Polska wojna o jeziora

Jacek Kiełpiński 25 marca 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:18




Co jest największą wartością demokracji? Święte prawo własności, którego widomym znakiem są zapisy w księgach wieczystych. Czyżby? Prywatni właściciele wód właśnie przestają w to wierzyć. Tracą majątki życia, walczą zawzięcie w sądach, boją się.

- Komuna mnie lepiej potraktowała niż dzisiejsza demokracja - powiedział w sądzie 96-letni Jan Skowroński, któremu odebrano bez odszkodowania należącą do niego część Jeziora Chalińskiego koło Mokowa (powiat lipnowski). Jego historia godna jest reportażu telewizyjnego. Ale pewnie taki nie powstanie, bo sprawa polskich jezior należy do niszowych. Widzowie wolą mniej skomplikowane tematy...

Fala spóźnionej nacjonalizacji

Podczas ostatniej rozprawy starszego pana reprezentował kuzyn, Stanisław Chrzanowski. Jan Skowroński nie był w stanie przybyć osobiście.

- Jan miał gospodarstwo na terenie obecnego Zalewu Włocławskiego - tłumaczy Stanisław Chrzanowski. - Gdy stawiano zaporę we Włocławku, wywłaszczono go. Za odszkodowanie kupił w 1968 roku gospodarstwo w Mokowie i część pobliskiego jeziora. Płacił podatki, wierzył w księgę wieczystą, był pewien, że tak to się nie może skończyć. A dobił go prawnik reprezentujący Kujawsko-Pomorski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych, który wnosił o obciążenie go kosztami postępowania sadowego, bo, jak zauważył: pozwany mógł od razu oddać swoją własność. To się nam w głowach nie mieści. Na szczęście sąd był bardziej łaskawy i od tego odstąpił.



Wyjątkowy przypadek? Ależ skąd, raczej standard. Właśnie narasta fala spóźnionej o 50 lat nacjonalizacji. Państwo polskie przypomniało sobie o zapisach ustawy Prawo wodne z 1962 roku, w której mowa o tym, że wody płynące należą do skarbu państwa. Ogólnopolska akcja jeziorna rozpoczęła się w 2007 roku, gdy weszła w życie ustawa o ujawnieniu w księgach wieczystych prawa własności nieruchomości skarbu państwa oraz jednostek samorządu terytorialnego.

Temat jest niezwykle skomplikowany. Dość powiedzieć, że jeziora według nauki zajmującej się nimi, czyli hydrologii, należą do wód stojących. Ale tak by było za prosto... Prawo wodne dzieli je na stojące i przepływowe. Właśnie te drugie mają wrócić do państwa. Problem w tym, jak ustalić, czy wody danego jeziora są stojące czy przepływowe, gdy wypływa z nich ledwie strumyk i to tylko po wiosennych roztopach? Albo gdy zdarza się to tylko po wyjątkowej zimie, raz na pięć lat? Komplikujmy dalej. Prawo wodne z 2001 roku uznaje za wody płynące jeziora, których odpływ i dopływ są pochodzenia naturalnego. A co, jeśli kanał wykopano przed wiekami i tak obrósł, że przypomina dziś naturalną rzeczkę?

- To obłęd - ocenia krótko Krzysztof Stucki, mieszkający nad jeziorem Deczno koło Świecia, które należy do jego rodziny od dwudziestolecia międzywojennego. - Oni, czyli starostwo powiatowe w Świeciu, nie nazywają tego wywłaszczeniem, bo wtedy konstytucja nakazuje odszkodowanie, tylko „przejściem” do zasobów skarbu państwa.




Gdy jezioro stoi i płynie zarazem

Gospodarz rozwija mapę geodezyjną.

- Proszę spojrzeć na ten dokument. Na mojej części jeziora wpisano „wp”, czyli wody płynące, a na części sprzedanej przez ojca jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku gminie pod ośrodek wypoczynkowy - „ws”, czyli wody stojące. I na tej podstawie chcą mi teraz moją część jeziora zabrać.

Krzysztof Stucki pokazuje rów - prosty jak strzelił, co świadczy o tym, że został przed laty wykopany - którym wiosną i po intensywnych opadach nadmiar wody uchodzi do Wdy.

- Przez większą część roku nic tędy nie płynie - zapewnia. - A dopływu nikt się nie może dopatrzeć, bo go nie ma. To jakie to jezioro przepływowe?

Toruńskich hydrologów z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika szczególnie bawią właśnie zapisy „wp” i „ws” na różnych częściach jednego jeziora.

- To jawne absurdy - przyznaje prof. Włodzimierz Marszelewski, szef katedry hydrologii. - Jakiś urzędnik kiedyś coś takiego wpisał, a do dziś się to, nie wiadomo czemu, honoruje. Ten cały prowadzony na szeroką skalę proces ujawnia, po pierwsze, polskie piekiełko, zawiść, zazdrość. Obywatele przestają wierzyć w prawo... Nie rozumiem pojęcia „wody strategiczne” w odniesieniu do jeziorek w górnej części zlewni, a za takie biorą się urzędnicy i wykazują przy tym niezwykłą determinację. I, naprawdę, nie wiem, o co tu chodzi.

Za doskonały przykład naukowiec uznaje jezioro Strzemiuszczek na Pojezierzu Brodnickim. Zdaniem Kujawsko-Pomorskiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych, jest to jezioro przepływowe. Sąd powołał biegłego, Zygmunta Babińskiego z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, który orzekł, że wody Strzemiuszczka są stojące. Właściciel też powołał biegłych, właśnie toruńskich hydrologów, którzy po badaniach geologicznych struktury kanału odprowadzającego okresowo nadmiar wody do rzeki Skarlanki, orzekli to samo. Jednak...

Czyszczenie stajni Augiasza

- Strzemiuszczek nie jest wodą stojącą, to bzdura - orzeka szefowa toruńskiego oddziału K-PZMiUW, Anna Bielska, która stanowczo odrzuca ekspertyzy hydrologów. - Też mam wykształcenie hydrologiczne i zdrowy rozsądek. Hydrolodzy naukowcy mają tylko swoje spojrzenie, ale nie są namaszczeni. Zostaliśmy zobowiązani przez marszałka województwa do regulacji stanu prawnego, więc to wykonujemy. To czyszczenie stajni Augiasza, proszę mi wierzyć. Nam chodzi o interes społeczny, by wszyscy mieli dostęp do jezior. Dziś właściciele prywatni mogą jeziora ogrodzić i dostępu nie będzie. Strzemiuszczek jest jeziorem przepływowym choćby z tego powodu, że połączone z nim jezioro Retno takim jest.

Bawi to stwierdzenie zarówno hydrologów, jak i prawnika z Rzeszowa, Jakuba Sznajdera, zajmującego się sprawą przejmowania przez państwo jezior, zarówno praktycznie - doradzając właścicielom, jak i naukowo.

- W sprawie Strzemiuszczka, tak jak w przypadkach wielu innych jezior, wydano jeszcze jedną ekspertyzę. Jej autorem jest Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej, który wygrał przetarg na te prace. Kryterium była zapewne cena, bo ekspertyzy kosztowały po 2 tysiące złotych i wykonywano je zza biurka - tłumaczy Jakub Sznajder. - Tu też jakiś urzędnik kiedyś wpisał w papierach, że Retno jest „wp” i na jego rzekomą przepływowość się powołano w ekspertyzie. Właściciel Strzemiuszczka jednak dysponuje materiałami archiwalnymi, świadczącymi o sztucznym pochodzeniu jeziora, które zostało podpiętrzone, a dopływy do niego przekopane. Wierzę, że w tym akurat przypadku właścicielowi uda się sprawę wygrać. W większości innych, właściciele skazani są jednak na porażkę.

Taki los spotkał Stanisława Kołatę, byłego już właściciela 16-hektarowego jeziora Stacinko na Kaszubach. To on próbował w proteście przeciwko odebraniu mu majątku życia, bo zainwestował miliony w jezioro i obiekt rekreacyjny, podpalić się przed domem premiera Tuska w Sopocie.

- Pan Stanisław zadarł z letnikami, mającymi domki nad jego jeziorem - wspomina Jakub Sznajder. - Choć jezioro jest ewidentnie bezodpływowe, udowodniano w sądzie, że jest inaczej. Zabrano mu nie tylko jezioro, ale i trzy hektary przyległej łąki. Co ciekawe, na wszystko była hipoteka. Państwo odebrało nieruchomość obciążoną! Gdyby teraz przestał płacić raty kredytu, bank to jezioro może sprzedać. To potwornie skomplikowane.

Hydrolodzy z UMK zwracają uwagę na obłudę tłumaczenia urzędników, reprezentujących służby marszałka, jakoby cała operacja odbierania jezior służyła dobru publicznemu.

Grodzenie to inny problem

- Wmawia się społeczeństwu, co słyszymy choćby z ust pani Bielskiej z toruńskiego oddziału K-PZMiUW podczas każdej rozprawy sądowej, że właściciele grodzą jeziora, a chodzi o to, by ludzie mieli do nich dostęp - przypomina prof. Marszelewski. - Grodzenie do samej wody to zupełnie inny problem. Robią to często właściciele działek położonych nad jeziorami i jest to faktycznie karygodne, bo sprzeczne z prawem, ale tych spraw nie należy łączyć z własnością jezior - to wprowadza niepotrzebne zamieszanie i zaciemnia sprawę.

O co więc chodzi organom różnych szczebli, prowadzącym kontrowersyjną akcję, narażającą władze tego państwa na przykre skojarzenia z komuną?

Hydrolodzy będący biegłymi sądowymi odpowiadają wprost: nie wiemy, nie rozumiemy tego. Radosław Judycki, założyciel zrzeszającego członków z całej Polski stowarzyszenia „Nasze Jeziora”, twierdzi, że chodzi o szukanie środków na zapchanie dziury budżetowej. - Najpierw odbiorą, a potem zaczną sprzedawać i wydzierżawiać za duże pieniądze - podpowiada.

Urzędnicy zapewniają, że odzyskane jeziora Regionalne Zarządy Gospodarki Wodnej będą wydzierżawiać przedsiębiorstwom rybackim - taki scenariusz rysuje Anna Bielska z K-PZMiUW, która przypomina zarazem, że jest tylko wykonawcą zadania powierzonego przez ustawodawcę.

Pojawiają się też sugestie, że chodzi o skuteczność wykorzystania funduszy unijnych, bo państwo nie dostanie ich na projekty, realizowane na nieswoich działkach. Z tego powodu realizacja wielu z nich ma być zagrożona.

Czyli, ciągle tylko domysły, domysły, domysły...

By urzędnicy o nich zapomnieli...

Jedno jest pewne, bałagan robi się na polskich wodach niesamowity. Wielu zauważa, że pozbawianie jezior gospodarzy, dbających przez lata o zarybienie i czystość, dobrze im nie wróży. Wiadomo też, że cały proces dopiero się rozkręca i o jeziorach będzie coraz głośniej. Krążą plotki o kluczu, według którego jeziora będą odbierane. Zbierając materiały do tej publikacji, dotarłem do właścicieli jezior, którzy boją się wezwań do sądu i na rozprawy administracyjne do starostwa powiatowego (bo sprawy te prowadzone są dwutorowo) i wolą nie ujawniać się w prasie, by urzędnicy o nich sobie nie przypomnieli.

A czy coś może ten proces powstrzymać? Są takie sygnały. Niektórzy wręcz zauważają, że państwa nie stać na odebranie jezior. Dobrym przykładem jest jezioro Kuchnia pod Grudziądzem, do którego wpływa rzeka Gardęga. Cały proces został zatrzymany z prozaicznego powodu - kosztu rozdzielenia jeziora od sąsiedniego terenu, z którym dziś stanowi jedną działkę.

- Przecież ja tego robić nie będę, bo to mnie chcą zabrać jezioro - przypomina współwłaściciel Kuchni, Andrzej Malinowski. - Koszt prac geodezyjnych, ustalenia linii brzegowej dla tak dużego akwenu jest faktycznie ogromny. Państwo nie chce dać odszkodowania i jeszcze kręci nosem, że zabierając cudzą własność musi ponieść koszta. Ciekawe...

Fakty
fakty

Polskie podejście do własności jezior

1922 rok. Dla ustalenia własności jeziora nie miało znaczenia, czy jest ono uważane za wodę stojącą, czy płynącą. Każde jezioro mogło być prywatne.

1962 rok. W ustawie zdefiniowano i przejęto na rzecz skarbu państwa jeziora, do których wpływają lub z których wypływają cieki stałe. Jeziora te nawano wodami płynącymi.

1974 rok. W ustawie uznano jeziora za wody płynące bez względu na rodzaj cieku, dopływającego lub odpływającego z jeziora.

2001 rok. Za wody płynące uznano jeziora, których dopływy i odpływy są pochodzenia naturalnego. (Informacje pochodzą z pracy naukowej „Definicje i ewolucja pojęć „wody płynącej i stojącej” w kontekście właśności jezior w Polsce” autorstwa Katarzyny Kubiak-Wójcickiej i Michała Marszelewskiego, opublikowanej w Limnological Reviev, grudzień 2012).
Jezioro traci się bardzo prosto

Jakub Sznajder, prawnik, pracownik Uniwersytetu Rzeszowskiego. Monitoruje kilkadziesiąt spraw, dotyczących własności jezior w całym kraju.

Polska konstytucja stanowi, że wywłaszczenie jest możliwe jedynie na cele publiczne i za słusznym odszkodowaniem. Prawo unijne mówi, że wody płynące to rzeki, a stojące to jeziora. Ratyfikowana przez Polskę konwencja o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności chroni własność prywatną. Tyle teorii, a w praktyce&

W 1971 roku Sąd Najwyższy stwierdził, że w ustawie Prawo wodne z 1962 roku dokonano nacjonalizacji gruntów pokrytych wodami płynącymi, w tym i jezior. Na próżno jednak szukać w tej ustawie przepisów nacjonalizacyjnych. Ustawowa definicja wód płynących jest wręcz rozbrajająco nieprecyzyjna, co ciekawe, obecnie nawet inna niż w 1962 roku. Nie mamy w Polsce również systemu prawa, opierającego się na precedensie sądowym. Nie przeszkadza to jednak organom państwa, by do dziś bezkrytycznie powtarzać orzeczenie Sądu Najwyższego z 1971 roku, tak jakby w 1989 roku w Polsce nie zmienił się ustrój&

Jezioro traci się bardzo prosto. W skrócie wygląda to tak: marszałek województwa pozywa właściciela przed sądem cywilnym i sąd prostuje treść księgi wieczystej - wykreśla właściciela i na jego miejsce wpisuje skarb państwa, wychodząc z założenia, że od 1962 roku powinien tam figurować. Starosta powiatu wydaje kilka decyzji administracyjnych, m.in. wytycza linię brzegową jeziora, przenosi grunt pod wodą do zasobu nieruchomości skarbu państwa, a wodę oddaje w zarząd marszałkowi. RZGW ustanawia na jeziorze obwód rybacki i oddaje go w dzierżawę. Koniec. Właściciel ma na pamiątkę: akt własności, faktury za zarybienia i utrzymanie jeziora, musi zapłacić koszty sądowe - nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych i - co najlepsze - nie dostaje absolutnie żadnego odszkodowania! W 2001 roku przyjęto jednostronicową ustawę, która przewiduje dla właścicieli rekompensaty, przyznawane na podstawie odrębnych przepisów, ale ich nigdy nie uchwalono&

Nie ulega wątpliwości, iż cele stawiane przez państwo w dziedzinie gospodarowania wodami są słuszne - zaopatrzenie ludności w czystą wodę, ochrona przed suszą, przed powodzią, ochrona ekosystemów, itd. Gorzej z narzędziami prawnymi, które państwo wykorzystuje do realizacji swoich celów. Ani to zgodne z prawem międzynarodowym, ani z unijnym, ani z konstytucją.

Napisz do autora: j.kielpinski@expressmedia.pl








Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 04-11-2016 08:50

    Oceniono 7 razy 2 5

    - walter: Wszystkie wody należą do państwa, czyli do nas wszystkich prywata się skończyła.Najlepiej ogrodzić lasy,jeziora-bo moje!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

    1. 28-09-2016 18:35

      Oceniono 2 razy 0 2

      - Mirek: Czy RZGW może objąć jezioro obwodem rybackim i oddać w użytkowanie do celów rybackich osobom trzecim, jeżeli ja jestem właścicielem w księdze wieczystej. Dodam, że jezioro to zaliczane jest wg. ustawy Prawo Wodne do jezior przepływowych - wody płynące. Jeszcze w 1993 r. mam wypis z rejestru gruntów, gdzie mowa o wodach stojących tego jeziora : symbol" Ws". Obecnie mam aktualny wypis z rejestru gruntów i już mowa o wodach płynących, symbol "Wp". W aktualnej Księdze Wieczystej dodam, że ja jestem właścicielem - nie Skarb Państwa. Ukazał się jednak nowy zapis, że jestem właścicielem gruntów pod wodami płynącymi a jeszcze w 2000 r. w odpisie z księgi wieczystej w rubryce sposób korzystania jest wpisane "jezioro". Wg. prawa Unijnego, naszej Konstytucji, Ustawy Kodeks Cywilny ja jestem właścicielem gruntów i wody. Co mam zrobić? Te dwie Ustawy działają na moja korzyć, a może i trzy Ustawy - jedna zaś Prawo Wodne kontruje. Uczyli mnie w szkole, że zawsze wybiera się Ustawę, która działa na moją korzyść, w przypadku, gdy oba nawzajem sie wykluczają ... .

      Pokaż odpowiedzi (3) Odpowiedz

      1. 26-03-2013 08:49

        Oceniono 2 razy 2 0

        - 18 28 POLAND: KOMUCHO-SYJONISCI NIEDŁUGO WYPĘDZÄ„ POLAKÓW POZA NASZE GRANICE TO ICH TALMUDYCZNE ZPREMEDYTACJÄ„ CELOWE DZIAŁANIE

        Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz