Pieniądze ważniejsze od pacjenta

Przemysław Łuczak 19 listopada 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:07




Rozmowa z TOMASZEM LATOSEM, przewodniczącym Sejmowej Komisji Zdrowia.

Czego dotyczy unijna dyrektywa transgraniczna obowiązująca od 25 października?

Ta dyrektywa daje możliwość leczenia się w dowolnym kraju unijnym, nie tylko w nagłych sytuacjach, jak do tej pory, lecz również wtedy, kiedy ograniczony jest dostęp do świadczeń medycznych we własnym państwie. Koszty leczenia będą zwracane, ale tylko do wysokości refundacji obowiązującej w danym kraju. Najpierw więc trzeba zapłacić za leczenie z własnej kieszeni, a potem można ubiegać się o zwrot części kosztów przez NFZ.

Patrząc jak długo czeka się na wizytę u lekarza specjalisty czy zabieg w naszym kraju, Polacy powinni być zadowoleni z tego rozwiązania...

Tak, ponieważ poszerza ono możliwości korzystania z opieki zdrowotnej, choć trzeba mieć świadomość, że większości pacjentów nie będzie stać na leczenie za granicą. Jest jednak pewna grupa pacjentów często lecząca się prywatne, która będzie chciała wyjechać w tym celu za granicę. Zwłaszcza jeśli wycena porady czy zabiegu w Niemczech, Czechach bądź Słowacji będzie niewiele wyższa niż w Polsce. Zresztą niekiedy może być ona niższa.

Jak duże może być zainteresowanie Polaków leczeniem za granicą?

Trudno powiedzieć, okaże się to w ciągu najbliższych tygodni. Nie ulega natomiast wątpliwości, że szczególnie atrakcyjnie ta oferta może wyglądać z punktu widzenia Polaków mieszkających w strefie przygranicznej. Ktoś kto ma blisko do lekarza w Czechach czy w Niemczech, a w Polsce musi długo czekać na wizytę u specjalisty, może się na to zdecydować. A jeśli jeszcze okaże się, że dopłaty nie są wysokie, a lekarz po niemieckiej stronie mówi po polsku, tym chętniej skorzysta z nowej możliwości.

Dlaczego rząd nie przygotował w porę przepisów dostosowujących polskie prawo do tej dyrektywy?

Na korytarzach sejmowych mówiło się o obawach rządu, że zbyt wielu Polaków będzie chciało skorzystać z możliwości leczenia za granicą, czego skromny budżet NFZ może nie wytrzymać. Ale ta argumentacja nie wytrzymuje próby, ponieważ w propozycjach ustawy rząd próbował wymyślać przeróżne wybiegi i kruczki prawne, żeby maksymalnie utrudnić obywatelom dostęp do leczenia zagranicznego. Te trzydzieści miesięcy nieróbstwa w tej sprawie należy traktować jako dowód ogromnego bałaganu w resorcie zdrowia i braku decyzyjności ministra Arłukowicza. Zresztą to niejedyny przykład, że resort jest spóźniony. Zdarzało się już, że aby skrócić proces legislacyjny i zdążyć z czymś na ostatnią chwilę, ministerstwo posiłkowało się inicjatywą poselską lub senatorską.

Kiedy zatem można się spodziewać ustawy dotyczącej leczenia za granicą?

Projekt ustawy został przekazany do konsultacji, ale trudno mi powiedzieć, na jakim jest to etapie. Rząd deklarował, że przygotuje ten dokument w takim terminie, żeby ustawa zaczęła obowiązywać od 1 stycznia. Ponieważ do tej pory do Sejmu jeszcze on nie wpłynął, mam wątpliwości, czy rząd wywiąże się z tej obietnicy.

Jednak zdaniem ekspertów rynku medycznego i prawników, mimo że NFZ i ministerstwo odradzają wyjazdy na leczenie za granicą, dyrektywa obowiązuje również w Polsce, nawet bez wprowadzenia regulacji krajowych. Oczywiście, droga do odzyskania przez pacjenta pieniędzy wydanych na leczenie za granicą będzie skomplikowana.

W takiej sytuacji pozostaje droga sądowa w Polsce, ewentualnie w Strasburgu i czas dochodzenia swoich pieniędzy może się wydłużyć nawet do kilku lat. Może to być krótszy okres, jeżeli po wejściu w życie ustawy zapadłaby decyzja, że NFZ będzie dążył do porozumienia z pacjentami w sprawie zwrotu kosztów leczenia. Na to jednak specjalnie bym nie liczył, bo fundusz ma za mały budżet. Świadczą o tym m.in. zbyt niskie propozycje aneksowe umów ze szpitalami na przyszły rok.

W projekcie przyszłorocznego budżetu rząd zaplanował 280 mln zł na wydatki związane z leczeniem transgranicznym. Czy to wystarczy?

W moim przekonaniu jest to kwota niewystarczająca. Pamiętajmy, że ma ona pokryć nie tylko wydatki wynikające z dyrektywy, ale również nagłe zdarzenia medyczne. Nasi obywatele wyjeżdżają do innych krajów UE, zdarza się, że ulegają wypadkom, dochodzi do zachorowań, gdzie potrzebna jest pilna interwencja medyczna, i na te procedury też potrzebne są pieniądze.

One do tej pory też były finansowane i - o ile się nie mylę - kwota zapisana w budżecie na 2014 rok aż tak bardzo nie jest wyższa o tej, która dotychczas była rezerwowana na leczenie Polaków za granicą. NFZ, mając za mało pieniędzy, dzieli to, co ma, z założeniem, że lepiej pewne wydatki, tak jak w tym przypadku, odkładać w bliżej nieokreśloną przyszłość niż podpisywać zobowiązanie już dziś. To pokazuje, że bez zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia daleko nie zajedziemy.

Czy potrzebna jest wspólna polityka zdrowotna UE, choćby wypracowanie jednolitej listy zabiegów gwarantowanych?

Nie wyobrażam sobie wspólnej polityki zdrowotnej w UE. Mogłyby jej nie wytrzymać biedniejsze kraje, takie jak Polska. Natomiast to, że jesteśmy w trakcie reformowania opieki zdrowotnej, powinniśmy wykorzystać do zbudowania mądrego modelu ochrony zdrowia. Niestety, patrzę z żalem, że zwłaszcza w kilku ostatnich latach nie tylko nie korzystamy ze sprawdzonych wzorów zachodnich, tylko przeciwnie, w resorcie wymyśla się rozwiązania quasi-nowatorskie, które nigdzie nie zdały egzaminu, i można łatwo przewidzieć, że i u nas okażą się nieskuteczne.

Muszę powiedzieć, że jest to ten rodzaj bezmyślności, który w obecnej polityce zdrowotnej najbardziej mnie przeraża. Przykładem pierwszym z brzegu jest informatyzacja służby zdrowia. Zamiast skorzystać np. z pozytywnych doświadczeń duńskich, gdzie za stosunkowo niewielkie pieniądze stworzono jasny i sprawny system informatyczny, próbujemy iść własną drogą albo sięgać do w jakimś sensie negatywnych rozwiązań brytyjskich.

Dlaczego w ochronie zdrowia nie można dojść do porozumienia ponad politycznymi podziałami?

Czasami zastanawiam się, ile w tym niekompetencji, a ile zadufania takiego czy innego ministra rządzącej koalicji PO i PSL. Kilka lat temu była np. taka zgoda co do stworzenia sieci szpitali, dzięki czemu można by ocenić potrzeby zdrowotne obywateli na danym terenie. Inne są one w naszym województwie, inne na Mazowszu, inne na Śląsku. W oparciu o te dane można by określić, które szpitale powinny się zrestrukturyzować, przekształcić, zmienić profil łóżek, bo w jednej specjalności jest ich za mało, a w innej za dużo.

Według tego można by kontraktować, ustalić stopień referencyjności, bo inne są zadania szpitala klinicznego, inne uniwersyteckiego, a inne powiatowego czy miejskiego. Ale gada się o tym i gada, ustawa przygotowana przez ministra Zbigniewa Religę nie zdążyła być przyjęta w krótkich rządach PiS. Została ona potem ponownie złożona w Sejmie po przejęciu władzy przez PO, ale odrzucono ją już w pierwszym czytaniu.
Z zastrzeżeniem, że co do zasady proponowane w niej rozwiązania popiera również koalicja PO i PSL. Wprawdzie przez sześć lat co jakiś czas rzucane są hasła, że taka ustawa jest potrzebna, ale nie idą za tym żadne działania. Chętnie poprę każde mądre rozwiązanie w ochronie zdrowia, niech tylko rząd da taką szansę. Niech rząd wreszcie zacznie reformować służbę zdrowia, a nie udawać, że to robi.

Czy polskie placówki medyczne są przygotowane na przyjęcie pacjentów z innych krajów?

Są placówki medyczne w pełni nowoczesne, posiadające znakomity sprzęt, świetną kadrę i zapewniające chorym warunki pobytu na poziomie europejskim. Są i takie, które wymagają wielkich nakładów finansowych, żeby w ogóle mogły dalej funkcjonować. Ale leczenie pacjentów z innych państw unijnych to jest tylko pewien dodatek.

Musimy pamiętać, że w naszej polityce zdrowotnej najważniejszy jest polski pacjent. Niestety, w okresie obecnych rządów to nie pacjent, lecz pieniądz stał się centrum systemu, najważniejszy jest wynik ekonomiczny. I to wokół wyniku ekonomicznego wszystko ma się kręcić, a jednocześnie skąpi się - myślę o różnych decyzjach premiera, ministra finansów czy ministra zdrowia - pieniędzy na ochronę zdrowia. Polska wciąż jest na szarym końcu w UE, jeśli chodzi o wydatki na ten tak ważny cel społeczny. One cały czas kręcą się wokół 4,5 proc. PKB rocznie. Tymczasem wszyscy eksperci mówią, że ich minimalny poziom powinien wynosić 6 proc.
Teczka osobowa

Lekarz radiolog i mistrz brydżowy

Tomasz Latos ma 49 lat. Z zawodu jest lekarzem radiologiem, interesuje się ultrasonografią gałki ocznej. Poseł PiS V, VI i VII kadencji Sejmu z okręgu bydgoskiego. W ostatnich wyborach uzyskał 20308 głosów. Obecnie jest przewodniczącym Sejmowej Komisji Zdrowia. Pracuje również w komisji spraw zagranicznych.

Żona Anna specjalizuje się w pedagogice specjalnej i jest nauczycielką. Dzieci: Katarzyna, Bartosz, Błażej i Kuba.

Hobby: brydż sportowy - zdobywał medale na mistrzostwach Polski lekarzy. Lubi jeździć na nartach. Interesuje się historią starożytną, muzyką, sztuką i sportem.


Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 20-11-2013 19:53

    Brak ocen 0 0

    - old filmowiec: Tez mi nowina !! w kultowym filmie Kabaret /nie to barachło co teraz pokazuje Zydowicz / spiewaja money, money ....

    Odpowiedz