Wolność jest tuż za progiem

Paulina Błaszkiewicz 16 kwietnia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:17


Rozmowa z JACKIEM PONIEDZIAŁKIEM, aktorem.

Spotkaliśmy się na premierze sztuki „Szklana menażeria”. Publiczność mogła poznać Jacka Poniedziałka z innej strony - tym razem w roli tłumacza. To niecodzienne zajęcie dla aktora?

Wydaje się, że bardzo bliskie, a jednak nie jest to typowe zajęcie dla aktora. Mnie zainteresowało i pochłonęło bez reszty. Obudziło we mnie pasję. Za każdym razem, kiedy mam okazję posłuchać, jak słowa przeze mnie przetłumaczone brzmią na scenie, to staram się z tej okazji korzystać. Nie dzielę teatru na teatr amatorski i profesjonalny.

Dla mnie teatr jest jeden i można go tylko podzielić na udany lub nie. Cenię sobie kontakt z młodzieżą i byłem ciekaw, jak ci młodzi ludzie przełożyli dramat sprzed 70 lat na swoją wrażliwość. Ja, tłumacząc tekst, odnalazłem w nim bardzo współczesną historię. Nie widzę w niej niczego, przez co miałaby się zestarzeć. To portret dysfunkcyjnej rodziny, którą dziś coraz częściej widzimy.

Czym dla Pana po 22 latach w zawodzie jest aktorstwo?

Aktorstwo dla każdego jest czymś innym. Dla mnie to sposób na życie, moja droga, ale również platforma porozumiewania się z ludźmi.

Wiele osób traktuje nasze rzemiosło, i w ogóle cały teatr, jak wygłup czy zabawę. Ja uważam, że w teatrze jest miejsce na misję. Aktorzy przekazują pewne treści, które ludzi mogą szokować i prowokować, ale mogą też porządkować ich myśli, zmieniać rzeczywistość. Jeśli będzie się mówiło o rzeczach trudnych, które wymagają przemyślenia i refleksji, to na pewno w części głów pozostaną na dłużej. Dla mnie najcenniejszą wartością, jaką może przekazać sztuka, jest wolność.

W momencie, kiedy był Pan u szczytu popularności, dużo się wokół Pana działo. W jednym z wywiadów opowiedział Pan szczerze o swojej orientacji seksualnej. Miało to jakiś wpływ na kwestie zawodowe?

Rzeczywiście, gram w serialach mniej niż kilka lat temu, ale po coming oucie też w nich grałem. Teraz jest ich dużo mniej, ale jest to raczej wynikiem wydania książki „Wyjście z cienia”, której zmanipulowane treści wyciekły do tabloidów. Poza tym w serialach musi być płodozmian. Przez kilka lat zagrałem w kilkunastu serialach. Można było otworzyć lodówkę i też w niej byłem. Było mnie za dużo... To się wyczerpało i nie było to spowodowane tym, że odpowiedziałem o tym, kim jestem.

Nie żałuje Pan? Wiele osób nie ma odwagi powiedzieć prawdy?

Po prostu to powiedziałem. Jesteśmy bardzo lękliwym, zachowawczym społeczeństwem. Boimy się własnych opinii. Konieczność podejmowania za nas decyzji zrzucamy na kogoś innego. Na Kościół, media, szkołę itd. Przyczyny szukałbym w psychicznej chwiejności Polaków, w braku wiary w siebie. Powoli zaczyna się to zmieniać, i musi, ponieważ homoseksualistów w Polsce jest tyle samo, ile w innych krajach świata.

To kilka procent, pewnie ok. 7, czyli jest nas siła! Jeżeli temat jest tabu, to homoseksualna osoba też woli o sobie nie mówić, by nie narażać się na przykre reakcje, a takie się zdarzają. Kiedy temat nie budzi tak strasznej sensacji, istnieje wśród wielu innych tematów, człowiek nie czuje się tak bardzo samotny, odrębny, izolowany i niepasujący do rzeczywistości. Obecnie obserwujemy falę coming outów wśród młodzieży, w szkole, rodzinie.

Różnie się to kończy, bo niektórzy reagują agresywnie, ale kiedy przejdzie się ten próg, odczuwa się wielką ulgę i wielką wolność. Mogę w końcu powiedzieć: Jestem sobą, moje słowa i czyny są zgodne z tym, co czuję. Nie kłamię, aby komuś zrobić przyjemność, robię to, co sam uważam za właściwe. To jest warunek niezbędny do osiągnięcia szczęścia w życiu. Z ciągłego kłamstwa biorą się choroby i cała masa innych rzeczy.

Aktorowi jest chyba łatwiej przełamywać tabu. Mówi się, że artystom wolno więcej?

Tak się mówi. Jakieś znaczenie to ma. Znam różne historie o coming oucie, ale w większości są one optymistyczne, dające nadzieję i siłę. W Polsce funkcjonuje powiedzenie, że prawda nas wyzwoli. Święte słowa.

Trudno otwarcie mówić o sobie, jeśli najważniejsze osoby w naszym kraju mają problem z wypowiadaniem takich słów jak gej, lesbijka, czy homoseksualizm...

Dobrze, że premier zaczął mówić. Obserwując jego postawę, jego i partii rządzącej, widać, że nastąpiła wielka zmiana, choćby w kontekście języka. Pamiętam jak kilka lat temu jeden z parlamentarzystów powiedział: „Na lesbijki bym sobie popatrzył, z gejami dajmy sobie spokój.” To, co politycy mówią, jest pochodną pewnych zmian cywilizacyjnych. Społeczeństwo się zmienia, wolno co prawda, ale się zmienia.

A ja mam wrażenie, że w naszym społeczeństwie nadal dominuje homofobia...

W większości przypadków tak, ale na szczęście żyjemy w świecie gwałtownego rozwoju komunikacji między ludźmi, narodami i kulturami. Wszystkie prądy, które od dawna są w kulturze zachodniej, przenikają do Polski i nic tego nie zatrzyma. Wymierają stare pokolenia. To bardzo naturalny i instynktowny kierunek rozwoju społeczeństw.

Nie chodzi o to, że mniejszość narzuca poglądy. Niech każdy robi tak, jak chce, nikt nikomu niczego nie narzuca, najważniejsze to nie robić krzywdy drugiemu człowiekowi, to jedyna granica. Nie wolno krzywdzić dzieci, nie wolno ich molestować. Żadne społeczeństwo się na to nie zgodzi. Demagogią jest mówienie, że od homoseksualizmu i adopcji dzieci przez te pary prowadzi prosta droga do pedofilii. To są bzdury. Widać to doskonale we Francji.

A my Polacy wrzucamy wszystko do jednego worka?

Wszystko mieszamy z zachowaniami kryminogennymi i patologicznymi, gdy człowiek przede wszystkim wyrządza krzywdę drugiemu człowiekowi. Wielką krzywdę robią często sami księża. W kościele, zamkniętych salkach, tam gdzie to jest najprostsze, gdzie można posłużyć się dzieckiem dla zaspokojenia swoich brudnych żądz.

Dlaczego właśnie w Kościele to się tak często zdarza?

Przez absurdalny celibat, którego przyczyny są czysto ekonomiczne. To pewien mechanizm wymyślony po to, by Kościół nie musiał się dzielić swoim majątkiem. Księża nie mogą zrealizować swoich potrzeb, swojego popędu, dlatego molestują dzieci. I to jest potworne, ponieważ wyrządzają im krzywdę na całe życie.

I rzadko w takich sytuacjach prawda wychodzi na jaw, a jeśli już wychodzi, to udajemy, że nas nie dotyczy?

Nie wiem jak to skomentować, że my na to pozwalamy. Ludzi razi dwóch całujących się albo trzymających za rękę mężczyzn. Dlaczego przeszkadza im widok zdrowych i szczęśliwych dzieci wychowywanych przez parę homoseksualną, a nie przeszkadza prawdziwa krzywda, o której nie chcemy nic wiedzieć?

Kontrast, o którym rozmawiamy, mówi sam za siebie. Jeżeli ludzie w tej dyskusji, która trwa, będą konfrontowani z takimi obrazami, to całe społeczeństwo zrozumie, dlaczego warto się opowiadać za tym, a nie za tamtym. Nie będą wybaczać księdzu wszystkiego tylko dlatego, że jest osobą duchowną. Nie widzę powodu.

Dziękuję za rozmowę.

Teczka osobowa

Z Krakowa do Warszawy

Jacek Poniedziałek urodził się 6 sierpnia 1965 roku w Krakowie. W 1990 roku ukończył tamtejszą Państwową Wyższą Szkołę Teatralną.

W latach 1990-1997 roku występował na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego oraz w Starym Teatrze w Krakowie. W 1999 roku zaczął pracować w warszawskim Teatrze Rozmaitości, od roku 2008 jest członkiem zespołu Nowego Teatru w Warszawie.

W 1993 roku otrzymał wyróżnienie za rolę Pedra Velsqueza w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” w Starym Teatrze w Krakowie na XVIII Opolskich Konfrontacjach Teatralnych. W plebiscycie Trendy ELLE (2005 r.) otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora.

Ma na swoim koncie udział w kilkunastu serialach m.in.: „M jak miłość”, „Magda M”, „Prawo Agaty”, „Na Wspólnej”. Grał też w filmach m.in.: „Moja Angelika”, „Przemiany”, „Trzeci”, „Boisko bezdomnych”.

W środowisku teatralnym mówi się o nim, że jest ulubionym aktorem Krzysztofa Warlikowskiego - reżysera, dzięki któremu zagrał w takich spektaklach jak „Anioły w Ameryce” w Teatrze Rozmaitości, czy „(A)pollonia” w Nowym Teatrze.

W roku 2005 jako jeden z pierwszych w polskim show-biznesie wyznał oficjalnie na łamach jednej z gazet, że jest gejem. W 2010 roku ukazała się jego książka „Wyjście z cienia”.