Jak nie urok, to ... biegunka

Grażyna Ostropolska 28 września 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:10

Niektóre procesy karne w naszym regionie wloką się latami, a to z uwagi na niezwykłą pomysłowość oskarżonych. Zwolnienia lekarskie i zmiana adwokata to stare patenty na odwlekanie spraw. Nowy wygląda tak: obrońca odbiera na sali sądowej telefon lub SMS z informacją, że jego klient dostał nagle poważnego rozstroju żołądka i nie jest w stanie wyjść z domu. I to, niestety, działa.
- Co dziesiąta sprawa spada z wokandy - twierdzi Bartosz Pilitowski, prezes zarejestrowanej w 2010 roku w Toruniu Fundacji Court Watch Polska, ruchu społecznego, którego celem jest sprawowanie obywatelskiej kontroli nad pracą sądów. W ciągu trzech lat kilkuset wolontariuszy tej organizacji uczestniczyło w ok. 16 tysiącach rozpraw w całej Polsce w charakterze obserwatorów, a zebrany przez nich materiał posłużył do sporządzenia analiz i postulatów, które trafiły, m.in., do Ministerstwa Sprawiedliwości i Krajowej Rady Sądowniczej.

My poobserwowaliśmy jeden z procesów w bydgoskim Sądzie Rejonowym. Tu na ławie oskarżonych zasiadł Marcin C., oskarżony o próbę wyłudzenia mienia od Tadeusza M. oraz wprowadzenie w błąd notariusza Jarosława N. i pracowników sądowego wydziału ksiąg wieczystych. Od kwietnia 2012 r. sąd wyznacza kolejne terminy, ale

na piętnaście zaplanowanych rozpraw odbyły się... dwie.

Na pierwszej zamiast wynajętego przez oskarżonego adwokata pojawił się jego aplikant, więc Marcin C. oświadczył, że się z tym nie godzi i prosi o odroczenie sprawy. Na następnej pojawił się już adwokat, ale zabrakło oskarżonego, który podobno w drodze do sądu zasłabł i trafił do szpitala. Kolejna rozprawa też się nie odbyła, bo pan C. wprowadził dodatkowego (drugiego) adwokata, który oznajmił, że nie zna sprawy i potrzebuje czasu, by się z nią zapoznać. Na następnej ów adwokat się nie stawił, bo miał w Gdańsku operację, której nie mógł odwołać. Kolejne terminy spadały z powodu lekarskich zwolnień oskarżonego, świadka lub jego obrońcy. Zdarzyło się też, że świadek nie odbierał wezwania, więc trzeba je było wysłać ponownie.

- Jeśli świadkowie nie stawiają się na rozprawie, sąd może zastosować wobec nich odpowiednie środki dyscyplinujące, np. kary pieniężne, a jeśli dotyczy to oskarżonego, może zarządzić jego doprowadzenie lub poszukiwanie listem gończym. Tak czy inaczej decyduje o tym skład orzekający, a nie ja - słyszymy od przewodniczącego sądowego wydziału, w którym toczy się ten proces. Sędzia przypomina, że każda ze stron może złożyć skargę na przewlekłość procesu. Tadeusz M., który jest w tej sprawie pokrzywdzonym i zarazem oskarżycielem posiłkowym, nosi się z takim zamiarem, bo: - Poraża mnie

poczucie bezkarności Marcina C.,

który mimo ciążącego na nim oskarżenia, po raz kolejny posługuje się podrobionym dokumentem, działa na moją szkodę i próbuje wyłudzić od urzędników poświadczenie nieprawdy - mówi pokrzywdzony. Podważa wiarygodność dwóch dokumentów: umowy najmu lokalu i umowy pożyczki. Obie dotyczą jego mieszkania i obie, zdaniem Tadeusza M., zostały spreparowane. W dużym skrócie, wprowadzenie tych dokumentów do prawnego obiegu wyglądało następująco. Pan M. kupił duże, prawie dwustumetrowe mieszkanie w centrum miasta, które jadąc do pracy za granicą zostawił pod opieką szwagra Marcina C. - C. mógł z niego korzystać pod warunkiem uiszczania wszystkich opłat - mówi M. Miał do szwagra zaufanie, które gwałtownie spadło, gdy wyszło na jaw, że ten zadłuża jego mieszkanie. Zaległości w opłatach za lokal sięgały 18 tys. zł, gdy Tadeusz M. postanowił dać jeszcze szwagrowi szansę na ich spłatę. - C. twierdził, że znalazł poważną firmę, gotową wynająć mój lokal, więc jeśli dam mu pełnomocnictwo do przeprowadzenia tej transakcji, spłaci dług z czynszu od najemcy - wspomina M. Zgodził się, upoważnił szwagra (notarialnie) do zarządzania lokalem i szybko tego pożałował, bo: - Marcin C. podpisał umowę z telewizją cyfrową i pobierał czynsz, ale zadłużenia nie spłacał, a na dodatek jako wynajmującego wpisał w umowie swoją firmę. Bezprawnie! - skarży się Tadeusz M. Gdy się o tym dowiedział, chciał ów zapis zmienić i wtedy

zaczęły się schody.



Najemcę spłoszyła niejasna sytuacja prawna i zerwał umowę, a w październiku 2010 r. Tadeusz M. wypowiedział szwagrowi pełnomocnictwo (z marca 2010 r.) do zarządzania jego lokalem. Wtedy ten wyciągnął z rękawa umowy, które do dziś są obiektem zainteresowania prokuratury, sądu i urzędów skarbowych.

- Obie zostały spreparowane - twierdzi M. Jedną z nich zajmuje się teraz sąd. Prokuratura oskarżyła Marcina C. o to, że w lutym 2011 r. w celu osiągnięcia korzyści majątkowej wprowadził notariusza Jarosława N. w błąd, ponieważ skłamał, że udzielone mu przez Tadeusza M. pełnomocnictwo do zarządzania jego mieszkaniem nie zostało odwołane i dążył do ustanowienia na tym lokalu hipoteki w wysokości 115 tys. zł jako zabezpieczenia pożyczki. Marcin C. miał ją podobno zaciągnąć w marcu 2010 r. u swojej bliskiej znajomej Patrycji J. w imieniu Tadeusza M., którego podpisu na umowie pożyczki nie ma. Akt notarialny wraz z wnioskiem o wpis pożyczki na hipotekę mieszkania M. wpłynął do sądu, ale ten wykazał czujność. Uznał, że nawet pełnomocnictwo z marca 2010 r. do zarządzania lokalem nie uprawniało Marcina C. do zawierania takich umów i odmówił wpisu.

Wobec notariusza, który tego nie zauważył, wszczęto postępowanie dyscyplinarne, ale jego wynik Izba Notarialna w Gdańsku utrzymuje w tajemnicy.

Marcin C. twierdzi, że składając oświadczenie u notariusza, nic o odwołanym pełnomocnictwie nie wiedział, ale prokuratura ma dowody na to, że było inaczej.

Kolejną rozprawę (to już szesnasty termin, wyznaczony przez sąd) wyznaczono na 14.10. Niedawno prokuratura wszczęła też postępowanie w sprawie domniemanego

sfałszowania umowy najmu.

Tadeusz M. i Marcin C. mieli ją podpisać w październiku 2007 r. na 10 lat (do 2017 r.) - Ja takiej umowy z C. nigdy nie zawierałem - przekonuje M. i jako dowód na to, że dokument spreparowano, pokazuje ekspertyzę grafologa. Wynika z niej, że ostatnią stronę, na której jest podpis Tadeusza M. wydrukowano na innej drukarce niż dwie pierwsze.

Problem w tym, że M. ma tylko potwierdzoną notarialnie kserokopię tej umowy. - Notariusz przystawił na niej pieczęć (za zgodność z oryginałem) dopiero w 2011 r., ale tego oryginału Marcin C. nie chce okazać ani sądowi ani prokuraturze - tłumaczy M.

- Mam oryginał tej umowy, ale nie wiem, czy go pokażę. Muszę się zastanowić - powiedział nam Marcin C. po jednej z rozpraw, która spadła z wokandy. W efekcie nie pokazuje, za to chętnie mówi o tym, jak go szwagier (już były) oszukał, bo nie oddał mu pieniędzy włożonych w remont mieszkania.

Prokuratura już dwukrotnie umarzała dochodzenie w sprawie domniemanego sfałszowania umowy najmu z braku dostatecznych dowodów na popełnienie przestępstwa. Tłumaczyła to brakiem dostępu do oryginału umowy, której nie potrafiła od Marcina C. wyegzekwować. Niedawno wznowiła śledztwo po raz kolejny, bo pan C. posłużył się podejrzanym dokumentem w skarbówce. - Złożył na mnie doniesienie w bydgoskim urzędzie skarbowym, sugerując że nie odprowadzałem podatku z tytułu najmu lokalu i jako dowód przedstawił właśnie tę sfałszowaną umowę z 2007 r., w której był zapis o 1300 zł czynszu, jakimiał mi rzekomo płacić Marcin C. - opowiada Tadeusz M. Płaci teraz podatki w Radomiu, bo w jego okolicy mieszka i tam właśnie był przesłuchiwany. Radomska skarbówka bacznie przeanalizowała dokumenty i zeznania. Pozyskała informacje z bydgoskiego sądu oraz prokuratury i stwierdzeniem, że „Marcin C. i Tadeusz M. nie byli związani żadną umową najmu” zakończyła półroczną kontrolę podatkową wobec pana M.



Przy okazji wyszło na jaw, że jedyną osobą, która twierdzi, że

widziała oryginał

umowy najmu jest Katarzyna W. z I Urzędu Skarbowego w Bydgoszczy. Przesłuchana na tę okoliczność tak ją opisuje: „Przedłożona umowa sporządzona była na grubym papierze koloru pożółkłego o porowatej strukturze - pionowe i poziome wypukłe kreseczki. Wzdłuż lewej pionowej krawędzi kartki były przedziurkowane i splecione sznurkiem koloru biało-czerwonego. Brzegi otworów posiadały metalowe nity łączące kartki, prawdopodobnie koloru złotego. Ponadto kartki umowy wzdłuż lewej pionowej krawędzi były sklejone. Podczas sporządzania kserokopii kartki nie były rozdzielane”

Fotograficzną pamięcią urzędniczki, która twierdzi, że widziała pożółkły (?!) oryginał umowy z 2007 r. zainteresowana jest prokuratura. Śledczy też chcieliby ten skrzętnie skrywany przez Marcina C. skarb zobaczyć, ale brakuje im siły przebicia.

Przy okazji doniesienia na szwagra pan C. sam się wystawił, dostarczając skarbówce faktury VAT na 188 tys. zł, wystawione jego firmie przez firmę „E” za rzekomy remont mieszkania Tadeusza M. Sprawdziliśmy, że adres firmy „E” jest taki sam, jak ten, pod którym prowadzi działalność gospodarczą Marcin C. Ustaliliśmy, że jej właściciel Waldemar Sz. jest od 2010 r. poszukiwany przez Prokuraturę Rejonową Gdańsk Oliwa jako podejrzany o działanie na szkodę jednej z ubezpieczalni. Na Marcinie C. też ciąży wyrok (10 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata) z września 2010 r. za podrobienie umowy najmu garażu, w której podpisał się nazwiskiem swego byłego szwagra. Do sprawy wrócimy.


Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 13-06-2014 11:14

    Brak ocen 0 0

    - maly: Jak w tym kraju ma być dobrze? A wszystkim zebranym trzeba za godziny zapłacić. czy się mylę ? CO robą te osoby w tym czasie ( w którym powinna sie odbywać sprawa w sądzie ? ) Sędzia, prokurator i cała reszta osób które się stawiły... co one robią ?

    Odpowiedz