Szatańskie sztuczki z Fredry rodem

Grażyna Ostropolska 6 kwietnia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:18



Na brodnickim rynku diabeł ogonem kręci. Upodobał sobie dwie zabytkowe kamienice tuż przy farze, zamącił w głowach właścicielom i zamienił ich życie w piekło. Odnotowano też diabelski wpływ na urzędnicze decyzje, którym NSA zarzuca błędy i... brak logiki.


Sąsiedzki konflikt dwóch rodzin: Mrozowskich i Miturów szybko przeszedł w fazę nienawiści, procesów i złośliwych zachowań, którym sekundują mieszkańcy Brodnicy. Dają się w to wciągać, bo zwaśnione rodziny mają status znanych i zamożnych. Mrozowscy prowadzą popularną kwiaciarnię, a Miturowie - znaną lekarską przychodnię. Pech sprawił, że pracują obok siebie, a tym, co ich dzieli jest

niszczejący mur.

Mur ma lat prawie 200 i przynależy do kamienicy Mrozowskich. Nikomu nie wadził, dopóki go nowi sąsiedzi Mrozowskich, Miturowie, nie odsłonili. Dostali pozwolenie na zburzenie oraz odbudowę kupionego przez siebie XVIII-wiecznego budynku do wysokości parteru i... przeszarżowali.

„Inwestor rozebrał ścianki działowe parteru i częściowo ścianę szczytową konstrukcyjną parteru budynku, przyległą do sąsiedniej kamienicy, dokonując istotnych odstępstw od zatwierdzonego projektu” - orzekł powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Brodnicy i w 2008 r. wstrzymał prace. Miturowie tłumaczyli, że rozebrane ściany parteru były w złym stanie i przedstawili projekt zamienny, który inspektor zatwierdził. Zaprotestowali Mrozowscy. - Gołym okiem było widać, że samowolnie rozebrana ściana parteru ściśle przylegała do naszej kamienicy, a wybrane spod fundamentów kamienie i cegły osłabiły jej konstrukcję - wspominają Mrozowscy. Powiadomili PINB, że ich sąsiedzi nie zamierzają naprawiać zniszczeń, tylko w błyskawicznym tempie stawiają swoją ścianę i zasłaniają ubytki w ich murze. „To może grozić budowlaną katastrofą!”- ostrzegli.

„Nie stwierdzono bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia lub życia, co potwierdza fakt, iż przedmiotowa ściana bez jakiejkolwiek ingerencji stoi od chwili wstrzymania prac budowlanych do chwili obecnej” - zbagatelizował ostrzeżenie inspektor Witold Sosnowski. Mrozowscy zwrócili się więc do kujawsko-pomorskiego wojewódzkiego konserwatora zabytków w Toruniu o pozwolenie na uzupełnienie ubytków i otynkowanie odsłoniętej ściany, ale go nie dostali. „Jedną ze skutecznych form zabezpieczenia tej ściany jest jej osłonięcie przez ścianę na sąsiedniej posesji i pozostawienie szczeliny wentylacyjnej wedle historycznego rozwiązania” - zawyrokował konserwator Sambor Gawiński.

Innego zdania byli rzeczoznawcy budowlani. Jan Sokołowski dojrzał w pośpiesznie zasłanianym murze wybrzuszenia, zagrzybienie, spękania, odejścia od pionu, ubytki i orzekł, że zaproponowana przez konserwatora metoda doprowadzi

do katastrofy budowlanej,

bo postępujący proces destrukcyjny zniszczy cegłę i zaprawę, pozbawiając ścianę wytrzymałości. „Należy wystąpić niezwłocznie do PINB o wstrzymanie prac i nakazanie doprowadzenia ściany do należytego stanu technicznego, a w przypadku odmowy powiadomić prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zagrożenia bezpieczeństwa ludzi i mienia” - stwierdził. Mrozowscy tak zrobili, ale PINB nadal nie widział zagrożenia, zaś brodnicka prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa. Pisali skargi, zażalenia i dwa lata później (w 2010 r.) doczekali się powołania przez brodnicką policję biegłego sądowego. Jerzy Myszkowski zgodził się z wnioskiem pochodzącym z ekspertyzy swego poprzednika, Jana Sokołowskiego, według którego „postępujący proces destrukcyjny pozbawi ścianę wytrzymałości i nieuchronne doprowadzi do katastrofy budowlanej”.

Tym razem PINB nie neguje opinii biegłego i nakazuje skarżącym, czyli Mrozowskim, uzupełnienie ubytków, odgrzybienie i zabezpieczenie muru przed wilgocią, zaś konserwator zabytków wzywa ich do podania „programu planowanych prac z określeniem zakresu, materiałów, technologii i kolorystyki”.

- Zbyt późno dowiadujemy się, że konserwator nie ma do tego prawa i jest to

gra na zwłokę,

z której korzystają Miturowie - twierdzą Mrozowscy. Nie bez powodu, bo gdy oni podważają pozwolenie sąsiadów na odbudowę budynku („Ma być wyższy o 2 metry, a więc rozbudowany” - twierdzą) Miturowie (jako spółka C&M „Centromed”) dostają od starosty „decyzję o niezbędności wejścia” na działkę Mrozowskich w celu kontynuowania odbudowy i robią to... w asyście policji.

Zaczyna się urzędnicza kołomyja. Mrozowscy bezskutecznie skarżą się na niemożność naprawienia ściany, którą inwestor w błyskawicznym tempie zabudowuje. Zrozumienie znajdują dopiero w 2012 r. w NSA, który zauważa, że PINB naruszył prawo budowlane, bo zaniechał „wykonania ekspertyzy technicznej i nie odpowiedział na pytanie, jaka jest realna możliwość doprowadzenia obiektu skarżących do stanu niestwarzającego zagrożenia”. Pomijał też fakt, że do wypaczenia ściany Mrozowskich doszło w następstwie rozbiórki sąsiedniego budynku, gdyż oba obiekty miały do pewnego poziomu przylegające ściany oraz to, że naprawa ubytków była możliwa tylko do czasu zbudowania przez sąsiadów nowej ściany.

Sprawa wróciła do WSA w Bydgoszczy, który w listopadzie 2012 r. przyznał Mrozowskim rację, uchylił decyzje inspektorów nadzoru - powiatowego i wojewódzkiego - i nakazał im ponowne rozpoznanie sprawy.

- Stan na dziś jest taki, że choć nadal toczy się postępowanie w sprawie samowoli budowlanej, to Miturom już przyznano... decyzję na użytkowanie ekspresowo wybudowanego obiektu, w którym działa przychodnia - kwitują Mrozowscy.

- To niedopuszczalne! - twierdzi Zbigniew Gelzok, prezes stowarzyszenia Inicjatywa Obywatelska „Prawo każdego dnia”, które wspomaga Mrozowskich. Innego zdania jest Piotr Boiński, brodnicki starosta. - Zostało uchylone pozwolenie na budowę, ale ważne jest pozwolenie na użytkowanie, wydane przez PINB, a to

jakby wszystko legalizuje

- twierdzi Boiński.

- Starosta się myli! - wywodzi Zbigniew Gelzok, który ma odpowiedź ministra transportu i budownictwa na interpelację poselską Łukasza Zbonikowskiego w tej sprawie, a w niej stwierdzenie, że „inwestycja może zostać zakończona przez oddanie do użytkowania wyłącznie wtedy, gdy inwestor uzyska nową decyzję o pozwoleniu na budowę”.

Mrozowscy uważają wygrane wyroki (mają ich kilka) za pyrrusowe zwycięstwo, bo nadal żyją w domu zagrożonym katastrofą budowlaną, a sąsiedzi nie szczędzą im wątpliwych atrakcji. - W lutym zabili deskami tunel, stanowiący jedyny wyjazd z naszego podwórza, a to nie tylko utrudnia nam życie, ale wręcz mu zagraża - tłumaczą. Wspominają niedawny pożar, który strawił ich kwiaciarnię. - Sprawców nie ustalono. Co będzie, jak to się powtórzy, a my mamy odciętą drogę ewakuacji? - pytają. Pokazują notarialny zapis o służebności drogi, wiodącej przez bramę budynku sąsiadów do drogi publicznej i pisma, kierowane do urzędników, którzy wydali Miturom zgodę na remont tego tunelu. - Od kierownika robót usłyszałam, że te prace mogą potrwać nawet kilka lat, więc domagamy się by starosta uchylił decyzję, a w nowej wyznaczył czas wykonania robót oraz uwzględnił nasze prawo dostępu do drogi publicznej i bezpieczeństwo - tłumaczą. Starosta twierdzi, że Mrozowscy nie są stroną postępowania, bo Miturowie wycofali wniosek o remont elewacji ściany, graniczącej z ich działką i ograniczyli się do remontu frontu kamienicy oraz tunelu, więc wszelkie spory należy rozstrzygać w sądzie.

Izabella Czaja-Mitura nie wie, jak długo potrwa remont tunelu, a w sprawie konfliktu z Mrozowskimi nie ma sobie nic do zarzucenia. Sugeruje, że sąsiedzi lubią się sądzić. - Mam nagrania z kamery, na których widać, jak Mrozowska zastawia pojemnikiem na śmieci tylne drzwi przychodni - mówi i zastrzega, by nie cytować w tekście innych jej wypowiedzi, bo „adwokat zabronił rozmów z mediami”.

- To miejsce na śmietniki, 8 metrów kw., przekazaliśmy Miturom nieodpłatnie, ale oni woleli ustawiać je w wąskim tunelu, by utrudnić nam wyjazd - wyjaśnia Krystyna Mrozowska. Próbowała kiedyś dogadać się z sąsiadką, ale straciła do niej zaufanie, gdy pani doktor namówiła zaprzyjaźnionego psychiatrę Piotra M. z Torunia, by skierował Mrozowską na obserwację psychiatryczną i zwrócił się do wydziału komunikacji o

zabranie jej prawa jazdy.

Krystyna Mrozowska ma kopie doniesień, opatrzonych pieczątką tego psychiatry. Okręgowy Sąd Lekarski nie miał wątpliwości, że Piotr M., który nie badając stanu zdrowia Mrozowskiej i na skutek namowy innego lekarza, czyli Izabelli Czaj-Mitury, wystosował takie zawiadomienie do wydziału komunikacji w starostwie, naruszył Kodeks Etyki Lekarskiej i... ukarał go upomnieniem. Wyroki sądów rejonowego i okręgowego w Toruniu były dla psychiatry mniej łaskawe. „Pozwany sam wskazał, że działał na prośbę Izabelli Czaja-Mitura. To od tej osoby zaczerpnął w dużej mierze wiedzę i podstawy do skierowania pisma. Nie próbował nawet poczynić jakichkolwiek własnych ustaleń celem weryfikacji uzyskanych informacji. Zresztą brak było ku temu jakichkolwiek podstaw” - takie jest uzasadnienie wyroku SO w Toruniu z października ub.r., który zasądził od Piotra M. na rzecz Mrozowskiej 6 tys. zł odszkodowania. W sierpniu tej samej wysokości zadośćuczynienie wypłaciła pani Krystynie Izabella Czaja-Mitura wskutek ugody zawartej przed sądem karnym.

- I to był mój błąd, bo obawiałam się wtedy, że postępowanie karne zaszkodzi mi w obronie doktoratu - twierdzi lekarka.