Od korporacji do bosej stopy

Grażyna Ostropolska 17 marca 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:19

Porzucają miasto, pracę w korporacjach i wyjeżdżają na wieś. - Człowiek nie może być tylko dodatkiem do pracy i poddawać się presji chorych społeczności, zorganizowanych w nieustający wyścig szczurów - mówią.




Porzucają miasto, pracę w korporacjach i wyjeżdżają na wieś. - Człowiek nie może być tylko dodatkiem do pracy i poddawać się presji chorych społeczności, zorganizowanych w nieustający wyścig szczurów - mówią.


Kupują kawał ziemi i starą chatę w zacisznym, czystym miejscu. Sieją zboża, warzywa i zakładają sady. Własnoręcznie remontują opuszczone domy lub budują nowe - ze słomy zebranej z pól, miejscowej gliny, drewna i kamieni. Wodę ciągną ze studni, sami stawiają piece. Tylko prąd biorą z sieci, bo nie chcą rezygnować z komputera. To narzędzie ułatwia im życie, umożliwia zarobek i pozwala się skrzyknąć w celu budowania wspólnej

ekowioski.

Obserwatorzy trendu, który propaguje powrót człowieka do natury, nazywają go neoluddyzmem. Nie należy utożsamiać go z luddyzmem z początku XIX wieku, który zaczął się od niszczenia maszyn, ale idea obu ruchów jest wspólna.

Współcześni neoluddyści też odwołują się do kultu matki ziemi i przestrzegają przed technocentryzmem. Ci najbardziej radykalni niszczą uprawy roślin modyfikowanych genetycznie, ci umiarkowani tworzą wspólnoty, oparte na wolnościowo-ekologicznych zasadach; żyją w nich skromnie i po swojemu.

Nie wszystkie ekowioski wytrzymują próbę czasu, ale entuzjastów, zachłyśniętych ideą zdrowego życia, jest w Polsce coraz więcej. Większość ekoosad powstaje na południu kraju oraz na Warmii i Mazurach, ale i w naszym regionie nie brak takich inicjatyw.

Zaglądamy do tych zielonych osad i... dusz ludzi, którzy wybrali inny styl życia. Pytamy, czy czują się spełnieni.

Ekoosada „Bardo” w Kotlinie Kłodzkiej ma być za kilka lat wzorcową oazą zdrowego życia i szczęśliwości.

Paweł Kobielus i jego przyjaciel Jacek, twórcy tego przedsięwzięcia, chcą, by na czternastu hektarach płaskowyżu, otoczonego górami, lasem i rzeką, zamieszkało kilkunastu osadników.

- Mamy już wytyczone siedliska. Latem zebraliśmy z pola słomę do budowy domów, a jesienią posadziliśmy 150 owocowych drzew - wylicza pan Jacek. Na razie mieszka z żoną w starym poniemieckim domu, ale wkrótce ma stanąć na jego ziemi wymarzona

słomiano-gliniana chata.

- Byliśmy z Pawłem w Niemczech i uczestniczyliśmy w budowie takiego ekologicznego domu - mówi o swoim planach. Technologia, jego zdaniem, jest prosta, a materiał niewiele kosztuje. Stawia się drewniany szkielet domu i wypełnia mocno sprasowanymi kostkami słomy. - Układa się je jak duże pustaki, wyrównuje i daje na to grubą warstwę gliny, która akumuluje i oddaje wilgoć, co powoduje, że ściana oddycha - wyjaśnia. Twierdzi, że taka chata wytrzyma nawet 200 lat i będzie tak ciepła, że do jej ogrzania wystarczy niewielki piecyk, który posłuży też do gotowania.

Chaty w „Bardo” miały być okrągłe jak w Niemczech, ale na taki kształt nie zgodzili się urbaniści. - Szkoda, bo okrągły dom jest cieplejszy i bardziej przyjazny - zauważa pan Jacek, ale na współpracę z gminą nie narzeka. - Urzędnicy są przychylni i wspierają nasze przedsięwzięcie - zapewnia.

Spożywać się tu będzie zdrowe, samodzielnie wyhodowane warzywa, owoce i zioła, bo twórcy ekoosady „Bardo” są wegetarianami i na takich osadników liczą. - Będziemy zmierzać do samowystarczalności, budując siedliska z naturalnych miejscowych surowców i uprawiając ziemię bez agrochemii, a z czasem uniezależnimy się od dystrybutorów energii - deklarują.

- Ja stawiam na różnorodność gatunków roślin, po to, żeby stworzyć w „Bardo” naturalny ekosystem. Chcę, by pojawiło się tu jak najwięcej owadów, motyli i ptaków - mówi Paweł Kobielus. Ma już projekt swojego słomiano-glinianego domu, wykonany przez związanego z osadą architekta Marcela, i wiosną rozpoczyna budowę.

Latem przy zwózce z pola słomianego budulca pomagało im 18 wolontariuszy. Skrzyknęli ich przez Internet, bo własny portal pozwolił twórcom „Bardo” rozpropagować to przedsięwzięcie.

- Liczymy na to, że dołączą do nas twórczy ludzie, którzy pragną być wolni, żyć w poszanowaniu przyrody i innych stworzeń - mówią mieszkańcy ekoosady. Chcą przyszłych sąsiadów lepiej poznać, zanim zdecydują się sprzedać im ziemię pod siedlisko. - Cena jest rzeczą wtórną, jeżeli człowiek będzie do nas pasował, to się dogadamy - przekonują.

Podobna ekowioska powstaje w Barkowie koło Gołdapi na Warmii i Mazurach. Jej twórca, Artur Malicki, opuścił wraz z rodziną Warszawę. - Czujemy się wyzwoleni i szczęśliwi - mówi. To ich pierwsza zima w samodzielnie wyremontowanym domu, ogrzewanym przez własnoręcznie wykonany

piec rakietowy.

Składa się on z metalowej beczki po oleju, polnych kamieni, gliny i kilku rur - wyjaśnia pan Artur, a sposób budowy pieca podaje na swojej stronie internetowej. Moment, w którym postanowił opuścić stolicę i porzucić pracę w korporacji, tak wspomina: - Na przełomie 2008 i 2009 r. Rosjanie zakręcili gaz, a ja mieszkałem wtedy z żoną w ciąży i małym dzieckiem w bloku na trzecim piętrze i zastanawiałem się, jak zapewnić im bezpieczeństwo. Na dodatek samochód potrącił mi psa, a ja nie miałem skrawka ziemi, by go pochować.

Przez dwa lata szukali miejsca, w którym nie byłby im straszny brak wody w kranie lub zakręcony kurek gazu. Znaleźli je aż pod Gołdapią. - Wodę ciągniemy ze studni, a własnoręcznie wykonany piec służy nam za kuchnię do gotowania i grzeje. Żyjemy w bardzo trudnych warunkach i skromnie, ale dużo czasu poświęcamy sobie nawzajem - mówi Milicki. Przyświeca mu idea, zgodnie z którą ziemia powinna być dobrem wspólnym, więc 16 hektarów, kupionych pod ekowioskę, przekazał Fundacji dla Ziemi i Ludzi.

- My jesteśmy tylko użytkownikami i każdy, kto zapragnie żyć tak jak my, może tu przyjść, zbudować swoją chałupkę i zamieszkać jak długo chce, pod warunkiem, że będzie szanował ziemię i fundacyjne prawo - zapowiada pan Artur. Marzy mu się samowystarczalność ekologicznej osady. - Pokornie uczymy się od miejscowych rolników jak uprawiać ogród, by zapewnić sobie jedzenie przez cały rok. Wierzę też, że uda się nam kiedyś zbudować własny generator energii - mówi.

Uczy się wykonywać drobne narzędzia do uprawy ogrodu, usprawnia je i oferuje ich sprzedaż. Na razie Miliccy nie zamierzają posyłać dzieci do szkoły. - Chcemy je uczyć sami w domu. W Polsce taki „home school” staje się coraz bardziej popularny, a żona jest po wstępnej rozmowie z dyrekcją szkoły, która naszemu zamysłowi się nie sprzeciwia - mówi pan Artur.

Skromne oszczędności już się im kończą, więc Milicki zarobkuje przez Internet. Jego fundacja pilotuje edukacyjne przedsięwzięcie pod nazwą

„Akademia Bosej Stopy”

- To będą studia dzienne. Bezpłatne, ale w takim sensie, że kto się chce czegoś nauczyć, przyjeżdża do Barkowa i pracuje z nami. Będziemy też organizować intensywne kursy weekendowe i one będą odpłatne - zapowiada.

Na stronie portalu „Polak potrafi...” widać, że zainteresowanie akademią jest duże, a ludzie chętnie wpłacają pieniądze w zamian za udział w szkoleniach i warsztatach na terenie Barkowa.

Ciekawa ekowioska powstaje też w Nowym Młynie, nieopodal Golubia-Dobrzynia. Jej inicjator, Sławomir Ziółkowski, od prawie ćwierć wieku prowadzi tu gospodarstwo ekologiczne. - W latach 90. jeździłem do Bydgoszczy z własną mąką, kaszą, płatkami owsianymi i chlebem, ale potem powstały sklepy ekologiczne i przestało się to opłacać - wspomina. Teraz produkuje zdrową żywność na własny użytek i sprzedaje zboża. Usłyszał o inicjatywie tworzenia w Polsce ekologicznych wiosek i to go zainspirowało. - Chcemy do Nowego Młyna ściągnąć ludzi, których interesuje ekologia, wegetarianizm i życie zgodne z naturą. Pojawia się sporo chętnych, ale nie wszystkim się tu podoba albo chętni nie podobają się nam, a to ważne by się odpowiednio dobrać - mówi.

Sporo osób postrzega ekologię jako życie na łonie natury z gromadą psów i kotów, a to w Nowym Młynie jest niedopuszczalne, bo..

- My dbamy o naturalny ekosystem i o zwierzęta, m.in. o jaszczurki, które tu są i nie chcemy tego zburzyć. Zgodnie z ekologicznym założeniem dopuszczalny jest

jeden kot na 17 hektarów

- wtedy tak mocno przyrodzie nie szkodzi - tłumaczy pan Sławek.

W wiosce są już pierwsi osadnicy. Agnieszka i Xawier z Torunia chcą tu postawić gliniany dom. Zakładano, że słoma i glina będą miejscowe, ale osadnicy znaleźli budowniczego, który namawia ich do zakupu gotowej, maszynowo przygotowanej gliny, a sprasowaną słomę proponuje sprowadzić z Ukrainy lub Litwy. Niby to też ekologiczne, ale nie miejscowe, więc kłóci się z założeniami samowystarczalnej ekowioski.

Zapał do budowy siedliska w Nowym Młynie stracił ekolog z Bydgoszczy, który skłócił się z miejscowymi i przerwał prace. Sławomir Ziółkowski z utęsknieniem czeka na bratnie dusze z Warszawy, które nabyły działkę, ale zwlekają z jej zabudową.

Ziółkowscy sieją zboża z dobrych ziaren (po dziadkach), sami mielą mąkę w przysposobionych do tego urządzeniach i wypiekają wspaniały razowy chleb. - Pijemy herbaty z pokrzywy, lipy, mięty, bzu czarnego, babki, mniszka i podbiału, mamy własne warzywa i owoce, więc kupujemy tylko dodatki - mówi pan Sławek. Wkrótce będzie miał swój olej z lnianki, zapomnianej w Polsce rośliny, która nie wymaga tak dobrych ziem i nawożenia jak rzepak, oraz własną soczewicę.

Nie wszyscy uciekinierzy z miast chcą mieszkać w ekowioskach. Część z nich to

ekolodzy outsiderzy.

Szukają wiejskiej chaty na uboczu i tam zaczynają nowe życie. Tak zrobili Magda i Jacek Tesławscy z Bydgoszczy. Uwierały ich miejski pośpiech, uliczne korki i brak życiowej przestrzeni, więc wybrali... wieś. Kupili stary dom na skraju wsi Czarmuń po Więcborkiem i zajęli się rzeźbiarstwem. Wykonują rekonstrukcje historycznych przedmiotów, m.in., dla muzeów i skansenów. Robią też bębny. Część z nich naciągają kozią skórą (sami ją wyprawiają).

- Przez jakiś czas mieliśmy własne stado, piliśmy kozie mleko, robiliśmy sery, ale nie dało się pogodzić hodowli 20 kóz z wyjazdami - mówi pani Magda. I tak kozy poszły na mięso dla pana Jacka, a pani Magda, wegetarianka, zajęła się mizdrowaniem ich skór. Firma Tesławskich „Osada Krajeńska” funkcjonuje od wiosny do jesieni. Jej właściciele jeżdżą na pokazy historycznego rzemiosła.

Występują we własnoręcznie wykonanych strojach, demonstrują wypiek chleba pod glinianym kloszem, warzenie zupy z soczewicy, wędzenie ryb. Są też aktywni w swej małej ojczyźnie, w Czarmuniu, gdzie pana Jacka, mieszkańca z 8-letnim stażem, wybrano na sołtysa i nikomu nie przeszkadza, że ta nowa wiejska władza nosi brodę zaplecioną w warkoczyk i produkuje bębny. Drogę przetarł państwu Tesławskim sąsiad, pan Paweł, i jego

„pasieka dredziarza”

- to internetowy adres Pawła Piątka, który porzucił zgiełk Wrocławia, wrócił na ojcowiznę i zajął się pszczołami. Dredy na głowie pana Pawła nikomu tu nie wadzą, a miejscowi chwalą zamiłowanie młodego sąsiada do hodowli pszczół i produkcji ekologicznego miodu.

Piątek ma kilkadziesiąt uli, a większość z nich jest jego własnej roboty. O pszczołach wie prawie wszystko i zna lekarstwa na ich choroby. - Unikam chemii i stosuję z powodzeniem kwasy organiczne - zdradza swoją metodę na roztocza i varrozę. Latem ma bardzo dużo pracy, zimą szykuje sprzęt do sezonu, bo teraz zbite w zimowy kłąb pszczoły jedzą pokarm i ruszając się wytwarzają ciepło.

Pytamy pana Pawła dredziarza, czy nie tęskni za miastem?

- Nie wyobrażam sobie pracy w korporacji i uczestnictwa w wyścigu szczurów - odpowiada.