Pierwszy samolot, który w 1913 roku pojawił się na toruńskim lotnisku, miał twarde lądowanie

Szymon Spandowski 27 listopada 2013, aktualizowano: 27-11-2013 16:02

Po długich i żmudnych poszukiwaniach udało nam się ustalić, jak konkretnie zaczęła się przygoda Torunia ze „statkami do żeglugi napowietrznej”, jak o samolotach pisała sto lat temu prasa.

Fot.: Archiwum

Historię trudno czasami wydobyć z ukrycia. W ubiegłym roku, na podstawie gazet z epoki, udało nam się odtworzyć początki aeronautyki w Toruniu. Znaleźliśmy informacje na temat budowy hali na Bielanach i przyjazdu pierwszego balonu, który do miasta został przywieziony koleją w 1911 roku. Idąc za ciosem chcieliśmy również podobnie zilustrować narodziny toruńskiego lotniska, świętującego w tym roku 100-lecie swojego istnienia. Doniesienia o tym triumfie techniki powinny być w zasadzie pisane większą czcionką, jednak w rzeczywistości, aby odnaleźć choć ślad lotniska, trzeba było kartkować gazetę po gazecie.


Budowa lądowiska w Toruniu była sporym wyróżnieniem, co z pewnością można wytłumaczyć rolą miasta w systemie obronnym ówczesnych Prus oraz jego przygranicznym położeniem.
„Jak wiadomo w ostatnim czasie urządzono na wschodniej granicy Prus trzy porty dla wojskowych balonów i latawców i to w Toruniu, Królewcu i Poznaniu - informowała „Gazeta Toruńska” 5 stycznia 1913 roku. - Oficyalne oddanie do użytku tych stacyi do żeglugi napowietrznej nastąpić ma w dniu 15 lutego. Ponieważ we wszystkich trzech miejscowościach będą przygotowywani oficyerowie do służby lotniczej, dlatego odkomenderowano z Doebeylitz (?) do tych trzech miast po dwóch oficerów lotników”.

Jeśli oficjalne otwarcie rzeczywiście nastąpiło 15 lutego 1913 roku, musiało być bardzo skromne, bo toruński dziennik na jego temat nawet się nie zająknął. Warkot lotniczych silników można było za jego pośrednictwem usłyszeć dopiero w maju. Wygląda na to, że, tak jak w przypadku balonów, pierwsze statki do żeglugi napowietrznej przybyły do Torunia koleją.

„Lotnicy wojskowi w Toruniu. Prócz latawca, zwieziono do Torunia także jeden dwupłaszczyznowiec - pisała „Gazeta Toruńska” w niedzielę 18 maja 1913 r. - Latawce umieszczone są na placu dla ćwiczeń wojskowych pod Barbarką i znajdować się będą w Toruniu tylko przez lato podczas ćwiczeń artyleryi w strzelaniu. Pierwszego wzlotu dokonał porucznik Dotten. Podczas lądowania wpadł latawiec w piaszczystą dolinę i propelerami wbił się w piasek. Latawiec uległ nieznacznemu uszkodzeniu, lotnikowi nic się nie stało.

Początki wielkiej podniebnej przygody, której poświęcona była zorganizowana na dziedzińcu Ratusza Staromiejskiego jubileuszowa wystawa, były zatem nieco trudne, a pierwsze śmigła musiały pokonywać opór nie tylko powietrza, ale i piasku. Generalnie jednak szybujące pod niebem maszyny budziły w Toruniu podziw, co również kilka dni później zostało przez lokalną prasę odnotowane.

„Latawce wojskowe, o których już wspominaliśmy, codziennie od wczesnego rana szybują w powietrzu nad Toruniem i okolicą. Mieszkańcy z zainteresowaniem śledzą ruchy swobodnie w powietrzu unoszących się aeroplanów, a gawiedź uliczna wita je okrzykami” - wspominała „Gazeta Toruńska”.
Samoloty przyleciały, propelery zaczęły się kręcić... Wypadek porucznika Dottena zdaje się jednak wskazywać na to, że przynajmniej w pierwszych miesiącach istnienia toruńskiej „przystani dla żeglugi napowietrznej” raczej daleko było do profesjonalnego lotniska. Znacznie lepiej prezentowało się ono w połowie sierpnia 1917 roku, kiedy to pojawiły się na nim słonie. Kulisy tej niezwykłej wizyty opisywaliśmy już w listopadzie 2011 roku. Przypomnijmy, że cyrkowe zwierzęta zostały tam ściągnięte, aby pomóc w wydobyciu ogromnego głazu.

„Rzadka wizyta w wykonaniu dwu słoni ze zwierzyńca Hagenbecka miała miejsce dziś przed południem na placu szkoły lotników obserwatorów, gdzie zatrudniono słonie w sposób absorbujący, ale dla widzów tym bardziej interesujący - informowała, dla odmiany, prasa niemiecka. - Chodziło o to, by wydobyć na powierzchnię leżący głęboko w ziemi i ważący 100 cetnarów (ponad pięć ton - przyp. red.) kamień, żeby go ustawić przed kantyną oficerską jako pomnik poległych lotników. Wydobycie kamienia, który leżał okopany w ziemi, nie było możliwe - mimo wielu prób - z powodu jego ogromnego ciężaru, więc obecność menażerii Hagenbecka z jej słoniami była upragnioną okazją, żeby użyć tych „cennych” pracowników dla wydobycia kamienia”.

Cała operacja trwała w sumie trzy godziny. Głaz po wydobyciu z dołka został przeciągnięty pod kantynę na specjalnej drewnianej platformie. Słonie zajęły się także przeciąganiem samolotów, później zaś przyszedł czas na prysznic...
Lotnisko, na którym działała szkoła lotnicza, posiadało już wtedy kantynę, można zatem uznać, że było lotniskiem z prawdziwego zdarzenia. Opisywany kamień niemal na 100 procent znajduje się przed nim do dziś, stanowiąc jednak podstawę dla polskiego orła.

Tymczasem to by było na tyle. Jednak śladów skrzydeł i śmigieł - niekoniecznie na piasku - szukamy dalej, a skoro wreszcie udało nam się złapać trop, możemy obiecać, że ciąg dalszy nastąpi.