Niewolnicy z polskich lasów

Jacek Kiełpiński 20 października 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:09

Mówią o nich: zule. Sami też określają siebie używając tego skrótu. Czasem, gdy humor lepszy, żartują, że są plemieniem Zulusów. Kilkudziesięciotysięczna armia pracowników Zakładów Usług Leśnych to zamknięty krąg. Zdaniem fachowców - ostoja szarej strefy.




- Przez lata robiłem przy produkcji palet w ZUL „Sosenka”. Osiem godzin na stojąco każdego dnia. Noga najpierw zaczęła pobolewać, potem było coraz gorzej, w sierpniu mi ją amputowali. Nie byłem zarejestrowany w ZUS, pracowałem na dziko, więc chorobowe się nie należało. Dziś pomaga mi tylko gmina. Nie wiem, co dalej będzie.

Stanisław Seroczyński z Mostek pod Włocławkiem, dziś inwalida na wózku, może już mówić. Należy do byłych pracowników leśnych, którzy zaczynają publicznie ujawniać kulisy zatrudnienia w Zakładach Usług Leśnych. - Wszyscy związani z polskimi lasami wiedzą, o co chodzi. Jak ma przyjechać kontrola z Państwowej Inspekcji Pracy, a takie czasami, choć rzadko bywają, to właściciel ZUL zawsze ma wcześniej cynk. Zostawia w pracy kilku z umowami i zarejestrowanych, a resztę wygania do domów.



Wałęsa jest przerażony

Przeszukując zasoby Internetu, szczególnie fora leśne, łatwo zauważyć, że problem jest ogólnopolski. Przyznaje to Rafał Jajor, redaktor naczelny „Gazety Leśnej”.

- Ten proces rozpoczął się wraz z transformacją na początku lat 90., gdy sukcesywnie zaczęto w Lasach Państwowych pozbywać się pracowników leśnych, którym składano propozycje nie do odrzucenia, by się zwolnili i założyli własne firmy. Tak powstały ZUL-e, które zaczęły ze sobą konkurować w przetargach organizowanych przez Lasy. By utrzymać się na rynku, obniżały stawki, czyli np. koszt pozyskania drewna. Inna rzecz, że same Lasy też oferowały wyjściowe kwoty rażąco niskie. To wszystko musiało się odbijać na pracownikach. Dlatego dziś wielu oskarża Lasy Państwowe o propagowanie szarej strefy - wyjaśnia Rafał Jajor.

„Gazeta Leśna” opublikowała kiedyś list do redakcji zatytułowany „Nie traktujcie pracowników zuli jak niewolników”. Słowo „niewolnictwo” pada też najczęściej w rozmowach z byłymi pracownikami.

- Mam 65 lat. Pamiętam, że były kiedyś umowy-zlecenia, buty się nawet dostawało. O, te mam jeszcze po pracy w ZUL „Sosenka” Grzegorza Ruczewskiego. Okazało się, że od lat nie byłem rejestrowany. Teraz, gdy prawie chodzić nie mogę i do roboty nie biorą, wiem, że przynajmniej od 12 lat składek za mnie nie płacono - Jan Wałęsa pokazuje swoje skromne obejście i zaczyna skręcać papierosa z resztek tytoniu. Jest przerażony tym, co przed chwilą powiedział. Wspomina, że już kiedyś został pobity za mówienie prawdy. Nie ukrywa - boi się przyszłości. Przyznaje, że czuje się jak niewolnik. Wykorzystany i kopnięty. Mówi mało i oszczędnie. Co jakiś czas ociera łzę.

Niech mi udowodni, że pracował!

- Na układy nie ma mocnych! - zawzięcie z kolei wykrzykuje Marek Myzia z Murska. - Ja akurat byłem u Ruczewskiego zarejestrowany, ale kilkudziesięciu innych nie. Za to jak robiłem w ZUL Bąkowski, to już na dziko. Wszyscy wiedzą, że żadna kontrola niczego nie wykryje, bo zawsze jest wcześniej ostrzegawczy telefon. Są ZUL-owcy, którzy dają jakieś ubrania robocze, kamizelki, coś tam, coś tam - są i tacy, to fakt... Ale posiłków regeneracyjnych nie dostanie się nigdzie, najwyżej wodę latem.

Ogromny żal nosi w sercu Franciszek Błaszczyk z Telążny Starej. Ma 67 lat i żadnych szans na udokumentowanie swojej wieloletniej pracy w ZUL Bąkowski.

- Wałęsa, ten od Ruczewskiego, poszedł się je...ć, teraz ja poszedłem się je...ć - macha ręką. - Zostałem oszukany, dwanaście lat straciłem. A wmawiano mi, że jetem w ZUS-ie rejestrowany i opłacaną mam składkę. I g...o prawda! Oszukali mnie, ku...sy!

Zadzwoniliśmy do pracodawców wspominanych przez byłych pracowników. Grzegorz Ruczewski z „Sosenki” od razu przeszedł do kontrataku: - Seroczyński umowę jakąś tam miał, musiałbym sprawdzić, a Wałęsa niech sobie gada, co chce, niech mi to udowodni, że pracował! No, niech udowodni!

Z kolei Krzysztof Bąkowski zareagował dość dziwnie, gdy spytałem o przypadki Marka Myzi i Franciszka Błaszczyka: - Nie wiem, o czym pan mówi.

Gdy spytałem o zasady zatrudniania w jego firmie, reakcja była ta sama: - Nie wiem, o czym pan mówi - powtarzał wielokrotnie. A ostatecznie wyłączył telefon.

Państwowa Inspekcja Pracy zdaje sobie sprawę z problemu.

- Prawda jest taka, że nielegalność zatrudnienia najłatwiej ukryć w lesie - przyznaje Bogusław Łaguna, szef włocławskiego oddziału Okręgowego Inspektoratu Pracy w Bydgoszczy. - Nie jest łatwo podjąć kontrolę w środku lasu. Najpierw zawsze dzwonimy do nadleśnictwa, by dowiedzieć się, gdzie dokładnie dany ZUL pracuje i jak tam dotrzeć. To konieczność, proszę mi wierzyć. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że pracownicy Lasów i właściciele ZUL-i doskonale się znają. To zamknięte środowisko. Bardzo możliwe, że są przypadki uprzedzania o naszych kontrolach, nie mogę tego wykluczyć.

A co na to dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu?

- Zamówienia publiczne są bezlitosne i każdy nadleśniczy musi je respektować - Janusz Kaczmarek zaczyna ogólnie, szkicując sytuację. - Pamiętajmy, że ZUL-e to oddzielne podmioty gospodarcze. Do ich kontrolowania powołane są PIP i urzędy skarbowe. My narzędzi nie mamy, by się tym zajmować. Faktem jest, że kiedyś, gdy Lasy Państwowe miały pracowników leśnych, byli to ludzie dobrze wyszkoleni i znali świetnie teren. Dziś jest różnie. W wielu Zakładach Usług Leśnych sporo pozostaje do życzenia. A kontrolowane są zdecydowanie rzadziej niż my - państwowa firma.

Stało mi się to w domu...

Jednak wyniki kontroli PIP w ZUL-ach są mizerne. Jest ponoć tak, jak żartują ludzie lasu: - Przyjeżdża kontrola. Na miejscu trzy osoby z umowami. „Tak, to myśmy wycięli ten las, w trójkę”, zapewniają. Niewolnicy w tym czasie chowają się w krzakach albo przedzierają bocznymi drogami do domów.

A wypadki? Praca w lesie uchodzi przecież za jedną z najniebezpieczniejszych.

- Kilka osób rocznie ginie - przyznaje Rafał Jajor z „Gazety Leśnej”. - Jednak to zbyt mała skala, by państwo zauważyło problem. Zdarza się, że rannych przetransportowuje się do domów.

Potwierdzają to byli pracownicy.

- Ja robiłem tylko jako zarejestrowany, dbałem o to, bo właśnie bałem się najbardziej wypadku - zapewnia Jacek Jędrzejczak z Zuzałek. - Ale znam wiele takich przypadków, że nawet parę złotych rannemu dawano, by powiedział: „Stało mi się to w domu”. Wtedy może mieć szansę na jakąś rentę, gdy płacił składki w KRUS. Tak się tych ludzi przekonuje, zamyka im usta i sprawy nie ma. <


Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 05-04-2015 11:00

    Oceniono 6 razy 6 0

    - edek: To nie wina zuli tylko lasow panstwowych. Stawki na roboty lesne sa tak niskie ze nie mozna wyrobic normy a orace lesniczy daje kiedy chce choc to przetargi publiczne

    Odpowiedz

  2. 05-04-2015 10:35

    Oceniono 5 razy 5 0

    - on: Dobry pracownik zawsze bedzie zarejestrowany chyba że nie wyrabia norm narzuconych przez Lasy. a z tym, że kiedys LP zatrudniali wyszkolonych pracowników to smiech na sali - alkoholizm szerzył się jak zaraza, dopiero Zule z grubsza wytepiły pijaństwo. To co sie dzieje w lasach to wina tylko Administracji LP

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

    1. 05-04-2015 10:31

      Oceniono 4 razy 4 0

      - Zul: Drogi redaktorze, artykuł strasznie nie dopracowany. Niewolnikami to są Zakłady Usług Leśnych w rekach Lasów Państwowych. Stawki są mizrne i zule cały czas wąlczą o przetrwanie- kredyty itp. a zarobki administracji ogromne. Co rok zmniejszaja normy bo ważne są wyniki a nie ludzie pracujący w zulach. Temat szeroki , faktycznie temat tabu bo zule się boja, ze straca prace. a panowie z LP są bezlitosni.

      Pokaż odpowiedzi (2) Odpowiedz