Prawna gra pozorów

Małgorzata Oberlan 24 listopada 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:07




- Adwokaci z urzędu traktują nasze sprawy po macoszemu - coraz częściej skarżą się klienci. Prawnicy po cichu przypominają, że stawki za „urzędówki” są niezmienne od 11 lat. Więcej za godzinę płaci się fryzjerowi albo hydraulikowi. To czego tutaj oczekiwać?


Prawo ubogich, czyli gwarantowana przez państwo osobom niezamożnym pomoc prawna, w Polsce przypomina grę pozorów. Państwo udaje, że zapewnia każdemu potrzebującemu pełnomocnika z urzędu. Płaci mu jednak tak licho, że ten w sądzie często pozoruje zaangażowanie. Efekty są do przewidzenia.

- Przyznany mi z urzędu adwokat wpadał do sądu zziajany na ostatnią chwilę, był nieprzygotowany, akta przerzucał na korytarzu. Albo w zastępstwie przysyłał na sprawy aplikanta. Miałam poczucie, że traktuje mnie jak zło konieczne - wspomina pani Regina z Bydgoszczy, która doświadczyła takiej „pomocy prawnej”. Jej historia nie jest wyjątkowa. Narzekania na niesumienne podejście pełnomocników z urzędu pojawiają się regularnie w całym kraju.

Niech nikt nie ma wątpliwości...

Adwokaci, z którymi rozmawiamy, zastrzegają sobie anonimowość. Zgodnie twierdzą, że na „urzędówkach” się nie zarabia. Ba, często do nich się... dokłada.

Przywrócenie do pracy - 60 zł. Sprawa alimentacyjna (gdy reprezentuje się matkę, domagającą się pieniędzy na dziecko) - 60 zł. - Paradoksalnie, gdy rezprezentuje się interes pozwanego ojca, stawka jest korzystniejsza - zdradza adwokatka z Torunia.

Sprawy z zakresu ubezpieczeń społecznych - 60 zł. Przed sądem odwoławczym - 120 zł. Sprawy rozwodowe - 360 zł, nawet za te trwające np. dwa lata. Takie stawki za „urzędówki” obowiązują od 28 września 2002 roku.

- Te śmieszne 60, 120, 180 zł w praktyce idzie na założenie teczki z aktami, wydruki komputerowe, toner, faks lub kilka rozmów telefonicznych z sądem, klientem, na znaczek na list do sądu, na bilet tramwajowy albo paliwo, żeby dojechać na rozprawę, ewentualnie na bilet parkingowy (lub za postój w strefie  płatnego parkowania).  Po odliczeniu kosztów poprowadzenia sprawy, nierzadko trwającej rok, dwa lata, może okazać się, że adwokat tak naprawdę dołożył do interesu. Czyli, że finansuje państwo - wykłada adwokat ze Szczecina. I dodaje jasno: - Niech nikt nie ma wątpliwości - w takich sprawach adwokat nie będzie miał ani serca, ani czasu dla klienta.

Sąd to może zbyt kategoryczny, bo przecież i sumiennych reprezentujących z urzędu nie brakuje, ale daje do myślenia.

Więzienne solą w oku

W środowisku adwokackim zagotowało się w zeszłym roku, kiedy to decyzją ministra sprawiedliwości zmieniono stawki za reprezentowanie z urzędu osadzonych, domagających się odszkodowań (lub zadośćuczynień) za złe warunki odbywania kary, np. za przeludnione cele. Dotąd takie „więzienne urzędówki” opłacane były zależnie od wartości roszczenia. Jeśli np. mieściło się ono w granicach od 50 tys. zł do 200 tys. zł, wynagrodzenie dla adwokata wynosiło minimum 3,6 tys. zł. Decyzją ministra, który - jak podkreślał - kierował się troską o budżet państwa - reprezentowanie więźnia wynagradzane jest sumą 120 zł.

Już na etapie projektu pomysł oprotestowała Naczelna Rada Adwokacka, która podkreślała, że proponowana kwota nie pokryje nawet kosztów prowadzenia procesu. Za zbyt niską uznali ją także prezesi niektórych sądów apelacyjnych oraz Prokuratoria Generalna Skarbu Państwa. Ale minister się nie ugiął.

- I co mamy? Paranoję - uważa adwokat z Torunia. - Delikwenta, którego mam reprezentować, po pierwsze muszę namierzyć. Pojechać do aresztu, w którym siedzi, a który wcale nie musi być blisko. Takie sprawy oznaczają też najczęściej konieczność przesłuchania szefa aresztu, kuratora zajmującego się osadzonym, współwięźniów oraz zbadanie dostępu do pomocy medycznej. To jest czas, podróże, telefony. Potem reprezentowanie w sądzie i, zazwyczaj, obowiązek sporządzenia apelacji. A na końcu - pretensja, że kwota odszkodowania jest za mała i 120 zł wynagrodzenia.

Klient nałykał się gwoździ

Również kwotą 120 złotych wspomniany adwokat został wynagrodzony za rezprezentowanie osadzonego, który nie wykonał polecenia sądu, nie przepracował 30 godzin społecznie i nie zgłosił się na leczenie odwykowe w podtoruńskich Czerniewicach.

Już umówienie się z tym klientem na rozmowę okazało się prawdziwym wyzwaniem. - Za pierwszym razem, gdy do niego pojechałem, okazało się, że mężczyzna połknął gwoździe i na trzy tygodnie powędrował do szpitala. Odczekałem i pojechałem ponownie. Niestety, klient znów połknął gwoździe i konieczna była hospitalizacja. Gdy w końcu doszło do sprawy w sądzie, nie był zadowolony z rozstrzygnięcia - wspomina mecenas.

Telewizja robi złą robotę?

Według toruńskiej adwokatki, pomijając ewidentną kwestię niskich stawek, problemy z „urzędówkami” są dwa. Pierwszy to, mówiąc prawniczym żargonem, pozaprocesowe oczekiwania klientów. Niedawno zrezygnowała z reprezentowania z urzędu mężczyzny oskarżonego o morderstwo. Współpracę utrudniała wybitnie roszczeniowa postawa klienta. A czarę goryczy przelało żądanie dostarczenia mu do celi telewizora, i to w trybie natychmiastowym.

Problem drugi to oczekiwania klientów, wyrosłe na gruncie telewizyjnych produkcji. - A w „Prawie Agaty” tak było można - słyszałam już, albo „A sędzia Anna Maria Wesołowska pozwala”. Tymczasem obraz sądownictwa przedstawiany obecnie przez telewizję jest po prostu spaczony i przypomina targowisko - mówi adwokatka. - Tylko w telewizji świadkowie mogą przysłuchiwać się zeznaniom innych świadków, prosto z sali włączać się do rozprawy, wyciągać z kieszeni nagrania, które natychmiast stają się dowodami i są odtwarzane. Tłumaczenie klientowi, że w rzeczywistości na sali obowiązują inne procedury, ściśle określone przepisami, wymaga czasem dużo czasu i wysiłku...

Lakoniczne popieranie

Zdaniem adwokatów, kolejnym, wcale niebagatelnym problemem, bywają żądania „urzędowych” klientów. Czasem takie, że jedyną postawą adwokata w sądzie może być krytykowana potem przez klienta lakoniczność.

- Dostałem klienta z urzędu. Pozwał do sądu... sąd (tak, tak!) o ciężkie pieniądze, bo mu źle osądził sprawę. W pozwie same merytoryczne, a jakże, argumenty: że sędzia referent to łapówkarz i pijak, strona przeciwna to samo, właściwie cały świat się przeciwko niemu sprzysiągł, ogólna zmowa i spisek. Próbowałem mu delikatnie wytłumaczyć, ale on wie lepiej - relacjonuje jeden z mecenasów. - Więc jak już stanę przed sądem, to co mam powiedzieć, zanim sąd z hukiem oddali powództwo? Może powtórzyć argumentację pana powoda? Mam swoją godność, na swoje dobre imię ciężko pracuję i uważam, że są jednak granice robienia z siebie idioty. I jestem pewien, że żaden sędzia raczej nie będzie miał mi za złe, że ograniczę się - tak właśnie zrobię - do lakonicznego popierania powództwa.

Gdzie pomoc przedprocesowa?

Nie ma żadnego powodu, by adwokat z urzędu pracował mniej sumiennie niż ten z wyboru - to zasada naczelna, którą powinni kierować się prawnicy. W szczerych rozmowach słyszymy jednak, że etyka zawodowa etyką, a proza życia - prozą. - Bez urealnienia stawek za „urzędówki” cały system pomocy prawnej niezamożnym staje się hipokryzją. Państwo przerzuca na nas koszty. To może lepiej jasno nazwać to działalnością pro bono - podnoszą adwokaci.

A przypomnijmy, że z zapowiadanej przez rząd pomocy na etapie przedprocesowym (biura bezpłatnych porad prawnych) też, jak na razie, niewiele wyszło. Pomijając sądowych pieniaczy i klientów wybitnie roszczeniowych, tracą na tej sytuacji zwykli Kowalscy. Ci, których faktycznie nie stać na adwokata, a których losy w swe ręce biorą pełnomocnicy z urzędu. Szczęśliwi ci, którzy trafią na tych sumiennych i zaangażowanych.

Opinia

prof. Marian Filar, prawnik karnista z UMK


System wynagradzania pełnomocników z urzędu, szczególnie w postępowaniu cywilnym, wydaje się wadliwy. Stawki nie były podnoszone od 2002 roku i to rodzi problemy. Sądzę, że trzeba je pilnie zrewidować. Jeśli na przykład adwokaci reprezentują przed sądem rejonowym klienta w sprawie z zakresu prawa pracy, to wynagradzani są kwotą 60 zł (niezależnie od czasu trwania sprawy).

Ich narzekania na to, że suma taka nie pokrywa nawet kosztów korespondencji, telefonów i dojazdów, wydają się uzasadnione. Usługi prawnicze nie powinny być tańsze niż usługi fryzjerskie. Co prawda, wyliczenia niektórych reprezentujących z urzędu, że za godzinę pracy zapłacono im 3-5 złotych są przesadzone, ale problem taks istnieje. Generalnie jestem za urealnianiem każdej stawki, za cokolwiek. Kiedy są nierealne, doprowadza się do funkcjonowania nieoficjalnego obrotu usług.



Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 26-11-2013 12:23

    Oceniono 1 raz 0 1

    - abc: "Święta " prawda Pani Mecenas z Urzędu, nomem omen z urzędu, nomem omen nie Strona nie występowała o obron (sprawa cywilna), ale Sad dobrodusznie ze względu na sytuację ekonomiczną Stron przyznał Obrońcę z Urzędu w sprawie. I finał oczywisty, sprawa rozstrzygnięta na niekorzyść Strony, ponieważ Pani Mecenas nie dostarczyła w terminie Stronie postanowienia Sądu I instancji, tym samym pozbawiła prawa do złożenia apelacji przez Stronę!!!Niestety złożone zażalenie oddalono(wiadomo). ponieważ to że Obrońca nie dostarczył postanowienia nie stanowi dla Sądu prawa Strony do przywrócenia terminu!!!! Ale za to Obronie przyznano 2.5 tys. wynagrodzenia. Nigdy obrońcy z urzędu!!!!!!!!!

    Odpowiedz

  2. 25-11-2013 07:47

    Oceniono 2 razy 0 2

    - kornak20: No i znow okazuje się ze ktos ma zamało co za kraj -i naruszają jeszcze godnosc fryzjera czy hydraulika.Ci rzemieslnicy to robią kasują i odchodzą a wy przeciągacie sprawy w nieskonczonosc i konczycie jak klient zostaje w ostatniej koszuli a i tą byscie jeszcze zdarli,a skąd wzieło się to twierdzenie :jedna sprawa,druga sprawa i Warszawa:(to taki samochód) .Dobra i rzetelna papuga nie narzeka na brak kasy

    Odpowiedz