Okno na sznurek, drzwi donikąd

Krzysztof Błażejewski 18 marca 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:19



Domy ogrzewane co drugi dzień, błądzące prądy w podłodze, balkon bez wiodących na niego drzwi, samoistnie włączające się światło i drzwi prowadzące w próżnię to nie fantazje, tylko budowlana rzeczywistość PRL-u na Kujawach i Pomorzu.


Oglądając popularny telewizyjny serial „Alternatywy 4” trudno dziś uwierzyć, że większość scen inspirowało życie. Absurdalnych sytuacji, jak te pokazane w filmie, lokatorzy nowych mieszkań w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej przeżywali wiele.

Gospodarka nakazowo-rozdzielcza ignorowała racjonalność ekonomiczną. Na pierwszym miejscu stawiano propagandowe sukcesy. Dlatego często niekompletnie wyposażone w maszyny i urządzenia zakłady rozpoczynały produkcję, będąc zobowiązanymi do wykonania wyznaczonego planu. Ów plan należało zrealizować za wszelką cenę. Najłatwiej było obniżać jakość. Właśnie sprawa jakości finalnych produktów nie odgrywała w przypadkach ratowania prestiżu władzy żadnej roli. Inwestycje oddawano w terminie, z okazji świąt, a - bywało - następnego dnia zamykano nowo otwarty wiadukt czy odcinek drogi, aby go dokończyć po terminie albo od razu usuwać niedoróbki i partactwa.

W socjalizmie stało się to powszechną normą, najlepiej widoczną w budownictwie. Obrazek siedzących pod dźwigiem robotników w drelichach, popijających piwo, i całkowity bezruch na ważnej budowie stały się nieodłączną częścią PRL-owskiego pejzażu.

W 1958 roku jedną z największych inwestycji w regionie był szpital miejski we Włocławku. Jego budowa opóźniła się z powodu braku cegieł odpowiedniej jakości. Miejska cegielnia nie potrafiła wyprodukować ani jednej dobrej cegły. Trzeba było szukać innej cegielni.

Kapuściska, jedno z pierwszych wielkich powojennych osiedli bydgoskich, praktycznie od razu musiały zmagać się z brakiem wody, zwłaszcza na górnych kondygnacjach budynków. Z planowanej budowy wieży ciśnień zrezygnowano. Zastąpił ją tymczasowy wodociąg z własnym ujęciem. W 1963 roku woda całkowicie przestała docierać na najwyższe, trzecie piętra, w 1964 - nawet na drugie. Rozgoryczenie lokatorów było tym większe, że pralnie zaprojektowano na strychach, więc nie działały od początku. W dodatku na całym osiedlu nie było ani jednej studni ze zwykłą pompą.

W 1963 roku oddano w Bydgoszczy do użytku wieżowiec przy ul. Niemcewicza. „O brakach, jakie zastali w swoich mieszkaniach „szczęśliwi” lokatorzy, napisać by można sporo” - twierdził „Ilustrowany Kurier Polski”. Jak można się dowiedzieć z gazety, windy uruchomiono dopiero wówczas, gdy wprowadzili się już wszyscy lokatorzy, także ci z najwyższych pięter. Jeździły przez kilkanaście godzin, potem stanęły. Przez długie miesiące raz działały, raz nie. Pierwszej zimy nastąpiła awaria kaloryferów. Kiedy ciepła woda znów popłynęła, okazało się, że w wielu mieszkaniach kaloryfery zapowietrzyły się i pozostają nadal zimne.

Ciepła woda na niedzielę

W tym samym roku na bydgoskim Błoniu co jakiś czas zamiast ciepłej wody z kranów płynęła zimna. Dyrektor Miejskiego Zarządu Budynków Mieszkalnych przyznał, że - zgodnie z zarządzeniem ministerstwa - chciał zaoszczędzić trochę węgla. Po interwencji Miejskiej Rady Narodowej podjęło decyzję, by jednak ciepła woda była dostępna codziennie.

Budynek przy ul. Pestalozziego 4 był gotowy 30 czerwca 1963 roku, jednak na możliwość zamieszkania posiadacze przydziałów musieli czekać do początku 1964. Powód: brak instalacji sanitarnej i kanalizacyjnej. Podobnie było rok później w blokach przy obecnej al. Wyszyńskiego. Zupełnie na serio rozważano wówczas koncepcję budowy wspólnych łazienek na dwa mieszkania. Chodziło o to, by uniknąć poślizgów z powodu braku na rynku urządzeń sanitarnych.

W 1966 roku dla wieżowca przy ul. Konopnickiej zabrakło szkła okiennego. Jesienią trzeba było okna zakryć matami, żeby budynek podłączyć do sieci centralnego ogrzewania. W Solcu Kujawskim w tym samym czasie nowy budynek podłączono do sieci grzewczej dopiero po Nowym Roku, bowiem zepsuła się pompa w lokalnej kotłowni, a nowa była nie do zdobycia.

Na rok 1967 budowlani zapowiedzieli na bydgoskim Błoniu eksperyment - by przyspieszyć prace wykończeniowe w blokach, mieli od razu montować gotowe drzwi, pomalowane, z wstawionymi szybami. Jednak inny był producent drzwi i inny... futryn i te dwa elementy do siebie za nic nie chciały pasować.

W 1967 roku lokatorzy pierwszych 10-piętrowych wieżowców w Bydgoszczy nie mogli mieć telefonów, bo urządzenia niezbędne do podłączenia budynków do sieci kablowej nie były dostępne. Na Szwederowie gaz doprowadzono po dwóch latach, bo wykonawca budynków zapomniał o... otworach na rury.

To jednak był jeszcze czas, kiedy usterki wywoływały szczere oburzenie i sumienie targało budowlańcami. Wykonawca „mrówkowca” przy ul. Bartosza Głowackiego zobowiązał się oddać budynek do użytku do 30 września 1967 roku. Opóźnienie wyniosło pół roku. Dlaczego? W kilku mieszkaniach balkony były tak zainstalowane, że trzeba było wychodzić na nie przez okno, w innych lokalach drzwi balkonowe otwierały się w... pustą przestrzeń, bo przy budowie pomylono rodzaje płyt. Trzeba było część budynku przekonstruować, na szczęście obyło się bez burzenia ścian.

Urlop z meblami na karku

W 1968 roku na osiedlu Chrobrego w Toruniu powiadomiono przyszłych lokatorów dwóch budynków, że wprowadzać się będą mogli od 25 lipca do 10 sierpnia. Ludzie wzięli urlopy, kupili meble. I dowiedzieli się, że muszą cierpliwie czekać z powodu nieusuniętych usterek oraz niepodłączenia bloku do ciepłociągu z „Merinoteksu”. Wprowadzili się dopiero w październiku. Obiecano wówczas, że 4 listopada popłynie ciepła woda. Nie popłynęła. 9 listopada pojawiła się w kranach gorąca, natomiast kaloryfery nadal były zimne. Nagrzały się następnego dnia, po czym znów zrobiły się lodowate. Okresowe braki występowały przez całą mroźną zimę.

Szczegółowa kontrola tego osiedla wykazała m.in. tak kuriozalne przypadki, jak przybicie w jednym bloku futryn wszystkich drzwi gwoździami wprost do cegieł. Przy ul. Kochanowskiego 8 budowlańcy zapomnieli wstawić jedno okno. Przez dwa miesiące lokator utrzymywał je we właściwym miejscu za pomocą sznurka. Ponieważ brakowało klepki na parkiety, podłogi wyłożono ksylolitem o słabych właściwościach izolacyjnych, przez co pojawiły się błądzące prądy. Odpowiedzią spółdzielni była rada, żeby... rzadziej myć podłogę.

Przy ul. Bema również wystąpiły problemy z prądem. W niektórych mieszkaniach budynku nr 36 prąd pojawiał się w gniazdkach dopiero po włączeniu światła w przedpokoju. W innych - światło samoczynnie się włączało i wyłączało.

„Może w maju, może w grudniu, może dzisiaj po południu” - przyszło nucić lokatorom na osiedlu Dekerta, którzy na gaz czekali przez pół roku. Tyle zajęło budowlanym doprowadzanie sieci. Potem miesiąc trwało zdobywanie... redukcyjnych kurków gazowych.

Eksperyment Rubinkowo

Niewykonanie planu szczególnie smuciło towarzyszy z jedynej słusznej partii. Dlatego pochwały zbierało w 1977 roku Toruńskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Ogólnego, które jako jedyne w regionie nie zanotowało poślizgów, ale tylko dlatego, że budowano w jednym miejscu, na Rubinkowie. To właśnie w Toruniu zdecydowano się stawiać bloki w szczerym polu, na terenach nieuzbrojonych, co w PRL-u bardzo opóźniało wznoszenie osiedli.

W II połowie lat 70. synomimem złej jakości PRL-owskiego budownictwa stały się bydgoskie Wyżyny. Do większości domów chodniki doprowadzono po dwóch latach, wcześniej brnięcie w glinie i błocie było normą. Ciepła woda stała się na piętrach mniej więcej od piątego wzwyż efemerydą. Przez szpary w oknach i to takich na kilka palców hulał jesienny wiatr, a na uszczelki trzeba było w sklepach „polować”. Ludzie marzli w mieszkaniach, mimo iż kaloryfery grzały pełną parą. Późniejsze badania wykazały, że oszczędne ściany charakteryzował wysoki wskaźnik przenikania ciepła. O wiele za wysoki. To były prawdziwie ażurowe domy.

Podczas pierwszego okresu budowy toruńskiego Rubinkowa brakowało ciepłej wody w kranach. Kierownictwo zakładu energetycznego twierdziło, że nie może dostarczać jej więcej i sugerowało, by przygotować listy lokatorów korzystających z dobrodziejstwa ciepłej wody w wyznaczonych godzinach.

We wrześniu 1974 roku, w związku z kłopotami z ciepłociągiem, zapowiedziano racjonowanie ciepła. Domy na osiedlach Dekerta, Chrobrego, Hanki Sawickiej i Reja miały być ogrzewane... przemiennie - co drugi dzień.

Skutki społeczne wykonawstwa złej jakości szacowano jako ogromne. Za pieniądze, które wydano w 1979 roku na usunięcie usterek w województwie bydgoskim, można było wybudować 20 nowych mieszkań.

Poznaj swego budowlańca

W 1980 roku w Toruniu na budowie Rubinkowa doszło do nienotowanej wcześniej w Polsce sytuacji. Jesienią do zasiedlenia było gotowych ponad 400 mieszkań, wiele z nich stało pustych od wielu niesięcy. Przyczyną był brak podłączenia do magistrali z ciepłą wodą. Kiedy nadeszły chłody, od wilgoci stolarka okienna i drzwiowa zaczęła się wypaczać, tapety odklejać, podobnie jak płytki PCV. Jeszcze przed zasiedleniem bloków wiosną następnego roku wiele mieszkań trzeba było wyremontować. Sprawą zajęła się toruńska Prokuratura Rejonowa.

Z kolei za sukces uznano na grudziądzkim Strzemięcinie zmniejszenie liczby zgłaszanych usterek o 60 proc. dzięki wprowadzeniu tzw. kart gwarancyjnych mieszkań, w których widniały nazwiska budowlańców, odpowiedzialnych za wykończenie konkretnego mieszkania. Z pomysłu tego wykonawcy robót szybko się wycofali...
Warto wiedzieć

To lokatorzy się czepiają...


Fragmenty pisma jednej ze spółdzielni z naszego regionu z 1978 r.:

„Odbiór odbywał się dwukrotnie. 23 października wykonawcy oraz przedstawiciele działu usterek spółdzielni wspólnie z lokatorami obeszli wszystkie 45 mieszkań w bloku. W 19 stwierdzono usterki. Minęły trzy tygodnie i w ani jednym z tych 19 mieszkań nie odebrano kluczy. Drugi odbiór nie stał się więc odbiorem faktycznym.

Wykonawcy są zdenerwowani. Twierdzą, że lokatorzy czepiają się drobiazgów i zachowują się tak, jakby chcieli mieć Pałac Kultury. (...) Usterki faktycznie nie są wielkie. Na jednej ścianie są tapety w różnych odcieniach, parkiet się odkleja, a między klepkami są dziury, armatura nie całkiem sprawna, grzejniki trzeba umocować i pomalować, uszczelnić krzywe okna. Wykonawcy twierdzą, że spółdzielnia jest bardziej bezwzględna niż lokatorzy, którzy „nic nie widzą ze szczęścia” i sami się biorą za naprawianie, bo chcą już mieszkać.

Tymczasem tapety mają błędy techniczne, które można stwierdzić dopiero po ich naklejeniu. To samo jest z wykładziną parkietową, którą klei się z papierem na wierzchu zdejmowanym dopiero po ułożeniu całości. (...)


Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 25-04-2016 14:15

    Oceniono 2 razy 0 2

    - Antytyfus: Co mnie obchodzi Bydgoszcz ?? Mogli budowac baraki to problemow z wodas by nie mieli a windy jezdzilyby w zdluz baraku !

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz