Syzyfowa robota satyryka

Dorota Witt 8 grudnia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:06

O kabareciarzach biegających po estradzie w slipach, o przewrażliwionych politykach i obrażonych związkowcach, o chodzeniu do lasu i na ryby mówi KRZYSZTOF DAUKSZEWICZ, satyryk, poeta i felietonista.

W 1989 roku w skeczu „Listy Ignacego do Hrabiego” mówił Pan, że „takie czasy nastały, że już nie wiadomo, na kogo się za to obrazić”. Dziś wiadomo?

Dziś już chyba wydoroślałem. Chciałbym właściwie już tylko spokojnie dożyć końca, ale gdyby stało się coś wspaniałego, takiego - wie pani - że chapeau bas!, to bardzo bym się ucieszył. Mam czworo dzieci, troje wnucząt i chciałbym, żeby oni żyli w tym kraju bez większych problemów. Najlepiej by było, gdyby wiadomo było, na kogo się obrazić. Ale - wie pani - ja jestem w takiej sytuacji, że to na mnie ciągle ktoś się obraża.

Przeprasza Pan wtedy?

Szczerze mówiąc, nie mam tego w zwyczaju. Uchodzę za satyryka, który nie obraża ludzi wprost. Nie śmieję się ani z niczyjej sylwetki, ani z uszu, ani nikogo nie przezywam. Zawsze znajdą się jednak tak zwani nadwrażliwcy. Samo to, że wymieni się ich nazwisko, powoduje, że albo się jeżą, albo Bóg wie co. Tak było za komuny i tak jest dziś. Zawsze jakaś partia albo któryś z tych naszych dzisiejszych „towarzyszy” tak to przeżywa.

Język satyry nie musi być poprawny politycznie?

Nie. Piszę to, na co pozwala mi wyobraźnia. Nie jestem chamski, ale to wynika z mojej kultury, którą wyniosłem z domu, a nie z tego, że się przejmuję tym, że jakbym coś powiedział, to Matko Moja Święta! Jeżeli uważam, że jakiś dowcip powinien być opowiedziany, to go opowiadam. Tyle.

Gdy nad satyrą panował cenzor, było dużo trudniej?

Cenzura swoją drogą, trzeba było kombinować, ale wtedy mimo wszystko było wygodniej. Dlatego, że człowiek wymyślił żart na towarzysza Gierka, a towarzysz Gierek rządził przez dziesięć lat, więc przez dziesięć lat ten dowcip można było opowiadać. Jeździło się z nim po wszystkich możliwych miastach i miasteczkach, a raczej drugi raz się tam nie wracało. Dziś trzeba w miarę szybko komentować wydarzenia polityczne. Szczególnie, że jest Internet, a tam całe mnóstwo domorosłych szalejących satyryków, oraz Facebook, gdzie wszyscy na bieżąco oceniają to, co się dzieje. Taki gość jak ja nie powinien w dużym stopniu odstawać tempem. Jasne, opowiadam też uniwersalne żarty, które nie dotyczą bieżącej polityki, ale robię wszystko, by nadążać za resztą.

Czy młodzi kabareciarze opowiadają dobre żarty polityczne?

Ani dobre, ani wcale. Daleko uciekają od polityki. Boją się między innymi tego, że nie spodobają się stacji telewizyjnej, kiedy będą stroili żarty z polityków. Młodzi zostali tak ukształtowani, choćby przez media, które spłycają to, co funkcjonuje w kabarecie i wśród satyryków. Doszło do tego, co oglądamy. Show. Trzy czy cztery lata temu byłem w Ełku w jury na kabaretonie „Mulatka”. Występowało szesnaście kabaretów, z tego dwanaście z męskimi składami, a wśród nich w dziesięciu ktoś się rozbierał na scenie. A to w slipach przed widownią przeleciał, a to w gaciach, a to z gołym torsem. Za moich czasów to było nie do pomyślenia. Broniłem się tym tylko, co mówiłem do mikrofonu. Moimi przyjaciółmi byli Adaś Kreczmar, znakomity tekściarz i poeta, który później został moim szwagrem, Jonasz Kofta, to ludzi tego pokroju uczyli mnie zawodu. W związku z tym mam inne wyobrażenie na temat i słowa, i muzyki, i przekazu. Inaczej niż młodzi widzę to, co mam robić. I robię po swojemu.



A w związku z tym wśród polityków przyjaciół Pan raczej nie znajdzie...

Wie pani, wśród polityków przyjaciół bym znalazł i to jednym ruchem. Politycy kochają takich ludzi jak ja, bo czują się przy nich bezpieczniej. Jak kogoś znam, z kimś się przyjaźnię, to, wiadomo, mniej go tknę niż obcego. Dlatego postanowiłem wyłączyć się zupełnie z życia publicznego, politycznego. Nie chodzę na żadne rauty, spotkania. Właściwie jedynym politykiem, z którym zaprzyjaźniłem się dawno, dawno temu, był Henio Wujec, ikona Solidarności, szalenie uczciwy człowiek, którego szanuję i lubię do dziś.

Słuchając Pana ostatniej płyty, myślę, że dziś związkowcy mają za co Pana nie lubić - za piosenkę „Najlepiej strajkować na wiosnę”.

Racja. Ale ta piosenka żyje nie tylko u nas. Ostatnio rozmawiałem z Jaromirem Nahavicą. On przełożył na czeski „Drogę do granicy”, teraz planuje tłumaczenie kawałka „Najlepiej strajkować na wiosnę”. „Drogę&” po czesku już słyszałem i już nawet razem ją wykonywaliśmy - on po czesku, ja po polsku.

Czesi śmieją się z tego samego co Polacy?

Chyba tak. Mamy w końcu podobną przeszłość od pewnego momentu, te same problemy ustrojowe, podobną korupcję, podobne przewałki w rządzie. Możemy sobie spokojnie ręce podać.

Przez tę płytę podpadł Pan właściwie wszystkim, śpiewa Pan w końcu o „jednym narodzie, dwóch plemionach”, to chyba w każdego uderza.

Nic na to nie poradzę. Uważam, że to bardzo uczciwie zrobiona płyta. Piosenki powstawały dziesięć lat. Ja nie muszę nikomu schlebiać. Mam na tyle poukładane życie, że na chleb i wędlinę do chleba zawsze starcza, a jak się uprę, to i na butelkę wina wystarczy. Nie mam potrzeby, by zarabiać kosze pieniędzy pod siebie. Nie. Staram się zarabiać, a jak nie mam roboty, to jadę na ryby albo do lasu. To takie moje życie. W piosenki staram się wtłoczyć swoje przemyślenia czy wątpliwości. Nie spieszę się z tym. W pewnym sensie celebruję. Tak, jak udało mi się ze świętej pamięci hrabią Tyszkiewiczem zaśpiewać rap kresowy. To też było wielkie przeżycie. Zatem - przeżywam teraz to, co tworzę, powoli.

Powstał drugi tom „Menelików”, będą następne?

Mam materiały na trzeci, ale nie spieszy mi się z jego wydaniem. Myślę sobie, że jak taka książka pojawia się raz na jakieś pięć lat, to wystarczy.

Mimo wszystko dużo tych „menelskich opowieści”. To chyba niezbyt dobrze świadczy o naszym społeczeństwie?

Menele są wszędzie, widziałem ich i w Australii, i w Stanach Zjednoczonych, i w Niemczech. To swego rodzaju subkultura, która funkcjonuje na swoich zasadach. I tu się nie ma co dziwić, tak jest urządzony świat.



Zapowiadał Pan kolejną książkę „Tuskuland”. Kiedy się ukaże?

Powoli piszę tę książkę. Nawet by już powstała, we fragmentach istnieje, ale złapałem ostatnio jakiegoś twórczego doła - i jeśli chodzi o pisanie, i o śpiewanie. Nie ma takich rozgłośni, które by to chciały puszczać, nie ma takich stacji, które by mnie chciały pokazywać. Już dzień po wydaniu płyty, można ją było ściągnąć w Internecie. To taka syzyfowa robota.

A kiedy już „Tuskuland” powstanie, to czy ma zamknąć usta tym, którzy oskarżają Pana o stronniczość polityczną, o to, że wyśmiewa Pan głównie polityków Prawa i Sprawiedliwości?

Zawsze ktoś mi zarzuca stronniczość. Każdy ma wyobraźnię na swój temat i widzi w mojej satyrze to, co chce zobaczyć. Mottem do wszystkich moich książek z serii „Między Worłujem a Przyszłozbożem” było zdanie wypowiedziane przez pewnego policjanta w Kielcach, który powiedział, że prawda jest jak dupa, każdy ma swoją. Wie pani, ja śmieję się z władzy, która jest u władzy, bo po co mam żartować z tych, którzy nie rządzą, tylko dlatego, że prywatnie się z nimi nie zgadzam? Pamiętam, jak na spotkaniu autorskim poświęconym którejś książce z tej samej serii podchodzi do mnie kobieta i mówi, że jak mogłem: na stronie 80 śmiałem się z Wałęsy, a na 130 stronie wziąłem i go pochwaliłem. Więc mówię jej, że na 80 stronie zachował się jak głupek, a na 130 wyszło mi, że postąpił dobrze. Dlaczego, skoro napisałem raz, że jest nie w porządku, mam ciągle tak pisać, tylko po to, by się czytelnik nie pogubił? Nie, staram się w miarę uczciwie i na miarę mojej wyobraźni oceniać ludzi. Kiedy ktoś robi dobrze, nie mówię, że zrobił źle. Taka jest moja rola i taka jest rola wszystkich rzetelnych satyryków.