Tankował, płacił, czyli kradł?

Jacek Kiełpiński 27 kwietnia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:17




To może spotkać każdego. Mimo kamer śledzących klientów na stacji benzynowej, a właściwie za ich przyczyną - ławo zostać oskarżonym o kradzież paliwa. Ani się obejrzymy, gdy zapadnie wyrok w trybie nakazowym, czyli zaocznie, i... już jesteśmy przestępcą.


- Oniemiałem, gdy przyszło wezwanie na komisariat w Kowalewie Pomorskim w charakterze podejrzanego. O co? Co się stało? Nie miałem bladego pojęcia - zapewnia Piotr Lewandowski z pobliskiego Borówna. - W trakcie przesłuchania odetchnąłem. Zarzucali mi, że ukradłem paliwo na stacji BP w Warszawie Wesołej, a przecież widać na zdjęciach z monitoringu, że stoję przy kasie i płacę. Donieśliśmy z żoną wyciąg z rachunku bankowego, dowód, że sto złotych za paliwo tego dnia i na tej stacji płaciłem. Pożartowaliśmy nawet chwilę z policjantami. Myślałem, że to koniec sprawy...

Otóż nie. Kolejny list przyszedł ze stolicy. Okazało się, że 16 stycznia warszawski Sąd Rejonowy wydał wyrok nakazowy, w którym uznano mieszkańca Borówna winnym kradzieży 16,99 litra paliwa o wartości 100,07 zł, za co wymierzył mu grzywnę w wysokości 510 złotych.

Tu kończy się wiedza obywatela Rzeczypospolitej Polskiej na temat swego przypadku. Żadnych kulisów sprawy, znanych sądowi okoliczności, żadnego uzasadnienia wyroku.

- Uznałam, że sąd najwyraźniej nie dostał wyjaśnień męża, składanych w Kowalewie, i kserokopii wyciągu bankowego, świadczącego o tym, że płacił tam wówczas sto złotych kartą - tłumaczy żona skazanego, Beata Lewandowska. - Dlatego od razu pobiegliśmy do prawnika, by błyskawicznie pisał sprzeciw, bo zgodnie z pouczeniem mieliśmy na to tylko 7 dni.

Sąd poucza niedbałą stronę

W sprzeciwie Piotr Lewandowski przedstawił swoją wersję: tankował, płacił, ma wyciąg, nie rozumie więc, o co chodzi.

Pismo jednak do sądu nie dotarło. Powód? Nie do końca precyzyjny adres. Lewandowscy spiesząc się, bo termin gonił, zaadresowali kopertę „Sąd Rejonowy dla Warszawy”, podczas gdy powinno być tam napisane „Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi Południe w Warszawie”.

- Poczta pisma nie dostarczyła, mimo że pozostałe dane adresowe były poprawne: ul. Terespolska 15a, 03-813 Warszawa - dodaje Piotr Lewandowski. - Więc nasz adwokat napisał kolejne pismo - wniosek o przywrócenie terminu, uzasadniając, że nasza drobna przecież pomyłka nie uniemożliwiała prawidłowego dostarczenia poczty. Napisaliśmy, że z powodu „nadgorliwości operatora pocztowego i zbyt posuniętego formalizmu nie było możliwe zachowanie siedmiodniowego terminu”.

I za to sformułowanie spotkała mieszkańca Borówna sroga reprymenda sądu, który odrzucając jego wniosek wytknął mu, że „nie wskazanie (z błędem ortograficznym, ale co tam...) pełnej nazwy Sądu jest wynikiem jedynie niedbalstwa strony”. Koniec, kropka, płać grzywnę, złodzieju jeden, i milcz!

Małżeństwo Lewandowskich nie potrafiło się jednak z tym pogodzić. Postanowiło poznać szczegóły sprawy, która rozgrywała się poza nimi, a jej wynik był tak bolesny. Piotr Lewandowski ruszył do warszawskiego sądu, by zdobyć akta tej sprawy, w tym kopię nagrania z monitoringu.

- Przecież jako najpierw oskarżony, a potem skazany, powinienem chyba wiedzieć, na jakiej to się działo podstawie? - pyta. Drobne 58 zł za ksero, bo w warszawskim sądzie złotówkę liczą od strony, ceregiele z przegraniem płyty i wreszcie zasiadł do analizy materiałów, czego wcześniej nie mógł zrobić.

Okazało się, że pracownica stacji BP w Warszawie Wesołej, która go 6 marca 2012 roku obsługiwała, nie zeznawała. Zamiast niej zeznania złożyła pani, która w marcu... jeszcze nie pracowała. Ale orzekła na podstawie zdjęć z monitoringu, że jej poprzedniczka „nie zbija z monitora transakcji paliwowej”, a, jej zdaniem, podaje klientowi... druk doładowania telefonu.

Nie bawię się w promocje...

- Uznano więc, że zamiast płacić za paliwo kupiłem jakieś doładowanie - komentuje Piotr Lewandowski. - Na filmie z monitoringu widzę faktycznie jakiś dłuższy druczek, ale bladego pojęcia nie mam i nie miałem wtedy, co to było. Podałem tylko numer dystrybutora, bodajże trzy, i zapłaciłem stówkę kartą. Na ten świstek nawet nie spojrzałem, nie bawię się w te dodatkowe punkty, promocje... Zawsze coś podsuwają, a ja macham na to ręką.

Dziś zeznająca w tej sprawie pracownica stacji zachowuje się nerwowo. O dziwo, pamięta szczegóły oglądanego przez siebie nagrania sprzed roku, zapewnia, że kartka podawana Lewandowskiemu musiała być doładowaniem, ale nie chce powiedzieć, dlaczego policja nie dotarła do pracownicy obsługującej tamtego dnia klienta z Borówna.

Piotr Lewandowski i jego żona mają od kilkunastu lat telefony na abonament, zapewniają, że nawet nie wiedzą, jak kupuje się doładowanie do aparatów na kartę na stacji benzynowej, bo nigdy tego nie robili.

- W dokumentach sądowych wspomina się tylko mimochodem, że może chodzić o doładowanie do telefonu - zwraca uwagę Piotr Lewandowski. - Policjant przeglądający monitoring zaznaczył tylko: „W lewym ręku trzyma (tu chodzi o mnie) jakiś podłużny papier typu: paragon. Najprawdopodobniej jest to doładowanie do telefonu”. I na tej podstawie mnie skazali!

Co ciekawe, komisariat Warszawa Wesoła prosząc o przesłuchanie Lewandowskiego i jego sąsiadki, właścicielki samochodu, którym wraz z pracownikami był w Warszawie, nie wspomina o podejrzeniu zamienienia opłaty za paliwo w bliżej nieokreślone doładowanie do telefonu. Warszawscy policjanci proszą kolegów z prowincji tylko o przesłuchanie nieustalonego jeszcze wówczas kierowcy w charakterze podejrzanego o to, że „dokonał kradzieży w ten sposób, że po zatankowaniu paliwa do baku samochodu nie dokonał opłaty za zatankowane paliwo i odjechał ze stacji, tj. art. 119 par. 1 KW”.

Czemu Temida nie pyta?

Piotr Lewandowski nie miał więc nawet szans odnieść się do podejrzenia o to, że zamiast płacić za paliwo, kupił doładowanie. I nigdy by się o tym nie dowiedział, gdyby nie jego późniejsza dociekliwość.

- Coś tu chyba jest nie tak? - zauważa. - Temida jest ślepa, ale mogłaby chociaż pytać... Przecież na filmie zachowuję się normalnie, rzucam tylko okiem na ten świstek. Pewnie go wyrzuciłem zaraz potem, bo tak robię, gdy nie tankuję na fakturę, a w tym przypadku nie mogłem, bo auto nie było moje. Czy to kojarzy się panu z kradzieżą czy nieporozumieniem? - pyta wprost.

Fakt, obserwując zachowanie Piotra Lewandowskiego, trudno wyobrazić sobie, by właśnie w tym momencie przeprowadzał na zimno precyzyjnie zaplanowaną akcję zakupu doładowania, udając na użytek kamer, że płaci za paliwo. Musiałby być świetnym aktorem o stalowych nerwach.

- Od razu na posterunku w Kowalewie mówiłem, że to musi być jakieś nieporozumienie - dodaje. - To sąd nie mógł mnie wezwać, wysłuchać, skonfrontować z pracownicą stacji? Przecież jeśli doszło do pomyłki i zapłaciłem nawet za doładowanie, o które pewnie prosił ktoś inny, to wszystko dałoby się wyjaśnić. Ale nie, najłatwiej skazać, zrobić z człowieka złodzieja, zarzuć niedbalstwo przy adresowaniu pism, czyli skopać. I po sprawie. Odfajkowane.



Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 27-04-2013 13:41

    Oceniono 1 raz 1 0

    - kasia: z Naprawdę w naszym kraju jest paranoja. Prosty zwykły człowiek ,który nie jest niczemu winny jest karany a była pani poseł PO i burmistrz nie P. poseł połakomiła się na te pieniądze nie ponoszą żadnych konsekwencji za swoje czyny .A człowiek,ktory płacił tak ....za bałagan odpowiada ekspedientka nie osoba kupująca.To znaczy ,że u nas w kraju i w sądownictwie są równi i równiejsi.

    Odpowiedz