Język niby ojczysty, a jakiś obcy

Piotr Schutta 2 kwietnia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:18



Kto z nas nie dostał pisma urzędowego, z którego można było zrozumieć połowę lub jeszcze mniej? Kto nie był świadkiem publicznej wypowiedzi polityka, mówiącego znanym tylko jemu żargonem, posługującego się nowomową?


Przykład pierwszy z brzegu. Minister środowiska Marcin Korolec odpowiada w „Trójce” na pytania, dotyczące nowych zasad segregacji śmieci. Nagle, w gąszczu słów powszechnie zrozumiałych pojawia się prawdziwa perełka.

- No, to już będzie zależało od implementacji tych przepisów - mówi wysoki rangą urzędnik, jakby nie wiedział, że przy odbiornikach siedzą miliony słuchaczy, dla których termin implementacja to mowa kosmity. Ale to nie wszystko. Później jest seria wymijających odpowiedzi i pod koniec rozmowy coś ekstra, dla koneserów. Dziennikarz pyta, co z tymi, którzy nie zdążą dostosować się do nowych przepisów w wyznaczonym terminie.

- Zrobią to natychmiast później - odpowiada błyskawicznie minister.

Co właściwie urzędnik miał na myśli?

Instrumenty niedorozwoju

Znany polski językoznawca Jerzy Bralczyk próbuje zrozumieć urzędników, którzy za wszelką cenę dążą do precyzji i pragną wszystko szczegółowo nazwać. Nie ukrywa jednak, że w efekcie powstaje język ezoteryczny, niedostępny zwykłemu śmiertelnikowi.

Fragment założeń do „Strategii rozwoju województwa kujawsko-pomorskiego”, opracowania, które powstało w Toruniu pod egidą marszałka Piotra Całbeckiego:

„Dążenie do doskonalenia procesu zarządzania województwem poprzez stworzenie nowoczesnego instrumentu zarządzania, jakim ma być strategia modernizacji regionu (&) Należy się także odnieść do procesu ewaluacji myślenia o kierunkach i uwarunkowaniach rozwoju naszego regionu w kontekście dotychczasowych dokumentów strategicznych”.

Dalej autorzy założeń wymieniają problemy naszego regionu i tu urzędnicza mowa staje się kompletnie zagadkowa: depopulacja, niedorozwój, kapitał ludzki.

Człowiek nieobeznany z tą terminologią, ale zatroskany sprawami lokalnymi, nie dowie się, w jakim kierunku marszałek i jego ludzie chcą rozwijać region. Nie dowie się niczego również ten, kto sięgnie po „Narodową strategię rozwoju kraju”. Mnóstwo w niej zwrotów typu: priorytety operacyjne, sektorowe programy operacyjne, uzupełnienie programu dla programów itp.

- Brak zrozumienia języka urzędników często oznacza wykluczenie społeczne, a niezrozumienie decyzji urzędowej rodzi brak zaufania do urzędu - mówiła w lutym tego roku dr Katarzyna Kłosińska przy okazji debaty w Pałacu Prezydenckim. Debatę zorganizowała Rada Języka Polskiego pod hasłem „Czy język urzędowy może być przyjazny obywatelom?”.

Językoznawcy są optymistami, ale sięgnijmy po pierwszy lepszy protokół z posiedzeń rady samorządu jakiegokolwiek polskiego miasta. I co?

Ludzie, których wybieramy po to, by dbali o miejsce, w którym żyjemy, mówią tak, jakby byli z innej planety. Samochód to dla nich pojazd samochodowy, pieniądze to środki materialne. Nie ma „dzisiaj”, jest za to w dniu dzisiejszym. Zamiast ulic, placów, parków jest przestrzeń publiczna, którą radni uwielbiają rewitalizować. Kochają oprócz tego: generować, uwrażliwiać, wdrażać kompleksowo, kierować zapytania. Mogliby po prostu pytać, ale nie, oni muszą kierować. W jednym z protokołów czytamy: „Radna poinformowała, że drogą elektroniczną skierowała do biura Rady Miasta pięć zapytań”.

Pokontrolny bełkot

Wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski jako pierwszy w Polsce odważył się powalczyć o polszczyznę swoich urzędników i zaczął od przeanalizowania dokumentów, które są tworzone w urzędzie.

Raport, który powstał w 2012 roku, był porażający: błędy ortograficzne, leksykalne, składniowe, nadużywanie niektórych wyrazów. Podjęto decyzję, że pracownicy urzędu będą wysyłani na kursy poprawnej polszczyzny.

- Wymaga się od zatrudnianych urzędników znajomości języków obcych, ale znajomości języka polskiego nikt nie wymaga - mówi Katarzyna Kłosińska, sekretarz Rady Języka Polskiego, znana, m.in., z radiowej „Trójki”, w której prowadzi program autorski „Co w mowie piszczy?”.

Niewątpliwie kursy języka polskiego mogłyby się przydać aktualnemu prezydentowi Bydgoszczy Rafałowi Bruskiemu, który w 2010 roku, wówczas jako wojewoda, oceniał pracę Rady Miasta i w tak zwanym protokole pokontrolnym napisał: „Przedstawiając powyższe ustalenia informuję Panią Przewodniczącą, że kontrolowaną działalność nie mogę ocenić jako całościowo pozytywną”.

Pomijając rażący błąd gramatyczny, trzeba przyznać, że niebanalny z pana wojewody był dyplomata. Po co pisać, że coś jest negatywne? Lepiej stwierdzić, że nie jest całościowo pozytywne. Jeszcze jeden cytat z tego unikatowego pisma: „Uchwały o odmownym załatwieniu skargi winny posiadać silnie wyeksponowane uzasadnienie faktyczne i prawne”.

Poza tym norma, w protokole znajdujemy bogaty zapis urzędniczego kodu: przedział czasowy, postulowane działanie, reżim czasowy, ocena odbiega od zadowalającej itp.

Prawdziwą skarbnicą językowych potworków są w ostatnich latach rozporządzenia i ustawy dotyczące służby zdrowia. W owych dokumentach nie ma na przykład lekarzy i pacjentów, są natomiast świadczeniobiorcy i świadczeniodawcy.

- Świadczeniobiorca funkcjonuje od paru lat i zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Dużo trudniejszą sprawą jest podmiot leczniczy - mówi Krzysztof Bukiel, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. - Ktoś postanowił bardzo szczegółowo to wszystko opisać i doszedł do absurdu. Ale to jest proces bez końca. Bo jeśli ustalimy na przykład, że szpital jest budynkiem, to teraz trzeba będzie szczegółowo opisać, jakim budynkiem. Kiedyś nie trzeba było wyjaśniać tego, co to jest przychodnia i czym się zajmuje lekarz. Dzisiaj opisuje się najdrobniejsze rzeczy.

Minister wyprowadza

Gdyby jeden z artykułów ustawy o działalności leczniczej oczyścić ze szczegółów, pozostałby taki oto szkielet zdania: (ustawa określa) podstawy instytucjonalno-proceduralne do stosowania rozporządzenia w sprawie stosowania systemów i rozporządzenia w sprawie wykonywania rozporządzenia.

Trudno się jednak dziwić, skoro sam minister zdrowia Bartosz Arłukowicz posługuje się tym pustosłowiem, a na pytania o konkret odpowiada choćby tak: „Wyprowadzenie wyceny świadczeń poza obszar płatnika”.

Całkiem nowe pole, na którym wyrastają językowe kwiatki powstało dzięki Unii Europejskiej. Językoznawcy nazywają je „brukselizmami”. Przykłady: mikroekonomiczne ramy gospodarki, konkurencyjność systemowa, działania deregulacyjne, kapitał ludzki, system instytucjonalno-regulacyjny.

Język urzędowy

Uprasza się beneficjenta...

Język urzędowy to taki, który otrzymał wyjątkowy status prawny na terenie państwa lub regionu.

Jedną z odmian języka urzędowego jest język kancelaryjny, który stanowi specyficzną formę nowomowy, opartej na wyrażeniach prawniczych.

Język urzędniczy cechują formy bezosobowe („uprasza się”), kalki z języków obcych, wielokrotnie złożone zdania, rzeczowniki odczasownikowe (wydanie decyzji), pojęcia abstrakcyjne i szablonowe teksty, w których nie ma konkretu.

W 2012 r. Uniwersytet Wrocławski udostępnił na swojej stronie aplikację FOG-PL, która umożliwia ocenę przystępności tekstu dla odbiorcy. Mówiąc najkrócej, jest to wzór matematyczny, który pozwala obliczyć, ile lat musimy się uczyć, by zrozumieć określony tekst.

Przystąpienie Polski do UE stało się źródłem nowych kłopotów w sferze językowej. Potwierdzi to każdy, kto starał się o dotację z unijnego funduszu. Osoba niezorientowana nie ma szans na poprawne wypisanie wniosku o pieniądze. Same hasła, których pełno jest w formularzach, zniechęcają do działania: beneficjent, aplikacja, operacyjny, kapitał ludzki.