Klątwa radzieckiej psychiatrii

Jacek Kiełpiński 30 września 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:10

Jeden przez 15 lat faszerowany był przymusowo psychotropami, drugi musiał poddać się sześciotygodniowej obserwacji psychiatrycznej. Obaj, zdaniem specjalistów, są i byli zdrowi. Obaj do dziś nie mogą uciec przed koszmarem.
- To się ciągnie za człowiekiem... Tę łatkę przykleja się w Polsce na stałe - Tomasz Sowiński przyznaje, że czasami myśli o emigracji. - Ten kraj jest chory pod wieloma względami. Jednak o tym problemie mówi się najmniej. Tego tematu wszyscy boją się dotykać. To tabu. A milczących, zawstydzonych poszkodowanych są tysiące.

Bohater naszych wcześniejszych tekstów (punktem wyjścia był obszerny reportaż „Z kamerą w przedsionku piekła” z 6 października 2006 roku) wie, co mówi, bo będąc zdrowym trafił na sześciotygodniową obserwację psychiatryczną. Od lat współpracuje z Polskim Towarzystwem Psychiatrii Sądowej, dla którego nagrywa relacje z krajowych i międzynarodowych konferencji naukowych, podczas których omawia się m.in. błędy lekarskie, do których dochodzi podejrzanie często.

- Przypadek pana Henryka Onaka chcę potraktować szczególnie, bo jest wyjątkowy i dobrze, by psychiatrzy z krajów europejskich mogli się z nim zapoznać - tłumaczy swoją obecność w niewielkiej wsi w okolicach Kowalewa, gdzie przyjechał z profesjonalnym sprzętem.

Henryk Onak słyszał oczywiście o przypadku Tomasza Sowińskiego, panowie witają się więc jak starzy znajomi. Przed obiektywem kamery zasiada pan Henryk, ale równie dobrze mógłby też pan Tomasz. Ich historie, obie, godne są bowiem nagłośnienia. Aż krzyczą.

„Trzeba było cholerę zamknąć!”

- Miałem do końca życia siedzieć w szpitalu psychiatrycznym. Cudem się przed tym wybroniłem. Gdyby nie doktor Pobocha ze Szczecina, teraz bym już nie żył. Tak, tak, bo co to za życie po fenactilu? Wciskali to świństwo we mnie przez 15 lat, to coś o tym wiem - wspomnienia Henryka Onaka powinny przerazić każdego niepozbawionego wyobraźni. Bo trudno nie uciec od refleksji: jak niewiele trzeba, by znaleźć się w podobnej sytuacji.

Poszczególne wątki jego opowieści weryfikowałem siedem lat temu, pisząc reportaż „Człowiek, który przeszedł przez szybę”, opublikowany 26 stycznia 2007 roku. Wtedy jeszcze żyła jego żona Jadwiga, która starała się na drodze sądowej doprowadzić do przymusowego leczenia męża i ubezwłasnowolnienia go.

- To wariat! Dusił mnie. Trzeba było dawno tę cholerę zamknąć w Świeciu na zawsze, człowiek miałby spokój! - krzyczała pokazując paczkę leków psychotropowych, których mąż przestał używać.

Przestał, bo tak zalecili mu lekarze ze Szczecina i Bydgoszczy, którzy podważyli utrzymywaną od 1991 roku diagnozę, według której jej mąż cierpieć miał na schizofrenię paranoidalną.

A było tak. W dzieciństwie Henryk Onak w wyniku totalnego przeziębienia organizmu na skutek wielokilometrowej podróży rowerem zapadł na reumatyzm. W jego przypadku powikłania dotyczyły całego ciała. Od zapalenia stawów, przez uszkodzenie serca, a nawet oka. Leczył się na wiele jak najbardziej somatycznych chorób przez lata. Trafił w końcu do kardiologa, który okazał się... ukrytym psychiatrą. To on pierwszy wspomniał, że podstawowym problemem pana Henryka mogą być zaburzenia psychiczne.




- Żonie to było na rękę. Miała kochanka, stałem jej na drodze. Ile miała zapału, by zawieźć mnie do poradni w Toruniu! Tam doktor Leszek Górecki uznał, że mam schizofrenię. To stało się błyskawicznie. Za to kolejne piętnaście lat pamiętam jak wieczny sen.

Hospitalizowany Henryk Onak był cztery razy. Gdy skarżył się na ból gardła, słyszał: - Pan jest chory psychicznie! Ma pan urojenia!

W tajemnicy przed żoną i psychiatrami, którzy mu tego wprost zabraniali, udawał się do reumatologów, laryngologów, okulistów i kardiologów.

Nie miał choroby psychicznej

- Psychiatrzy nie zmieniali swojej śpiewki nawet wówczas, gdy wykryto u mnie w gardle paciorkowca - dodaje. - Ja miałem tylko prawo do urojeń. Po fenactilu i innych takich budziłem się około południa, a potem siedziałem przy piecu i podjadałem chleb z margaryną. W tym czasie kochanek żony przy stole wcinał obiad. Czemu się nie buntowałem? Próbowałem, ale psychiatrzy wierzyli tylko mojej żonie. Jak nie wziąłem leku, który mnie otępiał, dzwoniła do nich - co groziło kolejnym pobytem. Potrafiła wezwać policję, by mnie zabrali do szpitala, bo ponoć ją uderzyłem.

Temu akurat zgodnie zaprzecza reszta rodzina pana Henryka. To dzięki spójnym zeznaniom dzieci, znajomych i sąsiadów rozstał się z Jadwigą. Sąd orzekł jej winę, bo to ona sprowadziła sobie kochanka i to ona potrafiła uderzyć swojego „nienormalnego” męża. Ich zdaniem, Henryk Onak jest okazem łagodności.




Panem Henrykiem zajmowało się kilku toruńskich psychiatrów. Wszyscy podtrzymywali wstępną diagnozę dr. Góreckiego. - Tę osobę znam jako chorą psychicznie. A z tego typu choroby nie można się wyleczyć - podtrzymywał psychiatra, gdy siedem lat temu prosiłem go o komentarz w sprawie opinii wydanych w Szczecinie i Bydgoszczy. Oba ośrodki, po długiej obserwacji, uznały, że Onak nie ma i, co najważniejsze, nie miał wcześniej schizofrenii ani żadnej innej choroby psychicznej.

- Gdybym w momencie, gdy sąd w Golubiu-Dobrzyniu wydał już postanowienie o przymusowym leczeniu mnie, a decydowała się sprawa ubezwłasnowolnienia, nie trafił do doktora Pobochy, byłoby po mnie - Henryk Onak powtarza te słowa jak mantrę. Ostatecznie sąd zmienił swoje postanowienie i oddalił oba wnioski jego żony. Henryk Onak, jako zdrowy człowiek, w pełni świadomy, bo wreszcie bez psychotropów w organizmie, postanowił zadbać wreszcie o siebie. Wystąpił do sądu przeciwko toruńskiemu Wojewódzkiemu Ośrodkowi Lecznictwa Psychiatrycznego. Wniósł o odszkodowanie za zmarnowany szmat życia.

„Specjaliści też mają urojenia?

Toruński Sąd Okręgowy przesłuchał podtrzymujących cały czas swoją diagnozę psychiatrów toruńskich, a także zaprzeczających jej w stu procentach specjalistów ze Szczecina i Bydgoszczy, w tym szefa tamtejszej kliniki, wojewódzkiego konsultanta ds. psychiatrii prof. Aleksandra Araszkiewicza. Uznał jednak, że należy powołać biegłego. Sprawa stała się głośna. Wydania opinii odmawiały ośrodki w Gdańsku i Warszawie. Ostatecznie opinię sporządził Regionalny Ośrodek Psychiatrii Sądowej w Gostyninie. Dwoje psychiatrów przyznaje, że rozmawiało z Henrykiem Onakiem zaledwie 45 minut, ale - ich zdaniem - to wystarczy, by uznać, że jest on i był chory. Co prawda nie na schizofrenię, ale na przewlekłą paranoję hipochondryczną. Ta choroba, ich zdaniem, też wymagała leczenia podobnymi środkami jak schizofrenia. Na tej podstawie sąd toruński odrzucił pozew byłego przymusowego pacjenta. Sąd Apelacyjny w Gdańsku podtrzymał to postanowienie. Na co adwokat Onaka złożył skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego.

- Badam pana Henryka nie od 45 minut tylko 7 lat - mówi dr Jerzy Pobocha. - Głównie właśnie pod kątem ewentualnej paranoi hipochondrycznej. Zaręczam, że jej nie ma. Jest zdrowym człowiekiem, a funkcjonuje świetnie głównie dlatego, że od 7 lat nie jest leczony psychiatrycznie. Cierpi na choroby somatyczne. Lekarze od lat przepisują mu odpowiednie leki. Czy to znaczy, że ci specjaliści też mają urojenia? Ten przypadek dowodzi, że znane za czasów radzieckiej psychiatrii dolegliwości ciągle są w modzie. Wtedy za urojenie uchodził brak entuzjazmu dla partii i Kraju Rad. Ktoś skarżył się na ustrój, to znaczy, że miał schizofrenię utajoną i można było go zamknąć w szpitalu. Przekładając to na przypadek Henryka Onaka: skoro skarży się na bóle reumatyczne i gardła, to znaczy, że jest chory psychicznie.

Co ciekawe, biegli z Gostynina uznali, że samo wystąpienie do sądu o odszkodowanie to też dowód na chorobę pana Henryka.

- To już szczyt wszystkiego! - komentuje Tomasz Sowiński, któremu trudno było spokojnie słuchać wspomnień rolnika spod Kowalewa. - Nie sprawdzałem tego na własnej skórze, bo do sądu o odszkodowanie nie poszedłem, ale czuję, że spotkałoby mnie coś podobnego!

Skąd takie przekonanie? Autor wstrząsającego filmu nagranego na oddziale XIII Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu, którego historia przyczyniła się do zmiany prawa, bo ostatecznie Trybunał Konstytucyjny ograniczył okres i powody poddawania obserwacji sądowo-psychiatrycznej osób podejrzanych o cokolwiek, dawno stracił złudzenia.

A na sali głupie uśmieszki

- Przykład. Policja mnie zatrzymuje i twierdzi, że przekroczyłem linię ciągłą - wspomina. - Ja wiem, że nie. Oni twierdzą, że mają to zarejestrowane. Ja też, bo mam w aucie rejestrator. Nie godzę się na mandat, mamy spotkać się w sądzie. Ostatecznie oni twierdzą, że zapis im się zepsuł, a mnie... sąd kieruje na badanie psychiatryczne. Powód? „Przecież pan już w szpitalu był”, słyszę od sędziny, a na sali głupie uśmieszki. Przez tamtą obserwację sprzed siedmiu lat straciłem rodzinę i wielu znajomych. Choć mam papiery, których powinno mi zazdrościć w tym kraju wielu, bo ja akurat mam na to dowody, że jestem normalny - spotykają mnie cały czas przykrości. Bo w wariatkowie byłem... Nie jest ważne: dlaczego i jak to się skończyło. Ale byłem. Pan Onak przeżywa to samo. Ktoś uznał błędnie, że jest chory, więc zawsze ktoś mu to wypomni, a prawo będzie przeciwko niemu! Piekło!