Dżinsy przyjaźni jadą na wschód

Krzysztof Błażejewski 20 maja 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:16




Aż do październikowego przełomu 1956 roku uzyskanie paszportu na wyjazd zagraniczny innego rodzaju niż służbowy, nawet do tak niby przyjaznego Kraju Rad, graniczyło z cudem.

Do wniosku o paszport, wydawany wyłącznie przez Biuro Paszportów Zagranicznych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którym zawiadywała „caryca paszportów” Amelia Leśniewska, trzeba było dołączyć 12 trudnych do zdobycia załączników.

Nic dziwnego, że jeśli jeszcze w 1938 roku z Polski za granicę w celach turystycznych na własną rękę wyjechało ok. 90 tys. osób, to w 1950 roku... 181. Ponadto kilka tysięcy aktywistów partyjnych, związkowych i branżowych, głównie do krajów socjalistycznych.

Po roku 1956 można było zaobserwować wyraźny postęp - powstały biura podróży, organizujące wycieczki (80 proc. do krajów socjalistycznych), a w górach obszary konwencji turystycznej polsko-czechosłowackiej. Nadal jednak wyjazd indywidualny był możliwy jedynie na zaproszenie.

Istniały wówczas dwa rodzaje paszportów: indywidualny i zbiorowy. Wyjeżdżający grupowo nie otrzymywali dokumentów do ręki, dysponował nimi „paszportowy”, specjalny opiekun wycieczki.

Przed każdym wyjazdem trzeba było wypełnić ankietę-podanie i udać się do biura paszportowego w lokalnej komendzie Milicji Obywatelskiej. No, i odstać swoje w ciasnych pomieszczeniach pełnych ludzi. Wiosną czekało się nawet kilka dni. Po przyjeździe paszport trzeba było w tym samym miejscu zwrócić.

Potem, aż do roku 1972, najczęściej wyjeżdżano za granicę na podstawie wkładek paszportowych, umożliwiających wyjazd do europejskich krajów socjalistycznych. Dokument ważny był z dowodem osobistym. Początkowo wkładki były jednokrotne, z czasem zaczęto wydawać je na wyjazdy wielokrotne. Od 1973 roku wkładki na ogół wydawano z ważnością na pięć lat. 


Od 1972 roku, dzięki umowie z NRD, można było wyjechać do tego kraju bez paszportu, a nawet bez wkładki, jedynie na podstawie stempla wbijanego w dowód osobisty w miejscowej komendzie MO. W mig skoczyła liczba wyjazdów do tego kraju: o ile w 1971 roku do NRD udało się 200 tys. Polaków, to rok później już 9,5 mln! Od stycznia 1977 roku weszły w życie uprawnienia do przekraczania granicy na podstawie wpisu w dowodzie z Bułgarią, Czechosłowacją, Rumunią, ZSRR i Węgrami.

Torunianin Wiesław Tomczyk był w owym czasie na wczasach w Świnoujściu. - Wszyscy masowo wędrowaliśmy pieszo do Ahlbecku, odległego o trzy kilometry od granicy - mówi. - Na przejściu były długie kolejki, ale to nie przeszkadzało. W NRD Polacy wykupywali wszystko, co było w sklepach mięsnych i gospodarstwa domowego, a także papier toaletowy. Niemcy mieli wtedy takie rzeczy, o jakich u nas nawet się nie słyszało. Potem zaczęli odmawiać sprzedaży niektórych towarów, bo i u nich zabrakło...

Tak się zarabia w Szwecji

W latach 70. szczytem marzeń Polaków były wakacje nad Morzem Czarnym: w Burgas, Warnie, Słonecznym Brzegu, Konstancy, Mamai. Mimo wysokich cen i fatalnych przeważnie warunków pobytu. Po miejsca w takich wycieczkach w „Orbisie” i innych biurach stały najdłuższe kolejki. W stanie wojennym pieczątki straciły ważność, a zastąpiły je nowe paszporty z pięcioletnim terminem ważności.
W 1984 roku wydano ich 400 tys., do końca 1987 - ponad 3 mln, w 1988 roku kolejne 1,5 mln. Od 1984 roku nie trzeba było ich zdawać po każdym powrocie. Dopiero w grudniu 1988 roku wprowadzono paszporty wieloletnie, na wszystkie kraje świata, które można było trzymać w domowej szufladzie.

- Wszystkie zagraniczne podróże były okazją do tego, by sprzedać zabrane w tym celu z kraju towary. Chodziło o to, by koszty wyjazdu się zwróciły - wspomina Wiesław Tomczyk. - Pamiętam ukryte w ciuchach kryształy, suchą kiełbasę, wódkę lub kremy Nivea. Na miejscu kupowało się rzeczy, których brakowało w kraju. Bardziej obrotnym każdy wyjazd zwracał się z nadwyżką.
Na studiach znałem takich specjalistów, którzy objechali pół świata za grosze. Pamiętam kolegę Zbyszka, który chciał zwiedzić Indie. Bilet lotniczy kosztował około 14 tysięcy, ponad trzy średnie pensje. Ale on wykrył, że z Budapesztu lata samolot do Hanoi tylko za 5 tysięcy i ma międzylądowanie w Bombaju. Pojechał na Węgry, wsiadł w samolot z załatwioną w Polsce wizą indyjską i... wysiadł w Indiach.



Do legendy przeszedł patent wypracowany przez Polaków w latach 70. na pracę w Szwecji, co było wówczas praktycznie niemożliwe do załatwienia w sposób legalny. Trzeba było pojechać do Sztokholmu, wypożyczyć samochód, wypić piwo, a następnie dać się złapać miejscowej policji na jeździe pod wpływem alkoholu. Szwedzi skazywali takiego człowieka na 3 miesiące aresztu.

Skazany miał przez te 3 miesiące legalną pracę opłacaną według szwedzkich stawek, nie płacił za mieszkanie i wyżywienie, a w dodatku miał zapewniony bezpłatny powrót do kraju w ramach deportacji.

Rumuński popyt na biseptol

Były też „kosmiczne” patenty handlowe. W krajach arabskich łatwo można było sprzedać dziesięciokrotnie drożej płyn do prania „Kokosal”, którzy oni traktowali jako luksusowy szampon. W Afganistanie szły jak woda prymitywne NRD-owskie zegarki marki „Ruhla”, duże i bardzo kolorowe, które u nas kosztowały jakieś 200 złotych, czyli 2 dolary.

Taki zegarek Afgańczycy wymieniali na swoje kożuchy, które w Polsce chodziły po... 25 tysięcy złotych. Na Kubie ponoć fantastycznie schodziły polskie... nożyczki, a w Rumunii dobrze sprzedawał się nasz zwykły biseptol, który tam uchodził za środek antykoncepcyjny.

- Kiedy pojechałem pierwszy raz do ZSRR - dodaje Wiesław Tomczyk - byłem jeszcze bardzo zielony. Miałem tylko zwykły bagaż podróżny, wszyscy inni taszczyli po dwie pełne walizy. Na miejscu, w hotelu, do późnego wieczora miejscowi pukali do drzwi i pytali, co mam na sprzedaż.
Pozbyłem się spodni z nieścieralnego teksasu i kurtki, składanego parasola, praktycznie mógłbym sprzedać wszystko, co ze sobą zabrałem i to dużo drożej niż zapłaciłem za to w Polsce.

Zjawiska tego świadome były władze. Sowieci naciskali na ograniczenie kontaktów, gdyż „często zasadniczy cel wycieczki, zacieśnianie przyjaźni, zwiedzanie kraju i poznanie jego zabytków nie jest osiągany w pełni, ponieważ wielu uczestników wycieczki zajętych jest przede wszystkim handlem i spekulacją”.

- W pociągach przyjaźni do ZSRR praktycznie wszyscy wieźli na sprzedaż dżinsy, najlepiej rifle albo wranglery z Peweksu - wspomina Jarosław Janczewski z Bydgoszczy, pilot wycieczek zagranicznych w czasach PRL-u. - Każdy brał jeszcze kosmetyki i krem Nivea.
Za sprzedane z dużym zyskiem towary właściwie nie było co kupić. Złoto nie zawsze było w sklepach. Mało kto wiedział, że największe przebicie było na brylantach, tyle że potem trzeba było jeszcze wywieźć je z Polski na Zachód. Kupowali więc wszyscy dewizy, przeważnie dolary, marki niemieckie i fińskie. Trzeba było być ostrożnym, kolega kupił kiedyś zamiast 50 dolarów - 50 dinarów jugosłowiańskich.

Droga przez orzechową mękę

Zdaniem Jarosława Janczewskiego, najbezpieczniej było opychać rzeczy w hotelach etażowym, sprzątaczkom, kelnerom. Łatwo też było wymieniać ruble na dewizy w restauracji. Dawało się kelnerowi kartkę i ruble pod ściereczkę, którą miał na ręce. Potem przynosił dewizy.

- Do dziś pamiętam kolegę - mówi Janczewski - który kupił kilka złotych pierścionków i żeby je ukryć, nabył cały worek orzechów włoskich. Niektóre z nich rozłupał na pół, włożył do środka złoto i łupiny skleił. Po przejechaniu granicy całą drogę do domu łupał te orzechy i jadł, bo nie zaznaczył, w których schował pierścionki...

Wiesław Tomczyk w 1977 roku wracał z ZSRR bez choćby jednego złotego pierścionka czy obrączki.

- Byłem tam latem i w żadnym sklepie jubilerskim złota nie było, za to pod sklepem stały całe gromady ludzi, którzy namawiali do wejścia w najbliższą bramę i kupna od nich zegarka czy pierścionka, oczywiście po odpowiednio wyższej cenie - relacjonuje. - Jak się zdecydowałem, to trafiłem na milicyjny nalot. Postanowiłem więc, że wrócę bez złota.
W to jednak nie mogli uwierzyć celnicy. Trzepali moje bagaże i trzepali bez końca, zabrali mnie do osobistej rewizji. Pociąg dawno pojechał, a mnie kazali czekać całą noc w nadziei, że skruszeję. Na koniec starszy celnik podszedł i powiedział konfidencjonalnie: „Już jesteś wolny, możesz jechać dalej. Nic ci już nie zabiorę. Ale powiedz, tak z ciekawości, gdzie schowałeś złoto?”.

Paweł Sowiński, autor książki „Wakacje w Polsce Ludowej”, przytacza taką notatkę z 1973 roku, pochodzącą z archiwów bezpieki, która wyjazdom uważnie się przyglądała: „Uczestnicy wycieczki „Juventuru” do Egiptu wywozili z Polski m.in. 68 kryształów, 38 żelazek, 21 zegarków „Ruhla”, 17 wentylatorów itp. wartości 53 tys. zł. Po sprzedaży tych przedmiotów zakupiono na miejscu głównie złoto wartości w Polsce ponad 500 tys. zł”. Przebicie dziesięciokrotne...

Powracający poszukiwany

W latach 70., aby dostać paszport do krajów kapitalistycznych, trzeba było albo mieć walutę na specjalnym koncie „A” w banku PKO, albo otrzymać tzw. promesę, czyli prawo wykupienia najpierw 100, a kilka lat później 130 dolarów w banku. Kłopot polegał na tym, że dolary na koncie wolno było mieć, ale nie było wolno ich nabyć.

W prasie ukazywały się wówczas ogłoszenia o dziwnej treści, np. „Z powracającym kontakt nawiążę”. Chodziło o to, by dolary kupione na czarnym rynku mógł wpłacić na nasze konto ktoś powracający legalnie z zagranicy, oczywiście za odpowiednią opłatą. 
Od 16 tys. do 2,5 mln, czyli turystyka po polsku

Wyjazdy z Polski w latach 1956-1988 do krajów socjalistycznych: (kolejno: zbiorowa turystyka / prywatne): 1956 - 16547 / 112015 1965 - 152368 / 247789 1974 - 135046 / 7783651 1986 - 2390094 (razem).

Wyjazdy z Polski do krajów kapitalistycznych: (kolejno: zbiorowa turystyka / prywatne): 1956 - 604 / 11245 1965 - 6218 / 44083 1974 - 24143 / 171120 1986 - 593098 / 956781

W latach 1973-1988 prywatny wyjazd czasowy do krajów zachodnich kosztował 2 tys. zł, do socjalistycznych - 300 zł (z wkładką lub wpisem) albo 600 zł (z paszportem). Opłaty ulgowe były niższe o 50 proc., zaś wyjazdy służbowe zwolnione były z opłat.