Tonący Tusk brzytwy się chwyta

Przemysław Łuczak 10 marca 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:19


Rozmowa z dr. JAROSŁAWEM FLISEM, socjologiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Kogo mogą porwać za sobą Aleksander Kwaśniewski i Janusz Palikot?

Mogą znaleźć poparcie wśród części wyborców, którzy dotychczas głosowali na Platformę z pobudek antypisowskich i w nadziei na sprawne rządy. PiS zostało odsunięte od władzy, ale te rządy są coraz gorzej oceniane. Kwaśniewski i Palikot liczą też na osoby nastawione liberalnie pod względem obyczajowym, a nie są przywiązani do interwencjonizmu państwowego. Dla nich Kalisz w nowym jaguarze czy Palikot z nową żoną mogą stanowić jakiś ważny punkt odniesienia. Można się jednak zastanawiać, jak liczna jest to grupa wyborców.

A co z dawnymi wyborcami SLD?

Wiara w to, że część wyborców po raz kolejny zmieni zdanie i zagłosuje na nowy szyld, jest ryzykowna. Socjalne nastawienie Palikota jest bardzo świeżej daty. Zwrot etatowego liberała ku państwu budującemu fabryki jest chyba problemem dla jego dotychczasowych wyborców. Problem zmiany szyldu dotyczy także tych, którzy w 2011 roku zagłosowali na Palikota, ale drugi raz nie będą mieli takiej okazji, bo nie będzie już Ruchu Palikota, tylko „Europa Plus”. Nasuwa się więc pytanie o to, czy Palikot ma możliwość poszerzenia swojego elektoratu, czy raczej tracenia go.

Jego szansą jest to, że część wyborców potraktuje wybory do europarlamentu jako okazję do pokazania Tuskowi żółtej kartki, lecz bez przenoszenia poparcia na PiS. Na razie jednak nic na to nie wskazuje. W Polsce bowiem te wybory, w przeciwieństwie np. do Wielkiej Brytanii czy Szwecji, traktowane są równie poważne jak każde inne. Przytłaczającą większość w poprzednich dwóch głosowaniach do PE uzyskały partie, które liczą się sondażach. W 2009 roku Platforma - mimo że był już kryzys i mówiło się o sprawie Stoczni Gdańskiej - dostała najwyższe poparcie. Dziś to PiS depcze PO po piętach.

Czy inicjatywa Kwaśniewskiego jest odpowiedzią na zapotrzebowanie lewicowo nastawionych wyborców?

Jeśli czegoś oni pragną, to chyba jednak nie jedności przez dzielenie. Aleksander Kwaśniewski, ogłaszając swoją inicjatywę, prawdopodobnie liczył, że pozyska aktywistów i wyborców SLD, a Sojusz od tego padnie. Nie bardzo rozumiem, na jakiej podstawie taka kalkulacja była robiona akurat teraz. Może rok temu, gdy Palikot był na fali, miał bardzo dobrą prasę, 12 proc. w sondażach, a sekundowały mu Magdalena Środa i Kongres Kobiet. Ale skoro wtedy to się nie udało, to dlaczego miałoby udać się dziś, kiedy SLD ma co najmniej dwukrotną przewagę na Ruchem Palikota.

Słaba jest też nadzieja na to, że to akurat Kwaśniewski przekona Sojusz do udziału w tym projekcie. Przy okazji LiD-u zużył on już sporą część kapitału zaufania, jaki miał u działaczy SLD. Oni bowiem wówczas ustąpili z pierwszych miejsc na listach wyborczych, lecz efekt całej operacji był mizerny, zaś były prezydent też nie odegrał w tamtej kampanii szczególnie chwalebnej roli. To sprawia, że jego kolejne inicjatywy są przez dalsze szeregi w SLD przyjmowane bez entuzjazmu.

Dlaczego uważa Pan inicjatywę „Europa Plus” za przejaw politycznego ADHD?

Dlatego, że nie było żadnego racjonalnego powodu dla wprowadzenia takiego projektu akurat teraz, poza tym że został on wcześniej zapowiedziany. Zwłaszcza, że akurat doszło do wielkiej wpadki Palikota, który znalazł się na sondażowym dnie. Również próba ustawienia Leszka Millera pod ścianą była ryzykowna. Być może trzeba było poczekać, aż spadnie poparcie dla SLD w sondażach i Miller spokornieje.

Sam szyld „Europa Plus” też nie powala na kolana...

Pytanie, czy to hasło jest naprawdę perspektywiczne. Przecież zaraz będą wybory do samorządów. Czy również w nich to ugrupowanie wystartuje jako „Europa Plus” czy raczej trzeba będzie wymyślać nową nazwę? To niby drobna sprawa, lecz przecież kluczowa dla zachowania całego środowiska. Zakorzenieni w SLD ludzie, często radni, do europarlamentu na pewno się nie dostaną, ale dalej chcieliby być radnymi, więc nie mają powodu pójść za Kwaśniewskim.

Wizją wspólnej listy do PE udało się wprawdzie wyciągnąć Siwca, za chwilę może Kalisza, ale co dalej... Partie uodporniają się na takie sytuacje. Niedawno przecież sam Palikot wyciągnął z PO Gibałę, ale z zapowiadanych dalszych transferów nic nie wyszło. Wyciągnął też Kopycińskiego z SLD, ale za nim nikt nie poszedł. Teraz może być tak samo.

Bez SLD „Europa Plus” może się nie udać?

Na pewno rachuby dotyczące tego, że Miller podporządkuje się Kwaśniewskiemu i Palikotowi, podwinie ogon i przyprowadzi swoich ludzi, były naiwne. Leszek Miller podszedł bowiem do tego ambicjonalnie i zrobi wszystko, żeby ta inicjatywa się nie powiodła. Nawet gdyby on miał na tym stracić i zdobyć o jedno czy dwa miejsca w europarlamencie mniej. Miller do Brukseli może się nie wybierać, ale będzie miał satysfakcję, jeżeli Kwaśniewski tam się też nie dostanie.

Palikot liczył, że dzięki Kwaśniewskiemu podreperuje swoje notowania, ale w słupkach tego na razie nie widać...

Sondaże zareagują na to najwcześniej za tydzień. Ludzie muszą sprawę przetrawić, przedyskutować i dopiero później zobaczymy, jakie będzie przełożenie „Europy Plus” na poparcie społeczne. Ale nadzieje z tym związane mogą okazać się płonne. Kwaśniewski bowiem nie wypowiada się wiążąco, dając w ten sposób wyraz swojej słabości. Jeżeli rzeczywiście na serio angażuje się w przedsięwzięcie, powinien powiedzieć jednoznacznie: „Tak, wystartuję w wyborach, poprowadzę was do zwycięstwa, będę waszym przywódcą”. Tymczasem on mówi: „Nie wykluczam kandydowania”. Tak się ludzi do boju nie prowadzi.

Jakie mogą być motywy Kwaśniewskiego?

Słyszałem od ludzi, którzy go znają, że jest sympatycznym i ujmującym człowiekiem, ale jest także podatny na wpływy. Być może „Europa Plus” to także wypadkowa lojalności i zobowiązań wobec ludzi. Wyciągnęło się Siwca z SLD, więc może głupio teraz mu powiedzieć: „Słuchaj Marek, sytuacja się zmieniła i musisz sam dogadać się z Millerem, żeby cię znowu wpuścił na listy”.

Kwaśniewski nie był nigdy uważany za twardego stratega z precyzją planującego posunięcia na politycznej szachownicy - znamy go raczej z łagodzenia sporów, lecz również jako człowieka po drabince uciekającego z Sejmu przed dziennikarzami. Oczywiście nie wykluczam, że może jeszcze się rozkręcić, bo ludzie się zmieniają. Przecież o Donaldzie Tusku też przed sześciu laty nikt by nie powiedział, że będzie tym, kim jest teraz.

Gdyby Gowin wraz ze swoimi zwolennikami opuścił Platformę, SLD mógłby wejść do koalicji rządowej?

To jest jedna z opcji, ale należy pamiętać, że ona jeszcze bardziej mogłaby pogłębić kłopoty PO, wywołane sporami ideologicznymi i obyczajowymi. SLD to nie to samo co PSL i nigdy nie pogodzi się z rolą młodszego brata. Jak już dopcha się do rządu, to tylko po to, żeby zdetronizować Platformę. W tym więc sensie PSL jest lepszym koalicjantem, bo nie marzy, żeby być największą partią w Polsce. Natomiast Sojusz wrzucałby kolejne projekty, nie do przyjęcia dla kolejnych grup posłów PO, co wywołałoby nowe napięcia w koalicji. SLD jest więc swego rodzaju brzytwą ratunkową, za którą Tusk, chcąc utrzymać się przy władzy, zawsze może chwycić, ale wyjdzie z tego bez wątpienia mocno poraniony.

To zaś byłoby wodą na młyn dla PiS...

SLD w rządzie to byłby scenariusz wymarzony dla PiS. Można by wtedy ciągle mówić, że PO stoi tam, gdzie stało ZOMO. Powiększyłyby się także napięcia między PO a PSL. Koalicja z Sojuszem oznaczałaby także dla PO utratę konserwatywnych wyborców. To, że np. na Podhalu 50 proc. głosów jest dla PiS, ale ponad 30 proc. dla PO, przestałoby być takie pewne. PiS trzyma więc mocno kciuki, żeby Tusk wywalił Gowina.

Czy w przypadku niepowodzenia inicjatywy Kwaśniewskiego, nasza scena polityczna jeszcze na długo pozostanie zdominowana przez prawicę?

Może zdarzyć się u nas tak, jak w Irlandii, gdzie tego rodzaju sytuacja trwała przez kilkadziesiąt lat. W Polsce lewica nie ma już z czego tracić i chcąc odnieść sukces, powinna bardziej precyzyjnie planować swoje działania niż w przypadku inicjatywy „Europa Plus”. W przeciwnym razie jeszcze długo wahadło wyborcze będzie chodzić od PiS do PO, a ugrupowania lewicowe nie będą miały szansy choćby tylko na wejście do rządu.
Teczka osobowa

Socjolog i komentator polityczny

Dr Jarosław Flis ma 46 lat. Od 1997 r. jest adiunktem Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w dziedzinie public relations, socjologii polityki i zarządzania instytucjami publicznymi. Bada wpływ prawa wyborczego na zachowania polityków i wyborców. Jest ekspertem Sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do rozpatrzenia niektórych projektów ustaw z zakresu prawa wyborczego (od 2009 r.) oraz Komisji Konstytucyjnej (od 2010 r.).

Jest autorem artykułów, między innymi, na łamach ogólnopolskich gazet codziennych i tygodników oraz komentatorem aktualnych wydarzeń politycznych w telewizji.