Hulajnoga odjeżdża spod celi

Piotr Schutta 18 listopada 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:07




Jazda na rowerze po pijanemu i kradzież bądź zniszczenie mienia wartości do 400 złotych przestają być przestępstwami. W minioną sobotę na mocy nowelizacji prawa mogli opuścić więzienia sprawcy tych czynów. Na wolność wyszło ich dużo mniej niż zakładano.


W środowisku więziennym mówi się na nich „dziadki” albo „zgredziki”. Mają zwykle po 50 lat albo więcej i zerowe doświadczenie w środowisku przestępczym. Jeszcze do niedawna trafiali za kraty m.in. za tzw. hulajnogę, czyli jazdę po pijanemu na rowerze.

Typowymi przestępcami nie są i trudno o nich powiedzieć: kryminaliści. Zakład karny to dla nich świat obcy, z którym kontakt kończy się dramatycznie, depresją i poważnym kryzysem wartości. Spadając na samo dno więziennej hierarchii są ostatni do posiłku i do toalety, za to pierwszymi do wykorzystywania przez współosadzonych. Muszą dzielić się w celi paczkami żywnościowymi, zmywać naczynia i podłogi, znosić drwiny i złośliwe żarty. O readaptacji czy resocjalizacji nie ma mowy. Po wyjściu z więzienia prowadzą takie samo życie jak wcześniej - przeważnie z butelką w garści.

Jeśli za mur nie doprowadziła ich hulajnoga, to często lądują tu również z powodu kradzieży. Wśród nich jest wielu bezdomnych i niezaradnych życiowo ludzi, dla których drobne kradzieże stały się sposobem na przetrwanie. Do resocjalizacji w warunkach izolacji jednak się nie nadają, bo, po pierwsze, nie są mocno zdemoralizowani, po drugie, nie umieją się przystosować do warunków „kryminału”. Ich utrzymanie kosztuje jednak tyle samo co utrzymanie innych skazanych. W tym roku to ok. 2,5 tys. zł miesięcznie za jednego osadzonego.

Kolarze wracają do domów

Tydzień temu weszła w życie nowelizacja prawa, wedle której jazda na rowerze w stanie nietrzeźwości, a także czyny przeciwko mieniu do wartości 400 złotych (poprzednio do 250 zł) przestają być przestępstwami. Oprócz drobnej kradzieży i przywłaszczenia mienia, wykroczeniem staje się umyślne i nieumyślne paserstwo, nielegalny wyrąb drzewa oraz zniszczenie bądź uszkodzenie mienia. Warunkiem jest jednak nieprzekroczenie kwoty 400 złotych - czyli jednej czwartej minimalnego wynagrodzenia w Polsce. Sprawcy ci mogą być od tej pory rozliczani tylko z kodeksu wykroczeń, a więc grozi im jedynie kara grzywny, ograniczenie wolności lub areszt do miesiąca czasu. Do tej pory trafiali do więzień na dłużej. Maksymalną karą za tego typu naruszenia prawa był rok pozbawienia wolności.

Za „hulajnogę” można było zostać skazanym na karę więzienia od 2000 roku. Artykuł 178a paragraf 2 wprowadzono za rządów AWS, a jego stosowanie z każdym rokiem przybierało na sile. W rekordowym roku 2005, jak podaje Ministerstwo Sprawiedliwości, sądy skazały ok. 80 tysięcy osób za jazdę na rowerze po pijanemu. W późniejszych latach było to 50-60 tysięcy ludzi. Oczywiście nie wszyscy od razu trafiali do więzień. Za pierwszym razem zapadały najczęściej wyroki grzywny i ograniczenia wolności w formie prac publicznych społecznie użytecznych. Regułą było jednak, że spora część skazanych, mówiąc delikatnie, ignorowała karę grzywny i „odróbkę”. Nie zmieniała również swoich kolarskich zachowań. Będąc łatwym łupem dla policji, podnoszącej tym sposobem swoje statystyki wykrywalności, wpadali po raz kolejny i kolejny, nie mogąc już liczyć na łagodny wymiar kary.

Spora część niepoprawnych, oprócz kary więzienia, otrzymywała zakaz prowadzenia pojazdów z artykułu 244 Kodeksu karnego. Dziś jest z nimi problem. Nie mogą wyjść na wolność, korzystając z ostatniej nowelizacji prawa, bowiem ustawodawca nie objął „małą amnestią” artykułu 244. Mimo że główną podstawą skazania jest w ich przypadku „hulajnoga”, art. 178a par. 2, więzienna brama ani drgnie, ponieważ ustawodawca nie przewidział sytuacji, że kolarz może być skazany z dwóch artykułów. W naszym regionie z 580 rowerzystów wyszło na wolność tylko 91.

Polska była jedynym krajem Unii Europejskiej, w którym skazywano za jazdę na rowerze z promilami, jak za przestępstwo. Co roku więzienny drelich ubierało kilkanaście tysięcy kolarzy zatrzymanych przez policję za jazdę na gazie. W tym niemało kobiet. Według danych resortu sprawiedliwości i statystyk Służby Więziennej w 2009 roku zakłady karne musiało „zwiedzić” 13,2 tysiąca rowerzystek i rowerzystów. Dwa lata później liczba ta wprawdzie zmalała do 12,7 tys., lecz nadal stanowiło to 17,3 proc. ogółu osadzonych w polskich więzieniach. Dla porównania, w okręgu więziennym obejmującym Bydgoszcz, Toruń i Włocławek w kilkunastu jednostkach penitencjarnych przebywa ok. 7 tysięcy ludzi. Utrzymanie takiej armii skazanych oraz koszty związane z zatrudnieniem pracowników Służby Więziennej i prowadzeniem wszystkich obiektów wyniosły w 2012 r. ponad 200 milionów zł. W tym roku ministerstwo przeznaczyło na więziennictwo w Kujawsko-Pomorskiem 214 mln zł. Nietrudno ustalić, choć w przybliżeniu, ile setek milionów straciło nasze państwo wsadzając kolarzy do więzień.

- Pamiętam, że wśród osadzonych zdarzały się kobiety ze wsi, które przyłapywano na tym, że w czasie żniw jechały rowerem na pole - mówi Rafał Grabski z Aresztu Śłedczego w Bydgoszczy.

Przed wprowadzeniem nowelizacji Służba Więzienna obliczyła, że pod kluczem jest dokładnie 10240 osób, które popełniły czyny objęte zmianą prawa (w tym 1653 kolarzy). Teoretycznie więc, właśnie taka liczba osadzonych powinna opuścić wcześniej zakłady karne. Ustawa zaczęła obowiązywać w sobotę, 9 listopada, lecz szczęśliwców, którzy właśnie tego dnia przywitali się z wolnością było zaledwie 1464: aż 1069 rowerzystów, 331 sprawców kradzieży, 47 sprawców zniszczenia mienia, 14 paserów, 3 osoby, które skazano za nielegalny wyrąb lasu.

Zabrakło wyobraźni

Część skazanych odsiaduje wyroki łączne za kilka przestępstw. Jeśli wśród nich znalazł się czyn, który w świetle nowelizacji stał się wykroczeniem, będą oni mogli liczyć na zmniejszenie wymiaru kary. Zanim jednak to nastąpi, musi upłynąć trochę czasu. Ostatnie dwa tygodnie były dla sądów w całej Polsce mordercze. Sędziowie i pracownicy sekretariatów wydziałów karnych sądów rejonowych pracowali po kilkanaście godzin dziennie. Robili wszystko, by zdążyć na czas z wydaniem zwolnień i dostarczeniem niezbędnych dokumentów do zakładów karnych. W razie opóźnień skazani mogliby skarżyć Skarb Państwa o wypłatę odszkodowań za bezzasadne przetrzymanie w izolacji. Pracę wymiaru sprawiedliwości dodatkowo skomplikował fakt, że termin wejścia w życie nowych przepisów przypadł w dzień wolny od pracy, w sobotę podczas tzw. długiego weekendu.

- Trochę tutaj zabrakło ustawodawcy wyobraźni - mówi sędzia Dariusz Fiutak, wiceprzewodniczący XVI Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Bydgoszczy. Dodaje, że sporym utrudnieniem był krótki, bo dwutygodniowy okres vacatio legis.

- Tak naprawdę z dwóch tygodni zrobił się w końcu tydzień, ponieważ nie mieliśmy wcześniej wytycznych ministerstwa. Tak więc w ciągu siedmiu dni musieliśmy przejrzeć w naszym wydziale kilka tysięcy akt. Trzeba było zajrzeć do każdej sprawy z osobna, żeby sprawdzić, czy dana osoba kwalifikuje się do zwolnienia. Powiedzmy, że ktoś miał wyrok łączny 3 lat pozbawienia wolności za różne czyny, a jedno z tych przestępstw dziś można zakwalifikować jako wykroczenie. Musieliśmy przy tym dokładnie ustalić wartość uszkodzonego bądź skradzionego mienia - dodaje sędzia.

W tym roku jedna czwarta minimalnego wynagrodzenia to 400 złotych, ale w roku ubiegłym była to kwota 375 złotych, a w latach poprzednich jeszcze mniejsza.

Papierkowa robota w sądach jeszcze się nie zakończyła. Rozwiązano stare wyroki łączne, część z nich wprowadzono z powrotem do wykonania, ale przed sędziami jeszcze trud wydania nowych wyroków łącznych, nieobejmujących czynów, które po nowelizacji stały się wykroczeniami.

Powinno być luźniej

- Część osób nadal przebywa w zakładach karnych, ale ich wyroki zmienią się. Wyjdą szybciej. Skazani zyskują na zmianie przepisów od 6 do 11 miesięcy wolności - informuje Rafał Grabski.

- Na pewno spadnie zaludnienie w naszych jednostkach. Nasz zakład opuściło w sobotę 15 osób, co oznacza zwolnienie piętnastu miejsc. Liczymy też na to, że liczba skazanych przyjmowanych do zakładów karnych zmniejszy się. Do tej pory każdego tygodnia przyjmowaliśmy po kilka osób skazanych za jazdę na rowerze w stanie nietrzeźwości - mówi Marcin Klimczyk z Zakładu Karnego w Fordonie.

Teraz sędziowie będą musieli zająć się jeszcze wyrokami ograniczenia wolności, bowiem i tu zaszły zmiany. Sprawców czynów przeciwko mieniu do 400 złotych można bowiem skazać najwyżej na miesiąc prac publicznych, a nie do 10 miesięcy, jak było dotychczas. Rowerzyści, według nowych przepisów, wcale nie podlegają tej formie kary, więc jeśli została zasądzona wcześniej, teraz zostanie anulowana.
Fakty

Nowe regulacje prawne nie odciążą sądów

W Kujawsko-Pomorskiem w minioną sobotę wyszło z więzień 129 osób, w tym 91 skazanych za jazdę na rowerze w stanie nietrzeźwości. W kilkunastu jednostkach penitencjarnych regionu przebywa ok. 7 tysięcy osadzonych.

Według starych regulacji prawnych, jazda na rowerze po pijanemu była przestępstwem zagrożonym karą grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do roku. Od 9 listopada kolarza będącego pod wpływem alkoholu można skazać jedynie na grzywnę lub 30 dni aresztu.

Sądy rejonowe w miastach średniej wielkości rozpatrywały rocznie ok. 300-400 spraw dotyczących pijanych rowerzystów i sprawców drobnych kradzieży. Zmiana prawa nie uwalnia sądów od procedowania w tych przypadkach. Zajmą się nimi jedynie inne wydziały - do spraw wykroczeń.