Tajne służby pod Lenino

Krzysztof Błażejewski 15 października 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:10

Mała wieś na Białorusi pod rosyjską granicą. Swoisty skansen. Czas się tutaj zatrzymał, jakby ZSRR i PRL nadal istniały. I choć prawie nikt już tutaj nie zagląda, białoruskie KGB nadal miejsca tego pilnie strzeże. Przed kim?

Mała wieś na Białorusi pod rosyjską granicą. Swoisty skansen. Czas się tutaj zatrzymał, jakby ZSRR i PRL nadal istniały. I choć prawie nikt już tutaj nie zagląda, białoruskie KGB nadal miejsca tego pilnie strzeże. Przed kim?




W Polsce Ludowej bitwa pod Lenino była jedną z najważniejszych walk w dziejach polskiego oręża. Była traktowana jak świętość, jak źródło, z którego narodziło się nowe państwo. To pod Lenino Polacy po raz pierwszy po przegranej wrześniowej wojnie obronnej mieli walczyć w słusznej sprawie, to tu narodzić się miało nierozerwalne polsko-radzieckie braterstwo broni. W rocznicę bitwy, 12 października, jak PRL długa i szeroka, świętowano Dzień Wojska Polskiego.

Dziś historycy zastanawiają się, kogo obarczyć największą odpowiedzialnością za ogromne straty, jakie poniosła pod Lenino polska 1. Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Wanda Wasilewska, która chciała jak najszybciej wysłać polską dywizję na pierwszą linię frontu? Czy może dowodzący bitwą sowiecki generał Gordow, który popełnił fatalne błędy? I czy ten bój nazwać tylko nonsensowną rzezią kościuszkowców, czy też zwykłą zbrodnią, polegającą na wysłaniu na pewną śmierć byłych łagierników...

Do Lenino, obecnie małej białoruskiej wsi blisko rosyjskiej granicy, trafić łatwo z Orszy, gdzie na wylocie z miasta usytuowano pomnik słynnej rakiety „Katiusza”, po raz pierwszy użytej właśnie w bitwie pod Orszą w czerwcu 1941 roku. Potem jeszcze na uważnych czeka specjalna premia - przystanek autobusowy „Babinicze”. Tak, to dawna wieś Kmicica, który był wszak chorążym orszańskim. Dziś to tylko parę posowchozowych chałup, których mieszkańcy zapewne nie mają świadomości, jak ich miejsce zamieszkania zostało rozsławione przez Henryka Sienkiewicza.

O bitwie pod Lenino napisano setki publikacji o wydźwięku propagandowym, wysławiającym wszystko to, co się tam działo. Jeśli ktoś zatem ma w pamięci forsowanie rzeki Mierei, zajmowanie i wycofywanie się z wiosek Trygubowa i Połzuchy, i spodziewa się zastać pole bitwy bez większych zmian, będzie srodze rozczarowany. Przez dokładnie 70 lat miejsce walki zmieniło się niemal tak, jak przesmyk Termopile od czasów Leonidasa.



Po Mierei zostało wspomnienie

Przede wszystkim nie ma już śladu po wsiach, które zdobywali kościuszkowcy. Samo Lenino, odległe ongiś o ponad kilometr od placu boju, rozbudowało się i dochodzi praktycznie do miejsca walki, zniknęła też Miereja i jej bagnista dolinka, która uniemożliwiła wsparcie naszej szturmującej wzgórza piechoty przez czołgi, które ugrzęzły w błocie. Dziś pozostało tylko suche piaszczyste koryto. Woda zniknęła, bo na Białorusi w czasach ZSRR masowo osuszano bagna, nawet na Polesiu. Nie przyniosło to nic dobrego, a nawet wywołało szkody ekologiczne.

Stojąc po „polskiej” stronie dolinki widać dokładnie, jakiego rodzaju była to bitwa i w jakich specyficznych warunkach musiała się toczyć. Teren jest praktycznie bezleśny i prowadzi pod górę. W takich warunkach atakowali tylko czerwonoarmiści. To być może dlatego kilkudziesięciu polskich żołnierzy w noc poprzedzającą atak, widząc, co ich czeka, zdecydowało się zdezerterować do Niemców. To od nich Wehrmacht dowiedział się szczegółów o planowanym ataku i zdołał się dobrze do niego przygotować. Przez kilkadziesiąt powojennych lat fakt ten był ukrywany. Podobnie jak historia z nadaniem pośmiertnego tytułu „Bohatera ZSRR” kpt. Hibnerowi, który bitwę... przeżył i fizylierce Anieli Krzywoń, która - jak twierdzą niektórzy historycy - nie zginęła ratując rannych na polu bitwy, tylko wieczorem przed walką pod prysznicem od kuli wystraszonego nagłą nocną kąpielą sowieckiego wartownika...

Mimo upływu siedmiu dekad bez trudu znaleźć można ślady okopów, w których kościuszkowcy szykowali się do boju. Po przejściu dolinki, po stronie „niemieckiej”, także bez trudu można odtworzyć linie transzei przeciwnika i popatrzeć w dół z zarośniętych rowów, z których wszelkie ruchy wojsk przeciwnika widoczne były jak na dłoni. Jest tak, jakby czas się tutaj zatrzymał.

O socjalistyczną ojczyznę

Dokładnie to samo wrażenie odnieść można w stojącym na najwyższym wzgórzu w okolicy nowoczesnym budynku, muzeum panteonie sławy, wzniesionym w 25. rocznicę bitwy. Głównymi elementami budowli są wielka czerwona gwiazda, symbolizująca order Bohatera ZSRR, umieszczona nad wejściem i rotunda w podziemiu, gdzie umieszczono malowidło, odtwarzające fragment bitwy - typowo socrealistyczną panoramę. Poza tym jest jak w każdym niemal muzeum za naszą wschodnią granicą - mydło i powidło podprawione propagandowym sosem. Trochę broni z tamtych czasów, trochę dokumentów, a głównie plansze obrazujące przygotowania, przebieg i wyniki „wielkiej bitwy”.

Nie tylko kurz pokrywający eksponaty świadczy o tym, że tu wciąż trwają ZSRR i PRL. Na przewodniczkę Tatianę trzeba czekać kilkanaście minut, aż przyjedzie ze wsi. Siedzieć w muzeum już jej nie warto: - Jesteście drugą wycieczką z Polski w tym roku - mówi ze smutkiem. - Teraz to tylko na rocznicę przyjeżdżają delegacje z Polski. Nie to, co kiedyś, zajeżdżały co tydzień. A i Białorusini przychodzili, całe szkoły...

Opowiadanie Tatiany, która zapewne lada rok przejdzie na emeryturę, jest dokładnie dopasowane do stylu i treści prezentowanych w mauzoleum. - Braterstwo broni..., niebywałe męstwo..., wspólnie z Armią Czerwoną..., początek walki o socjalistyczną Polskę... Nie wytrzymuję, wychodzę.

„Dyżurne” białoruskie wieńce

Po wizycie w mauzoleum i obejrzeniu stojącego tuż obok pomnika droga powinna wieść na cmentarz, usytuowany po drugiej stronie doliny Mierei, ponad kilometr stąd, ale doskonale widoczny z parkingu. Przy naszym samochodzie zatrzymał się jednak tutejszy pojazd tajnych służb. Dwaj cywile dokładnie wypytują o cel przyjazdu, skąd pochodzimy etc. Są bardzo uprzejmi, ale stanowczy. Kiedy chcemy się pożegnać, żeby podjechać na cmentarz, nagle oznajmiają, że jeszcze nie teraz, że musimy poczekać.

Wszystko się wyjaśnia po dłuższej chwili. Z parkingu doskonale widać, jak pod górujący nad nekropolią pomnik podjeżdża dostawcze auto, z którego wnętrza dwaj panowie dobywają zapewne „dyżurne” wieńce ze sztucznych kwiatów i umieszczają je pod obeliskiem. Zapalają też znicze i wówczas nasi „opiekunowie” dają znak, że możemy już udać się na cmentarz.

Wyjeżdżając, myślę o tych, którzy uwolnieni świeżo z łagrów, po przebyciu dalekiej drogi do Sielc nad Oką, chcieli dojść do Polski, ale doszli tylko tutaj, do Lenino, by przez niemal pół wieku stać się narzędziem w rękach propagandy. <