Mówi się, do cholery, mówi się!!!

Krzysztof Błażejewski 11 sierpnia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:12



W dobie powszechności komórek trudno uzmysłowić sobie, że zanim łączność głosowa upowszechniła się w ten sposób, mógł być z dostępem do niej kłopot. Telefon w PRL-u należał do dóbr deficytowych i reglamentowanych.


W pierwszych latach PRL-u telefonów prywatnych praktycznie nie było. Dostępne stały się one dopiero po październikowym przełomie. Popyt na luksusowe wówczas dobro, jakim był prywatny numer telefoniczny, permanentnie zatem przewyższał podaż. Podobnie kulawo rozwijała się sieć publicznych telefonów na ulicach. W tej sytuacji prawdziwe pielgrzymki sunęły do urzędów pocztowych.

Tomasz Rosolak w dzieciństwie mieszkał w narożnym domu przy ul. Warszawskiej blisko dworca Toruń Miasto.

- Na początku lat sześćdziesiątych ojciec otrzymał od rady zakładowej przedsiębiorstwa, w którym pracował, przydział numeru - wspomina. - To był jedyny telefon w całej kamienicy. Od następnego dnia po jego założeniu zaczęli do nas przychodzić i wydzwaniać wszyscy sąsiedzi po kolei. Sąsiedzi to jednak nic. Kiedy rozeszła się wieść o lokalizacji telefonu, nagle obcym ludziom, którzy szli na dworzec albo właśnie do Torunia przyjechali, przypominało się, że muszą zadzwonić. Wdrapywali się więc na pierwsze piętro i pukali do drzwi. W pewnym momencie zrobiło się tak, że w sieni na piętrze dzień w dzień już od rana ustawiała się kolejka obcych ludzi i utrzymywała się tak do osiemnastej. Rodzicom jakoś głupio było brać za usługę pieniądze (niektórzy tylko zostawiali z dobrej woli 50 groszy albo złotówkę), więc po którymś wysokim rachunku zdenerwowali się i zaczęły się wybiegi typu „aparat zepsuty, źle łączy”, itp. Na szczęście trwało to niedługo, wkrótce telefony pojawiły się i w innych mieszkaniach kamienicy, a przed dworcem ustawiono prawdziwą budkę telefoniczną.

W o wiele lepszej sytuacji była Bydgoszcz, gdzie w 1961 roku oddano do użytku pierwszą w kraju zautomatyzowaną centralę telefoniczną przy ul. Chodkiewicza. Szybko i ona jednak okazała się za mała w stosunku do potrzeb.

Towarzyszu, jak mnie słychać?

Pierwsze automatyczne połączenie Bydgoszcz uzyskała jednak dopiero 17 lipca 1965 roku. Od tej pory można było dzwonić do Warszawy, stosując prefiks 02.

Pierwszym, który skorzystał z połączenia, równo o 13.30 był I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Marian Miśkiewicz, który rozmawiał z ówczesnym ministrem łączności Franciszkiem Ładoszem. Podobno towarzysz „Pierwszy” miał wątpliwości, czy 25 zainstalowanych łączy wystarczy. Uzyskał wyjaśnienie, że w przypadku nadmiaru chętnych do komunikowania się będą oni łączeni „ręcznie”.

Toruń takie połączenie otrzymał kilka miesięcy wcześniej. Jego mieszkańcy mogli również dzwonić przez prefiks do Bydgoszczy. Za to w drugą stronę, czyli automatyczne połączenie z Bydgoszczy do Torunia, łącznościowcy umożliwili dopiero jesienią 1965.

Sieć połączeń automatycznych objęła większość terenu Polski dopiero w latach 90. ubiegłego stulecia. Wcześniej w powszechnym użyciu były rozmównice publiczne.

Wiesław Tomczyk zapamiętał wielką halę na Poczcie Głównej w Bydgoszczy, gdzie chodził z rodzicami dzwonić do krewnych, przeważnie wieczorem, bo po godzinie 17 była tańsza taryfa. - Było tam przeważnie pełno ludzi - wspomina. - Zwykle bardzo nerwowych. Licytowali się, kto jak długo czeka. Co jakiś czas pani z okienka wołała donośnym głosem: „Kraków kabina czwarta!”. Podrywał się wówczas z miejsca właściwy oczekujący, biegiem ruszał do kabiny i za chwilę na całą pocztę słychać było: „Ciocia? Jak tam cioci zdrowie?”. Normalnym zjawiskiem była słaba słyszalność w słuchawce i wówczas rozmawiający przekrzykiwali się nawzajem. Osobliwym momentem były nagłe zaniki połączeń. Nie wiem, dlaczego, ale panie z okienka wołały wówczas na głos: „Czwarta kabina! Mówi się?”. Do dziś pamiętam zdenerwowanego starszego pana, który po kilku takich pytaniach wrzasnął na całą salę: „Tak, mówi się, do jasnej cholery, mówi się, tylko nic nie słychać!!!”.

Bo ja kabli nie mam...

Pod koniec lat 60. wprowadzono specjalne ceny dla połączeń tzw. pilnych i błyskawicznych. Nigdy jednak poczta nie dawała gwarancji przyspieszenia i czasami trzeba było czekać tak samo długo jak na zwykłe rozmowy.

Miarą zapóźnień w rozwoju sieci łączności w rejonach wiejskich niech będzie fakt, że drogowcy w Toruniu w ramach czynu partyjnego w 1970 roku podjęli zobowiązanie, że w ciągu roku zainstalują telefony we wsiach, przez które przebiegają główne szosy, tak, by aparaty były rozmieszczone co 4 km.

30 czerwca 1965 roku w Bydgoszczy oddano do użytku budowaną od wielu lat centralę na Błoniu, do której planowano podłączyć 2200 osób z osiedla, czekających na to od trzech lat. W ciągu dwóch miesięcy nowa centrala miała przejąć kilka tysięcy dotychczasowych abonentów z różnych rejonów miasta, co miało umożliwić powiększenie pojemności centrali „Śródmieście” do 10 tys. numerów. Od tej pory numery telefoniczne bydgoszczan stały się pięciocyfrowe: z 2 na początku dla Środmieścia, 3 - dla Błonia, Okola i Szwederowa, 4 - dla pozostałych części miasta.

Chwilowe przyspieszenie kolejki okazało się być pisane palcem na wodzie. Z powodu braku... kabli opóźnienia sięgały wielu miesięcy.

W 1970 roku w Polsce było około miliona abonentów, a na telefon czekało 250 tys. mieszkań i 50 tys. zakładów i instytucji. Średni okres oczekiwania wynosił 6 lat. Kolejka wydłużała się stale. Połączenia automatyczne między dużymi miastami były już jednak standardem.

Halina Rudzińska w tym czasie studiowała w Łodzi. - Mieszkałam na studenckim osiedlu, tzw. Lumumbowie, gdzie ulokowano kilka ogólnodostępnych automatów - mówi. - Do jednego z nich zawsze ustawiała się długa kolejka, ponieważ był popsuty - za jedną złotówkę można było rozmawiać do woli. Jednak rozmowy były zakłócane, bowiem oczekujący w kolejce popędzali rozmawiających, ubliżali im, wyzywali. Taka sytuacja trwała parę miesięcy.

Telefon przyniósł monter

Wiesław Tomczyk zapamiętał masowe ustawianie automatów na rynkach nadmorskich miasteczek i na promenadach dekadę później: - Koło dwudziestej gromadził się wokół telefonów tłum, który ruszał do nich z chwilą wybicia godziny tańszej taryfy. Trzeba było godzinę - dwie zwykle odstać, żeby dodzwonić się do domu. Problemem było też zdobycie odpowiedniej liczby monet 10- i 20-złotowych do automatu, bo wszyscy ich poszukiwali. Z drobniejszymi, jak posunęła się inflacja, nie można było nadążać, żeby wrzucać. Zapamiętałem też taki model automatu, gdzie chwytało najpierw połączenie na kilka sekund, a dopiero potem miły głos wzywał „Wrzuć monetę, wrzuć monetę”. Bywało i tak, że tych kilka sekund wystarczył o, żeby coś zakomunikować i rozmowa była darmowa.

W mieszkaniu Tomczyka telefon pojawił się pod koniec lat 70. po wielu latach oczekiwania. Wcześniej nawet załatwiona przez znajomych protekcja u naczelnika rejonu telekomunikacji nie pomogła. - Pewnego dnia do mieszkania przyszedł człowiek w roboczych ogrodniczkach - opowiada Tomczyk. - Monter bez ceregieli oznajmił, że wie, iż czekamy na telefon i właśnie w sąsiednim budynku zwolnił się numer. Jeśli dostanie do kieszeni 70 złotych, to on wszystko w telekomunikacji załatwi i od jutra będziemy mogli dzwonić z domu. Gość słowa dotrzymał, tyle że nie powiedział, że będzie to tzw. telefon towarzyski. W ten sam sposób podszedł jeszcze kilku sąsiadów. Dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się w sytuacji. Gdy ktoś dzwonił do nas, to tylko u nas było słychać dzwonek. Za to praktycznie zawsze, podnosząc słuchawkę, można było do woli podsłuchiwać paplaniny sąsiadów, znajdujących się na jednej linii. Na szczęście po paru miesiącach wszyscy dostali już własne linie i ten cyrk się skończył.

Książka na łańcuchu

Scenki związane z budkami telefonicznymi stały się zabawnymi kadrami w polskich filmach. Pokazywano gaduły popędzane przez stojących w kolejce, głuche słuchawki, zwisające z automatów same sznurki, aparaty połykające monety bez połączenia i wypluwające złotówki w nadmiarze. Wszystkie te sceny były prawdziwe. Na potęgę kradziono z budek książki telefoniczne, z czasem więc przywiązywano je sznurkiem do pulpitu, potem nawet łańcuchem, aż w końcu zniknęły w ogóle.

Kiedy Halina Rudzińska zamieszkała w bloku na zupełnie nowym osiedlu, jako pracowniczka poczty dostała telefon poza kolejnością. Przez pół roku był to jedyny aparat dostępny dla mieszkańców budynku, bowiem do najbliższego automatu był ponad kilometr.

- Po kilku dniach znałam już prawie wszystkich lokatorów - wspomina Rudzińska. - Z niektórymi, którzy częściej niż inni przychodzili zadzwonić, to się nawet zaprzyjaźniłam. Tylko raz było mi głupio, kiedy urodził mi się syn i w nocy wyłączyłam dzwonek do drzwi, żeby nikt go nie obudził. Rano na schodach sąsiad podszedł do mnie z pretensjami, że chciał wezwać w nocy pogotowie do żony, walił ponad godzinę w moje drzwi i nikt mu nie otworzył. Też chyba tak jak on nie uwierzyłabym w to, że ktoś spał tak mocno, że nic nie słyszał. Sąsiad już nigdy więcej do mnie się nie odezwał.

W 1986 roku deficyt numerów był taki sam jak dziesięć czy dwadzieścia lat wcześniej. Na realizację w naszym regionie czekały wówczas wnioski jeszcze z 1972 roku! Można było się licytować, czy dłużej się czeka na mieszkanie czy na telefon. Dopiero przemiany roku 1989 roku spowodowały, że w ciągu kilku lat stało się to, z czym PRL nie mógł się uporać przez dziesięciolecia.