Granat to życie ściśnięte w garści

Jacek Kiełpiński, zdjęcia: Grzegorz Olkowski 2 listopada 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:09



Tylko w filmach wojennych i grach komputerowych wszystkim wychodzi to jak z płatka. W rzeczywistości rzucający odczuwa stres, czasem paraliżujący lęk. Kapitan Grzegorz Nicke to przewidział. Dlatego zdążył zasłonić żołnierza, któremu rzut nie wyszedł.


Czyn bohaterski. Tak określają to, co stało się na toruńskim poligonie, koledzy kapitana pośmiertnie awansowanego na pułkownika. - Zasłonić własnym ciałem podwładnego to niepisany obowiązek oficera - podkreślają. Choć samego zdarzenia nikt nie widział, ślady krwi mówią, ich zdaniem, wszystko.

Rzutnia granatów na toruńskim, największym w Europie, poligonie artyleryjskim to spory, starannie zabezpieczony obiekt. Tu wszystko odbywa się zgodnie z instrukcją. 8 października szefem ćwiczeń, czyli wówczas bogiem w tym miejscu, był kapitan Grzegorz Nicke, dowódca kompanii wsparcia w dywizjonie zabezpieczenia Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia w Toruniu.

Zabrakło wtedy dwóch gwizdów

- Grzegorz był pedantem. W dobrym tego słowa znaczeniu - podkreśla przyjaciel oficera, kapitan Piotr Figas. - On był bardziej niż precyzyjny, był perfekcjonistą. Zawsze kilka razy sprawdzał, czy jego polecenia zostały właściwie zrozumiane. Potrafił z nich egzaminować. Dlatego jesteśmy pewni, że wszyscy przystępujący do ćwiczeń znali procedury w stu procentach.

A zasady są następujące. Żołnierze oczekują na swoją kolej w schronie, znajdującym się kilkadziesiąt metrów od właściwej rzutni. Kolejno, na rozkaz, ruszają wyłożoną betonowymi płytami transzeją do punktu amunicyjnego, gdzie pobierają granat obronny F-1 i zapalnik. Chowają te przedmioty do regulaminowej torby. Gdy docierają na miejsce rzutu, na polecenie stojącego obok dowódcy uzbrajają granat.

- Robi się to w ściśle określony sposób - zapewnia major Ireneusz Bandura, komendant Garnizonu Toruń, i prezentuje na atrapie F-1. - Granat nakręca się na zapalnik, trzymając tuż przy biodrze i nie patrząc w dół. Chodzi o to, by ewentualna eksplozja nie zabiła, lecz jedynie w najgorszym przypadku raniła żołnierza przygotowującego się do rzutu. Nie pamiętam, by granat kiedykolwiek w tym momencie eksplodował, ale tak mają obowiązek robić wszyscy.

Gdy granat jest uzbrojony, szef ćwiczeń wydaje komendę rzutu granatem w piechotę i dmie pojedynczo w gwizdek. Wówczas żołnierz wyrywa zawleczkę i cały czas przyciskając łyżkę granatu, miota go znad głowy w kierunku trzech sylwetek. Prawidłowo wyrzucony granat powinien spaść około dwudziestu metrów dalej. Rzucający oraz dowódca kucają w tym momencie w rzutni, odłamki przelatują nad ich głowami. Wówczas dowódca gwiżdże dwa razy, żołnierz oddala się transzeją z drugiej strony do schronu, a jego miejsce zajmuje kolejny. Tym razem po eksplozji nie było dwóch gwizdów...

Pierwszy na miejscu wypadku znalazł się kierownik punktu amunicyjnego, chwilę później czekający w schronie ratownik medyczny. Kapitan Nicke leżał nieprzytomny na żołnierzu.

- Czyli widząc, że granat nie został rzucony prawidłowo, prawdopodobnie skoczył na podwyższenie, z którego się rzuca, i powalił szeregowego - tłumaczy major Bandura. - Krew była na podwyższeniu i poniżej, gdzie razem padli. I to jest dowód na odwagę i dzielność naszego kolegi. Gdyby nie zareagował i pozostał na swoim miejscu, nic by mu się nie stało. A szeregowy, którego najpewniej w tym momencie zamurowało, by zginął.

Rękę miałem mokrą, pot aż kapał

Ze wstępnych ustaleń wynika bowiem, że żołnierz ten rzucił nie na metrów dwadzieścia, tylko na około... pół metra. Jak to jest możliwe?

- Możliwe, możliwe - zapewnia doktor Jacek Makowski, kierownik należącego do CSAiU ambulatorium z izbą chorych. - Szeregowy rzucał granatem bojowym drugi raz w życiu. Pamiętam dobrze swój drugi rzut. Rękę miałem mokrą. Pot aż kapał. Pamiętajmy, że po wyjęciu zawleczki wystarczy puścić łyżkę i po 3,2 do 4 sekund nastąpi eksplozja. Dlatego większość przyciska tę łyżkę bardzo mocno, czasem dochodzi do czegoś w rodzaju rękościsku. Słyszałem o przypadkach, gdy trzeba było siłą rozwierać palce przerażonemu żołnierzowi.

Wszyscy pytani oficerowie, a rzucać granatem raz do roku musi w polskiej armii każdy niezależnie od stopnia, przyznają, że są w tym momencie zdenerwowani. Dla nikogo nie jest to obojętne. Jak podkreślają - strzela się, celując w określonym kierunku, a tu własne życie trzeba trzymać do ostatniej chwili w garści. Przytaczają barwne przykłady, gdy zdenerwowany żołnierz wyrzucił granat do tyłu albo odrzucił zawleczkę, a granat dusił w garści, aż mu zbielały palce.

Na forach internetowych przeczytać można wyznania kierowników ćwiczeń, którzy rzucali granatami za spanikowanych żołnierzy, a częściej nawet za wyższych oficerów, którzy bali się granatu jak nowicjusze.

Co ważne, okazuje się, że każdy ma prawo odmówić rzutu w danej chwili.

- Jeśli nie czuje się na siłach, może zrezygnować nawet już po uzbrojeniu granatu. I to bez konsekwencji - podkreśla podpułkownik Edward Kaniecki, dowódca dywizjonu zabezpieczenia. - Czasem widać po oczach, że coś jest nie tak i wówczas lepiej granatu nie dotykać.

Jednak tamtego dnia pierwszy podchodzący do rzutni nie sprawiał wrażenia przerażonego. Jak to się stało, że granat zamiast rzucić, dosłownie wbił w piaskową skarpę tuż nad skrajem transzei?

- Po zdarzeniu był roztrzęsiony. Nie dało się go przesłuchać. Winił się za wypadek. Rozpaczał - wspomina doktor Makowski. - Sądzę, że sam moment rzutu mógł mu się zatrzeć w świadomości. Dziś dochodzi do siebie pod opieką specjalistów. Co tu gadać, nie rozwarł palców w odpowiednim momencie. To się naprawdę może zdarzyć. Każdemu.

Kapitan, a dziś, po śmierci, pułkownik Grzegorz Nicke miał wyjątkowego pecha. Ranił go tylko jeden z około pięciu tysięcy odłamków F-1, ale trafił z tyłu głowy pod hełmem, po czym rozpadł się w ciele. Usunięto kilka fragmentów, jeden utkwił przy rdzeniu kręgowym. Oficer zmarł po jedenastu dniach, 19 października, nie odzyskawszy przytomności.

Koledzy Grzegorza Nicke stanowczo odradzali nam spotkanie ze zrozpaczoną żoną zmarłego. Ich zdaniem, małżeństwo to było wyjątkowe.

Jego syn jest już żołnierzem

- Choćby podczas misji w Kosowie, gdzie był na przełomie lat 2011-12, gdy tylko obowiązki mu pozwalały, stale był obecny na Skypie. Kontaktował się z żoną Olą i dziewięcioletnim dziś synem Konradem dosłownie w każdej wolnej chwili - wspomina kapitan Tomasz Ostrowski, kolega Grzegorza Nicke. - Był bardzo, bardzo rodzinny.

Nie tylko dla komendanta CSAiU, pułkownika Aureliusza Chyleńskiego, ale dla wszystkich oficerów oczywistym jest, że wdowie po bohaterskim koledze należy się ich troska. Jeśli będzie taka potrzeba, centrum zaproponuje kobiecie pracę. Koledzy oferują jej wszelką pomoc. Mówią o niej „nasza Ola”.

- A syn kolegi Konrad jest dziś naszym młodym żołnierzem, którego zawsze wesprzemy w staraniach i dbałości o dom Grzegorza. Tak powiedziałem chłopakowi na pogrzebie. I słowa dotrzymamy - kończy major Bandura.