O wojnę ludów prosimy Cię, Panie

Krzysztof Błażejewski 30 lipca 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:12




Lipiec 1913 roku był okresem wielkich inwestycji cesarskiego rządu pruskiego w naszym regionie.

W Toruniu oddawano do użytku lotnisko, które miało uczynić miasto ważnym ośrodkiem wojskowym i handlowym, wzmocnić jego rolę nadgranicznej „kresowej” twierdzy. Podobnie działo się w Grudziądzu. W Bydgoszczy dobiegała końca budowa nowego kanału, okrążającego miasto, z dwiema potężnymi śluzami, dzięki czemu tranzyt barek przez miasto miał wzrosnąć kilkakrotnie.

Ziemie „odwiecznie niemieckie”



Ożywiony był ruch gospodarczy i budowlany. W Toruniu rozbudowywano Rzeźnię Miejską, w Bydgoszczy odsłonięto Wieżę Bismarcka i projektowano willowe osiedle Sielanka. Rozwijała się kultura za sprawą Niemieckiego Towarzystwa Sztuki i Wiedzy, powstawały nowe kościoły, zawiązywały się towarzystwa, wychodziły gazety i książki. Praktycznie wszyscy żyjący tu Niemcy traktowali te ziemie jako „odwiecznie niemieckie”, zamieszkałe, niestety, przez drobny, uciążliwy dla nich, odsetek Polaków. Nikt już nie pamiętał ludzi, którzy żyli w czasach, kiedy Pomorze było polskie. To była przeszłość, nie tylko przeszła, ale i zaprzeszła. Umacnianie tu tzw. niemczyzny każdy traktował jako świętą powinność wobec ojczyzny. Dlatego utrata po traktacie wersalskim przez Niemców Pomorza, „korytarza”, była dla nich bardzo bolesna i stąd też tak gremialnie poparli Hitlera, który obiecał im powrót tych ziem do Rzeszy Niemieckiej.



Nic dziwnego, że w środowiskach polskich na pierwszy plan wysuwały się sprzeciw wobec rzeczywistości i gorycz. W „Gazecie Toruńskiej” można znaleźć taki passus: „Nie posiadający swoich ambasad, znani Europie pod etykietą cudzą - stajemy się dla niej wprost jakąś legendową rzewną przeszłością”.

Latem 1913 r. w Toruniu szykowano się do wielkiej wystawy przemysłowej, zaplanowanej od 16 do 26 sierpnia. Polskie środowiska apelowały do rodaków o jak najliczniejszy udział. Przykładem służył ks. Sychowski, który zapowiedział przyjazd na targi „z całą drużyną swych domorosłych przemysłowców - artystów z Borów Tucholskich”. Zapowiadane na ten czas uruchomienie fontanny Flisaka na dziedzińcu ratuszowym zostało odłożone o rok z powodu nagłej śmierci artystyrzeźbiarza Amberga. A Flisak toruńskim Niemcom i tak nie spodobał się - widzieli w nim... Polaka. Także latem 1913 roku w Toruniu trwały przygotowania do konferencji burmistrzów miast pogranicza w sprawie... znalezienia sposobu na zwalczanie polskości.



Z butą i pogardą

W Bydgoszczy zakończono budowę aż trzech kościołów, z funduszy państwowych niemiecki na pl. Piastowskim, ze składek społeczeństwa polskiego św. Trójcy i z pieniędzy gminy ewangelickiej św. Wojciecha na Okolu.

Jeszcze nikt nie wiedział, nie spodziewał się, że zbliża się kres tego świata. Pod nim, podskórnie, toczyło się inne życie. Życie polskiej mniejszości, coraz silniej spychanej na margines. Dziś pewną przesadą mogą nam się wydawać zasłyszane opowieści o prześladowaniu Polaków „za kajzera” w świetle tego, co zrobił Adolf Hitler. Przyznać jednak trzeba, że i on, i cesarze mieli wiele wspólnego, przede wszystkim butę i pogardę dla Polaków.





Polacy mieszkający wówczas na Kujawach i Pomorzu zrywy narodowościowe, powstania znali już tylko z przekazów rodzinnych bądź lektury. Wierzyli jednak, że nieustanne tarcia mocarstw na arenie europejskiej muszą spowodować polityczne zmiany na kontynencie. Czy ktoś głośno wypowiadał swoje marzenia o wolnej Polsce, o odrodzonym, potężnym kraju godnym spuścizny pozostawionej przez I Rzeczpospolitą, powtarzając za Mickiewiczem „O wojnę powszechną prosimy Cię, Panie”? Jeśli nawet tak, to nie mógł tego robić publicznie. Cenzorzy prasowi i wiecowi byli bardzo czujni.



Największą otuchę Polacy czerpali w lipcu 1913 r. z rozwoju sytuacji na Bałkanach, a w zasadzie z sukcesów Bułgarii w wojnie z Turcją i Grecją. Odrodzenie się słowiańskich braci, jak mówiono o Bułgarach, zdawało się zwiastować nadzieję, że uda się tego samego dokonać Polakom. Stąd dzień w dzień na pierwszych stronach zarówno „Gazety Toruńskiej” jak i „Dziennika Bydgoskiego” dominowały wieści z frontu wojny toczącej się na Bałkanach z wyraźnym podkreślaniem sympatii dla Bułgarów. Wydawca „Dziennika Bydgoskiego”, Jan Teska, po wiecu wyborczym w Świeciu został oskarżony o to, że „złośliwem zestawieniem stosunków bałkańskich usiłował podburzyć świeciaków przeciwko rządowi pruskiemu w celu oderwania dzielnic polskich od granicy pruskiej”. Teska miał wykazywać, iż „wszelki ucisk i siła brutalna przeminąć muszą, gdyż Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy, o czym świadczą zwycięstwa naszych pobratymców na Bałkanach”.

I dla nas wybije godzina

W „Dzienniku Bydgoskim” przeczytać można było też jawny wyraz powszechnych nadziei: „Zwycięstwa Słowian bałkańskich, jakkolwiek przyćmione następną bratobójczą walką, będą miały za skutek postawienie kwestyi słowiańskiej w Europie Środkowej. W tym przyszłym problemie europejskim sprawa polska będzie punktem środkowym”. Taka myśl zastępowała niemożliwe do opublikowania odmawiane po cichu modlitwy o wojnę powszechną, która stałaby się dla Polski wyzwoleniem.




Czasami jednak cenzura przysypiała. 27 lipca w Żninie ks. Janicki podczas kazania wezwał: „Tylko razem, ramię przy ramieniu, możemy zwyciężyć. Zwycięstwa Słowian na Bałkanie napełniają nas otuchą, że i dla nas wybije kiedyś godzina oswobodzenia i wolności”. Te słowa zacytowane zostały w prasie.

Wiele miejsca w polskich gazetach zajmowały informacje o szykanach ze strony pruskich okupantów.

Utyskiwano na najświeższe zarządzenie, tzw. paragraf kagańcowy, w myśl którego publiczne przemawianie po polsku mogło się odbywać tylko raz na 5 lat, w okresie kampanii wyborczej do sejmu pruskiego. Z tego powodu często interweniowała policja i toczyły się liczne procesy sądowe.

Polska prasa z upodobaniem piętnowała tych Polaków, którzy sprzedawali ziemię albo bezpośrednio Niemcom, albo komisji kolonizacyjnej.

Pisano: „Do Czarnej Księgi. Wdowa Gołębiewski w Tor. Popowie sprzedała Niemcowi swoje 48-morgowe gospodarstwo za 60 tysięcy marek. G. popełniła ciężkie przewinienie wobec społeczeństwa, do którego tem samem należeć przestała”. „Znowu jest zagrożona ziemia polska. P. Zieliński w Bruszkowie zamierza sprzedać gospodarstwo swoje niejakiemu Małachowskiemu z Inowrocławia, o którym wiadomo, że jest podsuniętym przez agenta komisyi kolonizacyjnej”.



Gazety lubiły też podawać z przekąsem albo złośliwym komentarzem informacje o zmianie nazwisk z polskich na niemieckie. „Robotnik Nowakowski ze Szwederowa nazywać się będzie może jak nikt inny - Pridoehl” albo „przechrzcił się, ale tylko częściowo, kupiec bydgoski, dawny prezes Sokoła, który zupełnie się zniemczył” lub „fabrykant szczotek Paweł Błażejewski z Mokrego w Toruniu będzie nazywać si Behrendt”.

W państwie dobrych obyczajów

Piętnowano, m.in., zakonnice kupujące wyposażenie swoich domów u Niemców lub Żydów, a nie u Polaków. Narzekano na młodzież, że chodzi do lokali prowadzonych przez „obcych”. Podkreślano również z lubością wszelkie informacje o co okrutniejszych zbrodniach kryminalnych, dokonanych w Niemczech i przez Niemców, z uszczypliwym komentarzem, iż dzieje się to w kraju o wyższej kulturze, np. „Z państwa „dobrych” obyczajów. W piątek aresztowany został w Berlinie oskarżony o dokonanie mordu na tle płciowem 19-letni piekarz i cukiernik, Niemiec Maksymilian Weigel”.

Codzienność była też powodem rozczarowań. Środowiska polskie, po części z biedy, nie chciały kupować polskich gazet, które nieustannie przeżywały finansowe kłopoty. U progu szkolnych wakacji, które trwały w 1913 roku zgodnie z ustawami pruskimi tylko 4 tygodnie, w różnych terminach w każdym powiecie, przeważnie od połowy lipca do połowy sierpnia, „Dziennik Bydgoski” próbował zorganizować zbiórkę pieniędzy na „wysyłkę naszej dziatwy wielkomiejskiej na wieś, aby tam sił nabrała i w swojskiem otoczeniu wyzdrowiała moralnie”. Hasłem miało być: „w sobotę ani kropelki wódki ani piwa, a grosz zaoszczędzony zanieśmy do Domu Polskiego i wrzućmy do puszek. Każdy, kto się Polakiem czuje, i chce, aby go za Polaka uważano, stawić się powinien z groszem ofiarnym”.



Dwa dni później „Dziennik” informował: „Przykry zawód spotkał nas w sobotę. Spodziewaliśmy się, że do Domu Polskiego staną tysiące osób z groszem ofiarnym na sympatyczny cel wysyłki dzieci. Tymczasem przybyło jedynie półtorej setki osób, a cała składka przyniosła tylko 134,10 mk. Przykre sprawiło wrażenie, że knajpy żydowskie pełne były, a Dom Polski próżny”.

Na słowiańskim cmentarzysku

Z niekłamaną satysfakcją informowano, że świeżo otwarty kościół dla niemieckich katolików na placu Elżbiety (dziś Piastowskim) zaraz po otwarciu, zanim zostało odprawione pierwsze nabożeństwo, został zamknięty z powodu kłótni pomiędzy niemieckimi zarządcami. Wyśmiewano też urzędnika pruskiego, który nie znał polskiego i, wysłany do księgarń w Bydgoszczy w celu konfiskaty książki „Pisma Henryka Sienkiewicza”, zgłupiał, trafiając na stosy różnych dzieł naszego pisarza. Skwapliwie informowano, że w Saksonii, gdzie panował zwyczaj konsumpcji psiny, w 1912 r. oficjalnie zjedzono 8132 psy. Cieszono się ze wzrastającego bezrobocia w państwie pruskim, wyśmiewano pruską butę: „niektórym księżom niemieckim wydaje się zapewne, że Chrystus, gdy wysyłał apostołów w świat, powiedział: Idźcie i nauczajcie wszystkie narody - po niemiecku!”.

Ze zrozumiałych względów Polakom w zaborze niemieckim wydawało się, że w rosyjskim jest lepiej i odwrotnie. Na Kujawach i Pomorzu Rosjan traktowano jako braci Słowian, mniej groźnych od Germanów.

„Nie ze wschodu grozi narodowi naszemu zagłada, ale od niemieckiej ściany. Przypomnieć trzeba, że nasze granice etnograficzne, które ongiś leżały nad Salą i Łabą przesunęły się nad Wartę i Wisłę. Połowa niemal dzisiejszego obszaru niemieckiego to cmentarzysko słowiańskie, na którem krzewi się życie zwycięzców” - ponuro uświadamiała czytelników „Gazeta Toruńska”, snując żale nad ówczesną sytuacją Polski i Polaków. Zaczynało być już nawet trudno o nutę nadziei. Był lipiec 1913 r. Dokładnie rok przed wielką wojną.

Fakty

Stulecie toruńskiego lotniska

Lotnisko toruńskie wybudowano w latach 1912-1913. Zlokalizowane zostało poza terenem twierdzy Toruń, w pobliżu fortów IX, VIII i VII, około 4 km na zachód od centrum miasta.

Północno-wschodnią granicę pola wzlotów stanowiło pole ćwiczeń wojskowych, a południową - linia kolejowa do Czarnowa i szosa do Fordonu.

W niewielkiej odległości od południowej granicy lotniska ustawione zostały lotnicze hangary. Pomiędzy hangarami i torem kolejowym postawiono budynki sztabowe, baraki koszarowe, kasyna oraz inne urządzenia lotniskowe.

Zaraz po otwarciu zorganizowano zawody balonowe, a następnie kurs pilotażu. „Zgłosiło się dużo osób cywilnych dobrowolnie w celu wyćwiczenia się w aeronautyce” - pisała prasa. 23 lipca 1913 roku przeleciał nad Toruniem wielki zeppelin Z 1, który przybył z Królewca i zawrócił.