Po co mamy zjadać tę żabę?

Przemysław Łuczak 26 marca 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:18


Rozmowa z GRAŻYNĄ MAGDZIAK, minister skarbu w gabinecie cieni Business Centre Club.

Czy rządowy projekt „Inwestycje polskie” może być skutecznym lekarstwem na kryzys?

Tak, ponieważ wspierane przez rząd inwestycje mogą zapewnić naszej gospodarce łagodniejsze przejście przez kryzys. Jeżeli jednak ma się to odbywać poprzez spółkę Polskie Inwestycje Rozwojowe, to można mieć wątpliwości. Tworzy się bowiem nową strukturę, która po trosze zaczyna już żyć własnym życiem, chociaż na razie nie robi nic pożytecznego. Zwłaszcza że istnieją już takie instytucje jak Bank Gospodarstwa Krajowego czy Polska Agencja Rozwoju Przemysłu, za pośrednictwem których można przekazać pieniądze na cele inwestycyjne.

Jakie przedsięwzięcia ma wspierać ta spółka?

W istocie mamy do czynienia z dwoma problemami - jakie programy spółka powinna finansować oraz skąd wziąć na nie pieniądze. I zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku, ewolucja poglądów premiera Tuska, ministra skarbu Budzanowskiego i innych osób, które tym się zajmują, jest niebywała. W październiku premier mówił o strategicznych inwestycjach. Natomiast pod koniec roku była już mowa o inwestycjach samorządowych, istotnych dla rozwoju gospodarki. Trudno jednak uznać je za takie, ponieważ wiemy, jak samorządy najpierw wydawały pieniądze na różne parki, sale koncertowe czy sportowe i inne mało potrzebne rzeczy, a potem zabrakło im na przykład na wodociągi. A poza tym nie są to inwestycje o znaczeniu strategicznym dla kraju. Dzisiaj czytam, że ma to być energetyka, ale też, że w ramach projektu „Inwestycje polskie” ma być finansowane lotnisko pod Kielcami. Mogę więc przypuszczać, że pomysł wspierania tą drogą inwestycji samorządowych nie do końca został zaniechany.

Co należy rozumieć pod pojęciem inwestycji strategicznych?

Nie wiemy jeszcze, czy będą to inwestycje na przykład w łupki, energetykę, dokończenie budowy autostrad, koleje dużych prędkości albo rozbudowę Internetu, na co będzie potrzeba więcej niż kilkadziesiąt miliardów złotych. Pewne jest natomiast, że pieniądze, które znajdą się w „Inwestycjach polskich”, będą stosunkowo niewielkie z punktu widzenia tych wielkich przedsięwzięć. Taka kropla w morzu potrzeb. I jeśli te pieniądze rzeczywiście mają iść na takie cele, to muszą być bardzo rozsądnie wydawane, a na razie panuje tutaj olbrzymi chaos. Dlatego o wyborze konkretnych przedsięwzięć musi decydować wynikająca z nich ogromna korzyść dla kraju, liczona w oparciu o kompleksowy rachunek ekonomiczny.

Jest chyba też za dużo pomysłów, dotyczących finansowania...

Pomysł wiceministra skarbu Tamborskiego jest taki, że PIR będą takim cacuszkiem funduszu inwestycyjnego, które trafi na giełdę. Ale żeby dobrze tę spółkę sprzedać, musiałaby ona inwestować w bardzo rentowne przedsięwzięcia, czyli znowu nie w te strategiczne, bo te mają długi czas realizacji i wysoki poziom ryzyka. Taki program powinien być uzgadniany z Ministerstwem Gospodarki, które odpowiada całościowo za politykę gospodarczą. Tymczasem dziś o tym mówi głównie minister skarbu, który tak naprawdę jest tylko swego rodzaju księgowym, zarządzającym aktywami finansowymi (akcjami) należącymi do państwa, albo je sprzedającym, a współpraca merytoryczna między tymi resortami kuleje.



Skąd pieniądze na te inwestycje?

Najpierw premier rzucił, że na początek zostanie tam ulokowanych 10 miliardów złotych, które poprzez finansowanie dłużne zamienią się w 40 miliardów złotych. Pieniądze te miały jednak zostać przekazane w akcjach spółek, które nie będą prywatyzowane, ale pod które można by było zaciągać kredyty. Później okazało się, że zasilanie programu będzie powiązane z procesem kończenia prywatyzacji, co ma nastąpić w 2014 roku. Cel zacny i sama kibicuję, żeby ta diabelna prywatyzacja już się skończyła. Do spółki wprowadzane byłyby akcje firm państwowych, a pieniądze na finansowanie wybranych przedsięwzięć pozyskiwano by nie z kredytów, lecz ze sprzedaży ich akcji. Jeżeli jednak miałyby to być akcje takich spółek jak KGHM czy PKO BP, to nie opowiadajmy, że jest to sposób na zakończenie prywatyzacji, bo z ich sprzedażą nie ma najmniejszego problemu. Natomiast problemem jest ponad dwieście innych spółek, których nikt nie chce kupić, oraz pewnie jeszcze z 400 pakietów mniejszościowych w innych spółkach, które są już częściowo sprywatyzowane. W ich przypadku trzeba niebywałej zręczności, żeby skłonić tego, który ma pakiet strategiczny, do kupna reszty. I zwykle bierze ją po haniebnie niskich cenach. Niedawno pojawiła się jeszcze jedna koncepcja. Pieniądze dla PIR miałyby pochodzić z części akcji dużych spółek i ich sprzedaży na giełdzie. Chodzi m.in. o PGE i Energę. Jednocześnie jednak mówi się, że PIR zajmować się będą głównie energetyką. Może być więc tak, że np. Energa, potrzebująca kapitału na swoją infrastrukturę, przeprowadzi podwyższenie kapitału, przekaże część akcji do PIR, które je sprzedadzą, a potem otrzyma od nich część kapitału na swoje inwestycje. PIR wesprze je więc kasą zabraną wcześniej z... Energi. Pytanie, po co w ogóle w tej sytuacji mamy zjadać tę żabę? Chyba tylko po to, żeby ludzie w PIR dobrze funkcjonowali, a mają być świetnie opłacani.

Dostrzega Pani koniec prywatyzacji w naszym kraju?

Skoro minister skarbu mówi, że zakończy ją w 2014 roku, pewnie jest to realne. Skarb państwa ma trzy rodzaje aktywów. Po pierwsze, pakiety strategiczne KGHM, PGNiG i tym podobnych, z którymi nie ma żadnych problemów, a które po zakończeniu prywatyzacji i likwidacji Ministerstwa Skarbu, mogą trafić do resortu gospodarki albo finansów. Tam znajdą się także aktywa zarządów portów morskich i akcje operatora gazowego czy paliwowego, które nie będą prywatyzowane, bo mają strategiczne znaczenie dla państwa. Drugi rodzaj aktywów stanowią resztówki w różnych spółkach, wynoszące od 5 do 49 proc. akcji. W spółkach tych jest już jakiś właściciel i nikt inny tam nie wejdzie. Jest jeszcze trzeci rodzaj firm - spółki z dużymi problemami prawnymi, niemające żadnej dochodowej działalności, tylko „żyjące” z wynajmowania powierzchni obiektów, jakie posiadają lub też mające bardzo duży majątek niewykorzystywany w działalności operacyjnej, jak np. w przypadku PKS Warszawa Zachodnia, gdzie ziemia jest więcej warta niż cała firma. Pytanie, czy ma to kupić deweloper, czy ktoś, kto zajmuje się przewozem osób? Jeden nie chce płacić podatku za ziemię, bo nie jest mu potrzebna, a drugi chciałby pobudować tam obiekt usługowy, ale nie chce szarpać się z mało dochodowym transportem osobowym. Sprzedaż akcji drugiego i trzeciego rodzaju akcji będzie bardzo trudna.

Jakie firmy powinny pozostać w ręku państwa?

Przede wszystkim spółki uznawane za strategiczne, które mają wielki wpływ na szeroko rozumianą infrastrukturę kraju, a więc gazową, paliwową, kolejową czy medialną. Państwo powinno też posiadać pakiety akcji w takich spółkach jak KGHM, PKN Orlen, PKO BP i dużych spółkach energetycznych, pozwalające mu zachować decydującą rolę w sytuacjach zagrażających jego żywotnym interesom. Nie powinno jednak mieć wpływu na zarządzanie spółkami, w których ma udziały, bo jest bardzo złym właścicielem.

Minister skarbu zamierza wprowadzić 30-procentowy parytet płci w spółkach państwowych. Niektórzy bardzo go krytykują...

Sama jestem kobietą i mam kompetencje bardzo przydatne nie tylko w prowadzeniu mojej firmy, lecz choćby także w BCC. Uważam, że kobiety bardzo dobrze sprawdzają się w biznesie, są również bardzo pracowite. Z drugiej strony, bardzo rzadko otrzymują one propozycję obejmowania wysokich stanowisk. Dlatego jestem zwolenniczką wprowadzenia parytetu nie tylko w spółkach skarbu państwa. Zawsze, oczywiście, może się okazać, że awans kobiety był chybiony, ale przecież już tak wielu mężczyzn nieudaczników przewinęło się na ważnych stanowiskach, że nie widzę żadnego ryzyka. A na pewno sprzyjałoby to rozwojowi aktywności kobiet w biznesie. Panie bowiem, będące dobrymi specjalistkami i menedżerami, w dalszym ciągu nie zawsze są dostrzegane jako kandydatki do zarządzania, najpierw mówi się o mężczyznach.

Czy strefy ekonomiczne powinny zniknąć? Niektóre firmy korzystają z ulg, ale gdy pojawiają się kłopoty, zwijają interes.

Takich sytuacji nie jesteśmy w stanie zupełnie uniknąć. To zależy przede wszystkim od zapisów w umowach podpisywanych przez strefy z firmami. Jeżeli są one dobrze przygotowane, ucieczka ze stref nie powinna być częstym procederem. Strefy zrobiły wiele dobrego i jeśli istnieje taka możliwość, powinny dalej działać. Ale pod warunkiem ograniczenia różnych negatywnych sytuacji, poprzez zapisy prawne i weryfikację inwestorów. 
Napisz do autora: p.luczak@expressmedia.pl

Teczka osobowa

Biznes przede wszystkim, ogród i sport

Grażyna Magdziak, dr nauk ekonomiczno-rolniczych, jest prezesem firmy doradztwa korporacyjnego BAA Polska. Firma istnieje od 1990 r. i zajmuje się m.in. obsługą przedsięwzięć rozwojowych, modernizacyjnych i prywatyzacyjnych. Jest ministrem skarbu i prywatyzacji w Gospodarczym Gabinecie Cieni BCC. Jedna z współzałożycielek Business Centre Club, jest ekspertem BCC ds. restrukturyzacji firm i prywatyzacji.

Jej pasją jest biznes. W wolnym czasie zajmuje się ogrodem, jeździ na nartach, uprawia żeglarstwo i pływanie oraz ćwiczy w siłowni.