Jak Elana okradła swoich pracowników

Jacek Kiełpiński 23 lipca 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:12




Czym były przed laty toruńskie Zakłady Włókien Chemicznych Elana? Każdy z byłych pracowników uśmiecha się pod nosem na samo wspomnienie.

- Fakt, byliśmy młodzi, więc pełni entuzjazmu, ale obiektywnie trzeba przyznać, że Elana to naprawdę było coś wielkiego - nie ma wątpliwości inżynier Janusz Piór, ówczesny dyspozytor zakładu, czyli, jak to się kiedyś mówiło, dyrektor drugiej i trzeciej zmiany, kierujący nim pod nieobecność dyrekcji. Dziś, podobnie jak koledzy, emeryt, który uważa, że został okradziony przez bezduszny system.

W szczytowym okresie, w latach 80., pracowało tu, na terenie wielkości sporego miasteczka, nawet 7500 osób. Ludzie garnęli się do tego zakładu, należał przecież do sztandarowych przedsiębiorstw socjalizmu, płacono tu dobrze, a warunki socjalne uchodziły za wzorowe. Nic dziwnego - był polską wizytówką, prezentowaną regularnie licznym delegacjom zagranicznym.

Logo rocznik 1966

- Mówiło się wtedy: „Budujemy to dla siebie i naszych dzieci” - wtrąca Andrzej Stypułkowski, dawny plastyk zakładowy, który w 1966 roku zaczął tu pracę od stworzenia znaku firmowego - charakterystycznej litery E na tle przypominającym wzór benzenu. Jego dzieło funkcjonuje do dziś, mimo licznych perturbacji, okrojenia i przejęcia firmy przez Grupę Boryszew SA. Autor ma zaś za sobą batalię sądową o pełny wymiar emerytury i pozbył się resztek złudzeń: - Oszukała nas Elana, dobił ZUS, a w sądy już nikt z nas nie wierzy - podkreśla. - Nasza historia pokazuje, że żyjemy w państwie, któremu nie można ufać, bo działa tak, by nie dać tego, co się obywatelom należy, nastawionym wobec nich na „nie”.

Andrzej Stypułkowski, z wykształcenia artysta plastyk, pracował w Elanie w latach 1966-74. Odszedł na własne życzenie, współpracując nadal na podstawie umowy o dzieło. Wspomnienia z tamtego okresu ma bardzo dobre: - Ówczesny dyrektor zakładu Stefan Stefański zdecydował się zatrudnić plastyka zakładowego, co było wówczas kompletną nowością. Znak graficzny, logo zakładu, narysowałem w sierpniu 1966 roku, mam jeszcze oryginał - pokazuje kartkę z niebieską literą E. - To ja wprowadziłem do przedsiębiorstwa kolory, wcześniej wszystko tu było szare. Urządzałem pomieszczenia reprezentacyjne, sale konferencyjne i gabinety dyrektorów, ściągając meble z fabryki w Czersku, która wtedy produkowała je dla szwedzkiej Ikei, o czym mało kto w kraju wiedział. Miałem niezłą pensję i, jak większość pracowników, premie, nadgodziny, trzynaste pensje i deputaty węglowe. Dziś nikt nie chce tego uznać. Instytucje tego państwa nie chcą bowiem dawać wiary obywatelom.

Andrzej Stypułkowski dostał w 2000 roku z Elany druk Rp-7, świadczący o zatrudnieniu i wynagrodzeniu, na którym odnotowano tylko gołą pensję. - A to jedynie część dochodów, jakie otrzymywałem - przypomina. - Bywały miesiące, gdy moje wynagrodzenie łączne było dwa razy wyższe! Okazało się, że podstawą wystawienia dokumentu był tylko mój angaż. Elana bowiem zniszczyła, najpewniej pod koniec lat 80., dokumenty płacowe.

Teoretycznie zakład miał do tego prawo, bowiem obowiązywało wówczas Rozporządzenie Ministra Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki z 25 lipca 1984 roku, które klasyfikowało dokumentację płacową do kategorii B-12, to znaczy, że okres jej przechowywania wynosił jedynie 12 lat.

Kto zniszczył te papiery?

- Takim uzasadnieniem zasłania się dzisiejszy spadkobierca Elany, czyli Grupa Boryszew - dodaje Stypułkowski. - Ale ja drążyłem dalej. I okazało się, że Elana powinna wystąpić do Archiwum Państwowego o zgodę na taką operację. I już wiemy, że nie zawsze występowała o zgodę na likwidację oryginałów i kopii list płac, a nigdy indywidualnych kart płac pracowników, które spalono bezprawnie.

- Koledzy ustalili, że dokumenty niszczono w elektrociepłowni EC-1 w tajemnicy - dopowiada Tadeusz Tokarski, dawny kierownik wydziału remontowego. - Gdyby pracownicy wiedzieli, co się dzieje, to kolejki ustawiałyby się w kadrach po wpisanie zarobków do ówczesnych książeczek zdrowia, gdzie były przewidziane na to rubryczki. Gdy w tamtych latach prosiłem o takie wpisy w kadrach, odmawiano mi. Tłumaczono, że nie ma to sensu, bo przecież... są karty płacowe. Żeby tak znaleźć tego, który podjął decyzję o spaleniu tak dziś dla nas ważnych dokumentów...

Andrzej Stypułkowski w sądzie pracy przedstawił ważnego świadka - dyrektora ekonomicznego Romualda Szymanowskiego, który zeznał, że zakładowy plastyk dostawał w tamtych latach 30-procentową premię. ZUS nie zgodził się z postanowieniem przychylnym Stypułkowskiemu, odwołał się do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Emerytowi zarzucono możliwą demencję i wręcz zmowę z byłym przełożonym. Ostatecznie przegrał. Do dziś uważa, że to wynik zmowy instytucji państwowych. - Gdybym wygrał, w ślad za mną poszłoby nawet kilka tysięcy pracowników Elany, potraktowanych w ten sam niesprawiedliwy sposób - komentuje.

Dla sądów to świstek

Inżynier Janusz Piór czuje podobnie, a jego historia ma podtekst wręcz religijny. - W czasie, gdy uświadomiłem sobie, do czego doszło i zacząłem batalię o sprawiedliwość, żona znalazła w starej książeczce do nabożeństwa wąską, długą karteczkę, tzw. odcinek płacowy z 28 sierpnia 1965 roku - pokazuje ważny dokument. - Proszę zwrócić uwagę, że poza pensją 3000 zł, wpisano tam deputat węglowy (104 zł) i dodatek za nocki (1889 zł). Gdyby druczek był z lipca, widniałaby jeszcze premia kwartalna, ale i ten dokument mnie ucieszył.

Sądy jednak, zarówno Okręgowy w Toruniu, jak i Apelacyjny w Gdańsku, nie podzieliły jego entuzjazmu. Charakterystyczną karteczkę uznały za świstek bez znaczenia, bo nie było na nim pieczątki. - To przecież oczywiste, że na tych karteczkach żadnych pieczątek nie było! - irytuje się inżynier. - Nie pomogło także oświadczenie pracownicy kadr, która ręcznie wpisała wówczas na tej karteczce moje nazwisko.

Dowód..., ale na bałagan w ZUS

Co ciekawe, już po przejęciu Elany przez Grupę Boryszew Janusz Piór ponownie ze wspomnianą karteczką trafił do kadr Elany. Tym razem bez żadnych komplikacji wypisano mu nowy druk Rp-7 z uwzględnieniem wyższej pensji w tym jednym miesiącu 1965 roku.

- I ZUS tym razem to uznał! Mimo że miał przecież wyrok oddalający moje wcześniejsze roszczenia, wynikające z pojawienia się tego dowodu, który uznano za nieważny - zauważa. - To chyba świadczy o skali bałaganu, jaki w tej instytucji panuje.

Dziś byli pracownicy Elany zwierają szeregi i przymierzają się do wspólnej akcji - nie wykluczają zbiorowego wystąpienia do dawnego pracodawcy o odszkodowanie oraz zainteresowania sprawą trybunałów europejskich.

- Zdajemy sobie sprawę, że skala tego zjawiska i problemu może być duża - przyznaje Michał Kujawski, rzecznik prasowy Boryszew SA. - Faktycznie, poprzedni właściciel zniszczył dokumenty płacowe do roku 1977. Zwyczajnie ich nie ma. Naprawdę nie możemy pomóc byłym pracownikom w walce z ZUS o emerytury w pełnym wymiarze.

- ZUS ZUS-em, ale główną winę ponosi sama Elana - przypomina Andrzej Stypułkowski. - A tak na marginesie, firma ta nie ma praw do używania znaku Elana. Mam oświadczenie byłego dyrektora, że praw autorskich nigdy nie przekazywałem. Skoro tak jesteśmy traktowani... uważam, że nie mogę przymykać na to oczu. Prawa autorskie do tego logo mam ciągle tylko ja i zamierzam się o nie upomnieć.