z biura nieruchomości, do której zgłosiła się Hanna P. Pośredniczka też nie chce się ujawniać, bo - jak mówi - sprawa Hanny P. to kij w mrowisko. Czyje?
- Jak to czyje? Ludzi żyjących z udzielania pożyczek biednym emerytom i handlujących ich mieszkaniami. Mnóstwo biur nieruchomości tak dzisiaj robi. Kupują za grosze mieszkania od dłużników, remontują je i sprzedają z ogromnym zyskiem. Na jednym lokalu potrafią zarobić 40 tysięcy złotych
- dodaje kobieta. Nie wie, czy uda jej się pomóc pani Hannie. - Jej sytuacja jest beznadziejna - nie ukrywa.
Kuchnia Hanny P. była swego czasu znana na osiedlu. Spotykały się w niej starsze kobiety, które łączyła jedna sprawa. Pożyczki. Dzwoniły do człowieka, mówiły, ile chcą, i umawiały się na tę samą godzinę.
- Kontakty do tych firm miałyśmy przeważnie z ulotek. Przyjeżdżał pan, dawał pieniądze i już. Potem oddawałyśmy. Niektórzy nawet nie chcieli żadnych pokwitowań ani umów. Na zwykłej kartce pisałyśmy, ile która wzięła - wspomina Hanna P.
Zachowała gdzieś w szpargałach jedną z takich kartek. Stanisława: dwa razy po 300. Anna: 1000. Maria: 200.
- Zależy, od kogo się pożyczało, ale czasem odsetki nie były aż tak duże. Przeważnie brali trzydzieści procent. Oddać trzeba było po tygodniu albo po dwóch. Jak sześćset się brało, to z powrotem plus dwieście. Jak 500 pożyczał, to oddawało się 650. Niektóre koleżanki nie oddawały... - mówi Hanna P.
Nazwiska niektórych pożyczkodawców pamięta dobrze, innych wcale.
- Od pana Łukasza M. pożyczałam często, ale drobne kwoty. Ma sklepy monopolowe, wielu ludzi od niego pożyczało. Niektórzy opowiadali, że potrafił płoty rozwalać i w drzwi kopać. W końcu zawarłam z nim umowę na 22 tysiące, tym razem już u notariusza. Ale do ręki dostałam mniej niż dziesięć, bo połowa z dwudziestu dwóch to były ukryte odsetki. I jeszcze sobie coś tam potrącił, bo wcześniej byłam winna jakąś małą kwotę - relacjonuje kobieta. Zapytana, na co wydawała pieniądze i po co potrzebna jej była tak duża kwota, milknie. Nie umie tego przekonująco wyjaśnić. Trochę poszło na pokrycie długu czynszowego, trochę na remont, reszta na bieżące wydatki, między innymi leki.
W 2011 roku zrobiła poważny błąd. Pożyczyła ponad 3 tysiące złotych (tak przynajmniej twierdzi, bo umowę gdzieś zgubiła) od Profi Credit. Na początku spłacała, a potem przestała. Natychmiast zaczęły rosnąć olbrzymie koszty dodatkowe. Firma uzyskała w sądzie klauzulę wykonalności, ustanowiła hipotekę w księdze wieczystej kawalerki Hanny P., a potem przekazała sprawę komornikowi. Ten wezwał dłużniczkę do zapłaty, a później wystawił mieszkanie na licytację za 75 procent wartości zgodnie z procedurą.
Wart blisko 150 tysięcy zł lokal można było kupić za niewiele ponad 100 tysięcy. Nie było chętnych. Zainteresowanie pojawiło się teraz, gdy przed drugą licytacją cenę wywołania obniżono do 98 tysięcy.
- Wiem, że w pewnym momencie nie płaciłam. Ale potem chciałam im dawać po 500 złotych. Nie zgodzili się, chcieli od razu większą kwotę, przynajmniej 3 tysiące - załamuje ręce Hanna P.
Dzisiaj, jak wynika z dokumentów, winna jest 26 tysięcy złotych. Siedemnaście tysięcy to należność główna z odsetkami, pozostała kwota - koszty postępowania komorniczego.
Mimo zadłużenia w Profi, w lutym 2012 roku Hanna P. pobrała kolejną pożyczkę. Tym razem od Damiana C., od którego już wcześniej brała po kilkaset złotych. Teraz jest to większa kwota - 30 tysięcy złotych.
- Chciałam spłacić Łukasza M. - tłumaczy dzisiaj kobieta, ale nie umie wytłumaczyć tego, co zaszło u notariusza.
Zawarła trzy akty notarialne z Damianem C. Na jednym pożycza od niego 30 tysięcy bez oprocentowania i zobowiązuje się do spłaty w kwocie po 300 zł co miesiąc. Na drugim pożycza 80 tysięcy zł i zgadza się, by zastawem było jej mieszkanie. Na trzecim, który ma formę umowy przedwstępnej, sprzedaje Damianowi C. swoje mieszkanie (ma je opuścić w styczniu 2015 r.) też za kwotę 80 tysięcy zł.
Wyszła z niczym
W każdym z aktów jest mowa o tym, że pieniądze otrzymała. Zgodnie z tą dokumentacją, kobieta powinna wyjść od notariusza z kwotą 190 tysięcy złotych. Wyszła... z niczym.
- To znaczy w samochodzie dostałam po podpisaniu tych wszystkich aktów trochę ponad 5 tysięcy. No i 22 tysiące otrzymał Łukasz M. Ja myślałam, że pożyczam od Damiana C. tylko 30 tysięcy. Sądziłam, że ta umowa przedwstępna sprzedaży mieszkania i ta pożyczka na 80 tysięcy to tylko takie zabezpieczenie. Tych pieniędzy już nie dostałam - zapewnia Hanna P.
Ocknęła się dopiero w tym roku po kłótni z Damianem C., który co miesiąc przychodził po 300 złotych i kwitował ich odbiór w zeszycie w kratkę. Hanna P. twierdzi, że w czerwcu tego roku mężczyzna zażądał od niej, by się wyprowadziła. Wtedy wzięła akty notarialne i poszła do adwokata, który złapał się za głowę i kazał jej natychmiast składać na policji zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Złożyła, ale po 2 miesiącach dochodzenia policjant umorzył postępowanie. Prokuratura nie miała nic przeciwko temu. Hanna P. nie złożyła zażalenia i sprawa się zakończyła.
- Rzuca się w oczy pozorność tych wszystkich czynności - mówi notariusz, któremu pokazaliśmy akty notarialne podpisane przez Hannę P. Nie ujawnia swojego nazwiska. Mówi, że to by mu mogło zaszkodzić. Dziwi się, że spisano aż trzy akty notarialne, podczas gdy wystarczyłby jeden.
- Wydaje mi się, że chodziło tu o to, by ukryć wielkie oprocentowanie pożyczki, w Polsce niedozwolone. To wygląda tak, jakby chciano przejąć mieszkanie tej kobiety w zamian za 30 tysięcy złotych. Powinna się z tym zgłosić do dobrego prawnika - radzi notariusz.
Pani Hanna była u kilku prawników. Jeden podyktował jej skargę do stowarzyszenia pośredników obrotu nieruchomościami (Damian C. ma biuro pośrednictwa), drugi odesłał z kwitkiem.
Poprosiliśmy o komentarz Janinę M., notariuszkę, u której Hanna P. w lutym 2012 roku podpisywała owe trzy feralne akty notarialne. Zapytaliśmy ją, czy pamięta, by kobiecie przekazywano w biurze notarialnym całą gotówkę.
- Nie w mojej obecności. Ja nie mam obowiązku uczestniczenia w przekazaniu pieniędzy. Strony podają mi warunki umowy, sporządzam akt notarialny, czytam go w obecności stron, pytam, czy wszystko się zgadza, strony potwierdzają i podpisują - mówi Janina M. Zaznacza, że jest „poza tym”. Przyznaje jednak, że 80 tysięcy złotych za mieszkanie warte 130 złotych to zaskakująco niska cena.
Niech ją zlicytują
- Tylko dlaczego ta kobieta tak długo siedziała cicho i po co podpisywała umowę, skoro rzekomo nie otrzymała pieniędzy? Nie wiem, coś dziwnego się za tym kryje. Proszę zapytać pana Damiana C., ile faktycznie przekazał pieniędzy
- dodaje pani notariusz.
Damian C. twierdzi, że zapłacił Hannie P. 80 tysięcy złotych i pożyczył 30 tysięcy. Tak, jak wynika to z dokumentów notarialnych. Zaznacza jednak, że nie musi i nie zamierza się z tego tłumaczyć. Dodaje przy tym stanowczo, że pożyczaniem pieniędzy już się nie zajmuje.
- Zapłacił pan Hannie P. przelewem na konto czy gotówką? - pytamy.
- Ja się nie muszę tłumaczyć. Gotówką. U notariusza jakby - mówi Damian C.
- Pani notariusz tego nie pamięta - zauważamy.
- Nie musiała być przy tym. Zresztą to było półtora roku temu - mówi Damian C. Nie ukrywa, że jego celem było nabycie mieszkania, a teraz czuje się oszukany przez Hannę P., ponieważ ukryła przed nim fakt zadłużenia w Profi Credit.
- Wydawało mi się, że jej pomagam, a teraz ja jestem ten najgorszy. Niech już zlicytują to mieszkanie i niech się to wszystko zakończy - mówi podenerwowany Damian C.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 28-03-2014 19:31

    Oceniono 2 razy 2 0

    - kate: firmy pożyczkowe takie jak Profit Credit powinno się zamknąć raz na zawsze. Przede wszystkim za stosowanie lichwy, upokarzanie i wyzysk. Niestety w naszym kraju cwaniaków nie brakuje, dlatego biedni emeryci tracą wszystko na co pracowali całe życie, przez spiralę długów. Trudno wyżyć za 1100 zł, więc nic dziwnego,że pożyczają. Firmy takie jako profi credit na tym żerują, naliczają tak wysokie koszty,że takiej pożyczki nie da się spłacić - celowo, by upodlić dłużnika. Dlatego uważam,że firma powinna mieć zakaz prowadzenia działalności, w wszyscy pożyczkobiorcy powinni przestać płacić raty, by firma upadła. im szybciej, tym lepiej!

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz