A niedźwiedź piwko popijał...

Krzysztof Błażejewski 11 marca 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:19

Krążące po miastach menażerie, pełne dzikich zwierząt, budziły przed wiekiem wielkie emocje i zaciekawienie. Jednak idea budowy ogrodów zoologicznych na Pomorzu i Kujawach zmaterializowała się dopiero niedawno i to tylko częściowo.


Jeszcze w średniowieczu stały się modne w całej Europie wędrowne grupy, urządzające pokazy „sztuk i dziwów wszelakich”. Z czasem wyłoniły się z tego grona najpierw trupy teatralne, a później cyrkowe. Prócz nich snuły się od miasta do miasta grupy pokazujące takie „dziwactwa” jak zrośnięte bliźnięta, albinosów, Indian, Murzynów, kobiety z brodą, liliputy, zwykle w towarzystwie „groźnych bestyj”, czyli egzotycznych zwierząt, które miały za zadanie budzić zdziwienie swoim osobliwym wyglądem i strach dzikością.

Największa popularnością wśród widzów cieszyły się obwożone przez Cyganów i Litwinów tańczące niedźwiedzie brunatne, prezentowano też niedźwiedzie białe i słonie. Lwy bywały u nas stosunkowo rzadko z uwagi na surowy klimat, w którym zwykle szybko zdychały. Szczególne emocje wśród publiczności budziły pokazy wielkich aligatorów - do ich paszcz treserzy wkładali swoje głowy, licząc na hojne datki publiczności. Jak wynika ze starych zapisków, w połowie XIX stulecia niemiecka menażeria objazdowa po raz pierwszy zaprezentowała na Pomorzu centkowane lwy, czyli leopardy. Namiot, w którym można było podziwiać te drapieżniki, był usytuowany w Bydgoszczy obok kościoła Klarysek.

W Toruniu z kolei ogromne zainteresowanie wzbudziła wizyta objazdowego zwierzyńca samego Carla Hagenbecka w sierpniu 1917 roku. Co ciekawe, 14 dnia tego miesiąca dwa słonie ze zwierzyńca zostały przewiezione przed południem na plac szkoły lotników obserwatorów. Nie na pokaz, ale... do roboty! Chodziło o to, by wydobyć na powierzchnię zalegający głęboko w ziemi i ważący ponad pięć ton kamień i ustawić go przed kantyną oficerską jako pomnik poległych lotników. Ludzie z tak wielkim głazem sobie nie poradzili, więc obecność menażerii Hagenbecka z jej słoniami wydawała się wyjątkową okazją. Operacja zakończyła się sukcesem dzięki wspólnemu wysiłkowi zwierząt i ludzi.

Do Bydgoszczy i Torunia cyrki objazdowe zjeżdżały zwykle podczas jarmarków, trwających kilkanaście dni. Pokazywano jednak nie tylko duże ssaki, istniały też obwoźne terraria, w których trzymano węże, żółwie i większe jaszczurki, a także akwaria z bajecznie kolorowymi rybami. Wszystko to było nowe, zadziwiające, możliwe do obejrzenia tylko w ten jeden sposób, od przypadku do przypadku.

Menażerie te cieszyły się tak wielkim zainteresowaniem, że o ich urządzeniu zaczęto myśleć i w naszych miastach. Założenie zwierzyńca było jednak koszmarnie drogie.

Pomysłów na zorganizowanie stałego zwierzyńca na Pomorzu i Kujawach nie brakowało, idea ta cieszyła się powszechną aprobatą. Co majętniejsi mieszkańcy Bydgoszczy, Torunia oraz Grudziądza snuli plany takiego przedsięwzięcia, zawiązując w tym celu stowarzyszenia.

Tymczaem bębenek podbijały jeszcze wizyty kolejnych menażerii, np. cyrku Staniewskich, który pod koniec lat 20. ubiegłego stulecia zjawił się w Toruniu z sensacyjnym pokazem tresury lwów morskich. Gigantyczne zwierzęta bardzo podobały się widzom.

Dwa jaguary z mrówkojadem

Pierwsza organizacja zawiązana w celu budowy stałego zoo powstała w Bydgoszczy w roku 1898. Komitet wysłał stosowne pismo do powszechnie znanego dostawcy zwierząt do ogrodów zoologicznych, Carla Hagenbecka z Hamburga, (znanego wielu Polakom z cyklu powieści Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilmowskim), a otrzymawszy cennik, sporządził zamówienie, obejmujące m.in. parę lwów, tygrysa, dwa lamparty, dwa jaguary, hieny, słonie, zebry, wielbłądy, mrówkojada etc. za łączną sumę 34.750 marek. Jak obliczono, nabycie odpowiednich terenów i urządzenie ogrodu (planowano go na skarpie nad ul. Toruńską albo w ogrodzie Patzera) kosztowało ponad 60 tys., do tego dochodziły koszty utrzymania. Jednakże, według przygotowanej kalkulacji, sam ogród miał przynosić rocznie około 15 tys. marek zysku! W wyliczenia te nie uwierzyli jednak ewentualni inwestorzy i sprawa się rozmyła.

Czego nie zdołało dokonać całe towarzystwo, stworzył jeden człowiek. Wincenty Kujawski, znany w Bydgoszczy restaurator, na początku lat 30. zeszłego wieku założył mały zwierzyniec na tyłach swojej restauracji, w ogrodzie znajdującym się przy ul. Fordońskiej 1. Dziś teren ten można by było podziwiać w całej okazałości, zjeżdżając z mostu Pomorskiego, jednak po dawnym ogrodzie w tym miejscu nie pozostało praktycznie już nic, poza okazałym drzewem - perełkowcem japońskim, który zachwyca szczególnie latem, gdy otula się kobiercem białych kwiatów.

Kujawski prowadził tę działalność wyłącznie na własny koszt, albowiem zarząd miasta odmawiał mu rokrocznie jakichkolwiek subwencji. Do jego restauracji, zwłaszcza w letnich miesiącach, ciągnęły prawdziwe tłumy, żeby przy okazji posiłku popatrzeć na zwierzaki.

Darmowe spojrzenie na wielbłąda

Ogród „Wicka” Kujawskiego licznie odwiedzały też wycieczki szkolne, zarówno miejscowe, jak i przyjezdne. Do obejrzenia (za darmo!) były małpy różnych gatunków, niedźwiedź brunatny, który - ku uciesze gawiedzi - lubił popijać na widoku piwo z butelki, wielbłądy, daniele i inne kopytne, a także ptaki i gryzonie.

W 1936 roku Kujawski postanowił przejść na emeryturę i sprzedać restaurację z ogrodem i całą menażerią. Padło wówczas w mieście hasło stworzenia na wzór Poznania Towarzystwa Przyjaciół Ogrodu Zoologicznego, które miałoby roztoczyć pieczę nad zwierzyńcem i „starać się o powiększenie tego małego zoologu przez zakup względnie użyczenie w depozyt różnych zwierząt i ptaków”.

„Dziennik Bydgoski” apelował z kolei do miejscowego magistratu o odkupienie ogrodu od restauratora i urządzenie tam zwierzyńca utrzymywanego przez miasto.

Niestety, nie udało nam się ustalić, jakie były losy bydgoskiego zwierzyńca w 1939 roku. Wiadomo jedynie, że Wincenty Kujawski sprzedał swoją posiadłość (kupił w zamian inną, mniejszą działkę w centrum Bydgoszczy), a nowy właściciel postanowił wzorem poprzednika utrzymywać zwierzyniec. Dokupił nawet kilka mniejszych okazów i 15 maja 1938 roku ogłosił otwarcie sezonu. Punktem kulminacyjnym każdego dnia miało być obserwowanie karmienia zwierzat o godz. 14.

Bydgoszcz miała własny zwierzyniec i od 1930 roku ogród botaniczny w centrum, Toruń z kolei pięknie położony „botanik” na stokach opadających w stronę Martwej Wisły, najstarszy na ziemiach polskich, bo założony już pod koniec XVIII wieku przez Johanna Gottlieba Schultza. Od 1827 roku służył on toruńskiemu Gimnazjum Królewskiemu, a po II wojnie stał się własnością domu kultury.

Po II wojnie pierwszym miastem na Pomorzu i Kujawach z własnym zoo stał się Toruń. Jesienią 1968 roku do ogrodu botanicznego, gdzie już wcześniej spacerowały sobie sarenki i pawie, trafiły lamy i kozy karłowate. Wywołało to zrozumiałe zainteresowanie, zwłaszcza ze strony młodszych mieszkańców.

Z Argentyny do Torunia

- Byłem bardzo rozczarowany pierwszą wizytą w toruńskim ogrodzie - wspomina Andrzej Michalski. - Widziałem już wcześniej ogrody w Warszawie i Gdańsku, więc kiedy huknęła po Toruniu wieść, że w „botaniku zrobili zoo”, spodziewałem się wielkiego zwierzyńca. Tymczasem można było zobaczyć zaledwie jego namiastkę w postaci paru przeżuwaczy trawy. Ale chodziłem tam często. Pamiętam obietnice, że powstanie „prawdziwy ogród zoologiczny”, ale - jak widać - do dziś do tego nie doszło, choć teraz naprawdę jest już co oglądać.

Pierwsze okazy fauny południowoamerykańskiej trafiły do Torunia jako dar od Lamberta Sadeckiego. Przed wojną mieszkał on w Toruniu i przy ul. Mickiewicza 8 prowadził duże przedsiębiorstwo spedycyjne. Po wojnie osiedlił się w Argentynie i zajął m.in. handlem dzikimi zwierzętami, w które zaopatrywał ogrody zoologiczne na całym świecie, a następnie został dyrektorem zoo w Buenos Aires. Obiecywał wielki transport zwierząt dla toruńskiego ogrodu całkiem za darmo, ale władze miasta nie były tą ofertą zainteresowane, gdyż musiałyby wcześniej znaleźć miejsce dla zwierząt i pobudować klatki oraz wybiegi.

Sytuacja ta zbiegła się z pomysłem marynarzy polskich statków, którzy postanowili „zrzucić się” na budowę palmiarni w Gdyni. W Toruniu przez dłuższy czas debatowano nad stworzeniem nowego zoo całkiem od podstaw w zupełnie innym miejscu. Rozważano szanse pozyskania na to funduszy, a od Sadeckiego i marynarzy różnych okazów egzotycznej fauny. Tymczasem w 1968 roku z oliwskiego zoo zakupiono jaka tybetańskiego, na wiosnę 1969 pojawiły się strusie, flamingi, papugi i czarne łabędzie z Argentyny. Na budowę ogrodu z prawdziwego zdarzenia nigdy jednak miasto się nie zdecydowało.

Gdzie są łosie?

W Bydgoszczy również wybrano metodę „drobnych kroczków”. W 1978 roku otwarto tam poza miastem, w Myślęcinku, Ogród Fauny Polskiej, z góry zakładając, że pozyskiwać się będzie do niego wyłącznie tanie okazy fauny krajowej. Jednak i w tym przypadku oszczędności doprowadziły do tego, że permanentnie brakowało np. łosi, a w pewnym okresie czwartą część zwierzat stanowiły... hodowlane lisy. Nigdy też w Myślęcinku nie eksponowano rzadkich gatunków ssaków, jak kozica czy świstak, bo nie potrafiono ich zdobyć. Mniej więcej od dekady wprowadzono do ogrodu zwierzęta egzotyczne, co było ostatecznym już wyrazem pogodzenia się z utratą miana wyjątkowego, wyłącznie polskiego.
Warto wiedzieć

Co lwom przysługuje na śniadanko?

Według wyliczeń z 1898 roku, poczynionych przez Wincentego Kozuba, do karmienia zwierząt w ogrodzie traktowanym jako instytucja publiczna przysługiwałyby darmowe odpadki z rzeźni miejskiej, co w znacznym stopniu obniżyłoby koszty utrzymania zwierzyńca.

Dla każdego lwa miało - według ówczesnych wyliczeń - wystarczyć 15 funtów padliny końskiej, dla słonia centnar siana, 2 chleby razowe, 25 funtów ćwikły lub rzepy.

Najbardziej wymagający miał być mrówkojad, któremu przysługiwałby - z braku możliwości dostarczania mu owadów - na śniadanie surowy befsztyk z jajkiem i 3 litry mleka, a na podwieczorek „podwójna porcja tego wykwintnego jadła”.


Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 15-03-2013 18:50

    Brak ocen 0 0

    - piwosz: mam nadzieję ze piwko było marki EB

    Odpowiedz