Nikt nie chce sparzyć się na Syrii [WYWIAD]

Przemysław Łuczak 11 września 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:11

„Silne są obawy, że udzielając powstańcom militarnej pomocy i występując zbrojnie przeciwko wojskom prezydenta Asada, społeczność międzynarodowa może doprowadzić do radykalizacji i destabilizacji sytuacji w Syrii. Całkiem realne jest zagrożenie, że kolejnym celem ugrupowań islamskich będą sojusznicy Zachodu, a nawet same państwa zachodnie...”



- Kto z kim od prawie trzech lat bije się w Syrii?
- W Syrii nie ma dwóch jednoznacznie zarysowanych stron konfliktu zbrojnego. Z jednej strony jest  reżim prezydenta Baszara al-Asada, legalny rząd, z którym utrzymywał stosunki cały świat, w tym Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja czy Niemcy. Jeśli jednak chodzi o drugą stronę tego krwawego konfliktu, odpowiedź nie jest taka prosta. Po pierwsze, są tam powstańcy, którzy w 2011 roku jako pierwsi chwycili za broń, a ich celem jest obalenie reżimu Asada i ustanowienie systemu demokratycznego w Syrii, na wzór Iraku. Drugą grupę stanowią organizacje islamskie, których jest szeroki wachlarz - od radykałów, którzy mówią o ustanowieniu państwa koranicznego, aż po ugrupowania umiarkowane, które uważają, że religia powinna zajmować w systemie demokratycznym jedno z głównych miejsc. Na początku największą siłę miały wspierane przez państwa zachodnie ugrupowania świeckie. Obecnie jednak najmocniejsze są radykalne ugrupowania islamskie, których celem jest ustanowienie w Syrii państwa islamskiego oraz eksport islamskiego modelu rewolucji do innych krajów. Są one finansowane głównie przez państwa Zatoki Perskiej, ale niektóre mają związki z Al-Kaidą. Obecnie Al-Kaida Półwyspu Arabskiego ma swoją główną siedzibę właśnie w Syrii.



- Z czego wynika ostrożne stanowisko Stanów Zjednoczonych i innych państw zachodnich wobec interwencji militarnej w Syrii?
- Zwłaszcza w Europie silne są obawy, że udzielając powstańcom militarnej pomocy i występując zbrojnie przeciwko wojskom prezydenta Asada, społeczność międzynarodowa może doprowadzić do radykalizacji i destabilizacji sytuacji w Syrii. Całkiem realne jest bowiem zagrożenie, że kolejnym celem ugrupowań islamskich, po pokonaniu reżimu Asada, będą sojusznicy Zachodu, a nawet same państwa zachodnie. Trafnie ujął to prezydent Rosji Władymir Putin, dziwiąc się, że można popierać kogoś, kto za chwilę obróci się przeciwko nam.

- Czy USA nie powinny poczekać ze zbrojną interwencją przeciwko Asadowi?
- Sytuacja w Syrii jest bardzo skomplikowana. Opinia Putina jest racjonalna, ale nie wolno zapominać, że Rosja jest sojusznikiem Syrii i ma tutaj szerokie interesy ekonomiczne i polityczne. Dlatego interwencja zbrojna nie jest jej na rękę. Stany Zjednoczone też są w niezręcznej sytuacji. Amerykanom trudno jest nie reagować na określone wydarzenia, kiedy jest się strażnikiem międzynarodowego porządku i pokoju. A przecież w wyniku krwawego konfliktu w Syrii do tej pory poniosło śmierć ponad 100 tys. osób, kilka milionów uciekło, a ostatnio miało dojść do użycia broni chemicznej. Z drugiej strony, dylematem trudnym do rozwiązania jest popieranie kogoś, kto w niedługim czasie zwróci się przeciwko Ameryce. Cały czas w pamięci jest lekcja wyniesiona z Afganistanu, gdzie CIA pomogło urosnąć talibom w siłę, kiedy walczyli oni z wojskami radzieckimi. W niecałą dekadę później talibowie zwrócili się przeciwko Ameryce.

- Czy dane wywiadowcze o użyciu przez wojska rządowe broni chemicznej przeciwko cywilom są wiarygodne?
- W tej sprawie panuje chaos informacyjny. Po pierwsze, stwierdzenie, czy rzeczywiście doszło do użycia broni chemicznej, będzie możliwe dopiero po minimum dwóch tygodniach od pobrania próbek, które inspektorzy ONZ dopiero w poprzedni piątek przywieźli do Hagi. Po drugie, należy pamiętać, że amerykański sekretarz stanu Colin Powell, przekonując do konieczności ataku na Irak, pokazywał na forum Rady Bezpieczeństwa jakieś fiolki, mające dowodzić, że Saddam Husajn posiada broń chemiczną, co później okazało się kłamstwem. Podobnie może być z Syrią. Trudno uważać prezydenta Asada za szaleńca, bo jest to wykształcony człowiek. Użycie broni masowego rażenia w sytuacji, gdy jego wojska zaczynały zyskiwać przewagę nad rebeliantami, byłoby strategiczną głupotą.

- Wiele jednak wskazuje na to, że broń chemiczna została w Damaszku użyta...
- Niektórzy z niezależnych od Waszyngtonu analityków mówią o prowokacji ze strony samych Amerykanów albo któregoś ugrupowania powstańców. Na razie brakuje rzetelnych informacji na ten temat. Moim zdaniem, jeśli w ogóle doszło do ataku chemicznego, należy brać pod uwagę kilka scenariuszy. Po pierwsze, to rząd Asada wydał rozkaz jej zastosowania. Po drugie, mógł to zrobić na własną rękę jakiś oficer średniego szczebla, chcąc dokonać prowokacji albo ze zwykłej głupoty. Po trzecie, mogli to zrobić sami powstańcy, którzy uzyskali dostęp do takiej broni, chcąc skłonić USA do ataku na reżim. Jest to możliwe, bo wielu oficerów armii rządowej, którzy mogli znać miejsce przechowywania broni chemicznej, przeszło na stronę powstańców. Po czwarte, mogła to być jeszcze jedna prowokacja CIA, podobna do tych, których w przeszłości świat widział już bardzo dużo. Po piąte, mogło w ogóle nie dojść do ataku chemicznego. Na obecnym etapie żaden z tych wariantów nie jest możliwy do zweryfikowania.

- Co w Syrii może wydarzyć się w najbliższym czasie?
- Na pewno dalej będą trwały walki, a strona rządowa będzie starała się uzyskać jak najlepsze pozycje. Można się więc spodziewać większej ofensywy ze strony reżimu. Jest na to czas, bo prezydent Obama decyzję o podjęciu ewentualnego ataku na Syrię oddał Kongresowi, który ma się zebrać dopiero 9 września. Sądzę, że USA zdecydują się na zbrojną operację. Po tylu deklaracjach, rezygnacja z ataku uznana zostałaby w świecie raczej jako wyraz słabości samego prezydenta, jak i Stanów Zjednoczonych jako światowego mocarstwa. Na pewno nie będzie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ w tej sprawie, bo jej przyjęcie zablokują Rosja i Chiny. Będzie to więc kolejna akcja militarna, tak jak w przypadku Iraku, nielegalna z punktu widzenia prawa międzynarodowego.

- Dlaczego najbliżsi sojusznicy USA, zwłaszcza Wielka Brytania, nie palą się do militarnej akcji przeciwko Syrii?
- Wydaje się, że wychodzą z założenia, że lepszy stary i przewidywalny wróg niż nowy, kompletnie nieracjonalny. Szczególnie wśród europejskich polityków silna jest obawa przed irakizacją tego konfliktu. Wojna z Irakiem doprowadziła do rozpalenia wewnętrznego konfliktu w tym kraju. Tak samo jest w Afganistanie. Mało się mówi o Libii, gdzie po obaleniu reżimu Kaddafich, doszło do podziałów terytorialnych i plemiennych. Nie giną tam może codziennie ludzie na ulicy, ale sytuacja jest cały czas napięta, a gospodarka podupada. Coraz silniejsza jest Al-Kaida, a ostatnio przeniosła się tutaj uciekająca przed egipskimi władzami wojskowymi duża część Bractwa Muzułmańskiego. Europejczycy zdają sobie sprawę, że otwarcie frontu w Syrii spowoduje ogromne i długofalowe reperkusje międzynarodowe. Przede wszystkim doprowadzi do kolejnego napięcia w ramach chłodnej wojny amerykańsko-rosyjskiej. Odżyje znowu problem Iranu, głównego sojusznika Syrii na Bliskim Wschodzie, pozostającego w stałym konflikcie z Zachodem, głównie w związku z jego pracami nad stworzeniem broni nuklearnej. Sądzę, że chęć przeprowadzenia przez USA akcji w Syrii ma na celu wymuszenie na Iranie ustępstw.

- Czy Polska powinna trzymać się z daleka od militarnego zaangażowania się w Syrii?
- Tak, ponieważ nie mamy w Syrii żadnych interesów. Pamiętajmy, że misja wojskowa w Iraku nie przyniosła Polsce żadnych wymiernych korzyści ekonomicznych, chociaż Amerykanie je obiecywali. Uważam, że nie stać nas na udział w nowej wojnie. Co najwyżej moglibyśmy wysłać jakiś niewielki oddział sił specjalnych dla ochrony jakichś obiektów czy przeprowadzenia określonych misji wojskowych. Nasze zaangażowanie się w takim wymiarze, jak w Iraku czy Afganistanie, byłoby błędem.

- Wyobraża Pan sobie jakieś rozsądne wyjście z tej trudnej sytuacji w Syrii?
- Uważam, że Rosja jest w stanie wpłynąć na reżim Asada, żeby zasiadł do rozmów pokojowych. Myślę raczej o ewolucji, a nie rewolucji. Niestety, obawiam się, że nawet gdyby to się udało, to nie byłoby komu zasiąść do rozmów po drugiej stronie stołu, bo strona walcząca z reżimem nie jest w stanie wyłonić wspólnej reprezentacji. Efektem ewentualnych negocjacji pokojowych musiałoby być przekazanie części władzy przez obecny reżim, a Asad musiałby w jakimś momencie ustąpić. Ale ten proces nie mógłby być podobny do sposobu odsunięcia od władzy w Egipcie prezydenta Mubaraka, czy w Libii, gdzie zamordowano Kaddafich.
Bliski Wschód, Iran i spadochroniarstwo
Dr Bartosz Bojarczyk ma 35 lat, jest adiunktem w Zakładzie Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Politologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.Zainteresowania badawcze: stosunki międzynarodowe na Bliskim Wschodzie (fundamentalizm islamski), polityka zagraniczna Iranu, teoria stosunków międzynarodowych. Doktorat uzyskał za prace pt. „Międzynarodowa adaptacja polityczna Islamskiej Republiki Iranu (1979-2003)”.Hobby - jest aktywnym spadochroniarzem oraz miłośnikiem literatury pięknej.



Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 11-09-2013 14:52

    Brak ocen 0 0

    - niesparzony: Myslałem ze chodzi o Sylwię

    Odpowiedz