Luksusy wiślanych wojaży

Krzysztof Błażejewski 4 marca 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:19

W pamięci został film „Rejs”, piosenki „Parostatek” i o „statku do Młocin”. Starsi torunianie wspominają zapewne podróże „Świerczewskim” i „Trauguttem”, bydgoszczanie dansingi na „Ondynie”. Dziś po Wiśle pływają jedynie zapaleńcy kajakami.


Przystań w Toruniu znajdowała się w samym centrum miasta przy nabrzeżu, które jeszcze nie było Bulwarem Filadelfijskim, u wylotu ulicy Ducha Świętego. We Włocławku - w pobliżu późniejszej zapory. W Fordonie - zaraz przy moście, a w Grudziądzu - pod skarpą ze spichrzami. W Chełmnie z przystani nie widać było miasta, nawet wież kościelnych.

Statki towarzystwa Polska Żegluga Rzeczna „Vistula” płynęły Wisłą długo, nawet bardzo długo. Z Warszawy do Gdańska z nurtem rzeki podróż trwała 37 godzin. Od 9 rano do godz. 22 następnego dnia. Do pokonania było 441 km. Z powrotem do stolicy - pod prąd - nawet 49 godzin, od 10 rano do godz. 19 dwa dni później, o ile nie pojawiły się nieoczekiwane komplikacje w postaci np. niższego stanu wody. Czas podróży umilały luksusowe, jak na owe czasy, kabiny, restauracja i kawiarnia, koncerty orkiestry, dansingi i... niezapomniane, nieskażone cywilizacją, sielankowe wręcz nadwiślańskie pejzaże, które urzekły niejednego artystę.

„Każdy nad polskie morze dojedzie tanio, wygodnie i przyjemnie statkiem salonowym” - tak reklamowała swoje usługi „Vistula”.

Przyznać jednak trzeba, że czas podróży wydłużały znacząco postoje w większych miastach, gdzie przesiadano się na inne jednostki, lepiej dostosowane zanurzeniem i rozmiarami do konkretnego odcinka kapryśnej wszak i nieuregulowanej Wisły. Przesiadki zajmowały np. w Grudziądzu godzinę, we Włocławku - dwie, a w Toruniu - nawet do 8 godzin.

Do Gdańska, czyli w międzywojniu Wolnego Miasta, można było dopłynąć jedynie posiadając paszport. Kto go nie miał, ten - żeby zobaczyć polskie morze - przesiadał się w Tczewie na luksusowy statek morski „Carmen”, płynący do Gdyni, który ostatnią część podróży odbywał po Bałtyku.

W 1935 roku przez Kujawy i Pomorze dzień w dzień przez cztery letnie miesiące płynęły w obie strony po trzy statki „Vistuli”: z Torunia o 6 rano wyruszał bocznokołowiec do Gdańska, o 17 parowiec do Tczewa, a najpóźniej, o 19.30 - statek do Gdyni. Wcześniej parowce zatrzymywały się w Dobrzyniu, Włocławku, Bobrownikach, Nieszawie, Ciechocinku, Silnie i Złotorii. Po wyruszeniu z Torunia w dalszą drogę - w Solcu Kujawskim, Fordonie, Chełmnie, Grudziądzu i Nowem.

W dwudziestoleciu międzywojennym po Wiśle kursowało regularnie około 100 statków - niemal połowę z nich stanowiły „pasażery”. Pływały od Sandomierza do Gdyni. Niektóre mniejsze docierały nawet do Krakowa.

Takie podróże były popularne, choć dostępne raczej dla osób dobrze sytuowanych, niepracujących, zwłaszcza... emerytów. Większość obywateli II RP podróżowała, oczywiście, koleją. Na dwu-, trzydniowe „ekscesy” nie było czasu, choć ceny nie były wysokie. Kurs „statkiem salonowym” w 1935 roku z Torunia i Fordonu do Gdyni kosztował 7,40 zł (wraz z biletem powrotnym 9,90 zł), a „statkiem pasażerskim” tylko 5,50 (powrotny 7,40). Wycieczki grupowe - jak deklarowano - mogły liczyć na znaczne zniżki. Kto nie chciał zabierać na drogę wałówki, mógł wykupić wyżywienie w restauracji za 5 złotych dziennie.

Niezwykłe przyjemności...

„Pan Tadeusz”, najbardziej luksusowy statek tego okresu, nie ustępował swym standardem wycieczkowcom, pływającym po Sekwanie, Renie i Jeziorze Bodeńskim. Wzięciem cieszyły się bocznokołowiec „Gdańsk” oraz tylnokołowce „Warszawa” i „Goplana”.

Jak informował przewodnik po naszym regionie z 1938 roku, „ta komunikacja ma z turystycznego punktu widzenia kapitalne znaczenie, zważywszy na wielką obfitość wrażeń, jakich dostarcza szlak Wisły”.

W międzywojennej prasie można odnaleźć opisy takich podróży.

Dziennikarze „Słowa Pomorskiego” byli takim rejsem zachwyceni. „Podróżowanie po Wiśle i morzu należy bezsprzecznie do niezwykłych przyjemności” - pisali. - „Bez cienia przesady można dziś bowiem stwierdzić, że nie ma obecnie milszej, wygodniejszej i tańszej komunikacji do morza polskiego i Gdyni, jak podróż rzeczno-morska. (...) Z grodu Kopernika wyruszamy stakiem salonowym „Vistuli” o 19.30. Srebrne, przesiane złotem w ciepłe dni czerwcowe fale królowej rzek polskich pruje statek pośpieszny (12 węzłów na godzinę, czyli 25 km). Mamy do dyspozycji wygodne kabiny 2- i 4-osobowe, kabiny sypialne ze świeżą pościelą, salony, salę restauracyjną, pianino, radio, meble klubowe, a nawet stoliki bridżowe. Cóż więcej wymagać? Zefirek mile łaskocze wycieczkowiczów. Na pokładzie panuje beztroski gwar i humor. Z salonu wydobywają się tony skocznego kujawiaka, który porywa do tańca, bo przy fortepianie zasiadł prima pianista. (...) Z oszklonych werand obserwujemy przecudne panoramy niziny gdańskiej, kanały i śluzy, które pozostawiają niezapomniane wrażenia. (...) Na horyzoncie widać kontury wież kościołów i gmachów starożytnego Gdańska. Mijamy Nowy Port, latarnie morskie, na prawo bezbrzeżna dal Bałtyku, a na lewo znane Sopoty z osławionem kasynem gry i rozległem molo spacerowem. Już widać port polski - Gdynię”.

„Francja” elegancja

Redaktor „Kurjera Bydgoskiego” z kolei wchodził na pokład „Francji” z duszą na ramieniu: „Bałem się strasznej nudy” - wyznał. Te obawy jednak szybko minęły. „Francja” to istne wiślane „pływające miasto” - napisał. „Wprost zdumiony jestem, że za kilkanaście złotych dać można tyle komfortu, zapewnić pasażerom tyle wygód (fotele trzcinowe i leżaki na pokładzie, kabiny jak przedziały pierwszej klasy kolejowej). Wszystko rzęsiście iluminowane. Na pokładzie ruch i gwar. Wesoło jak na dancingu. A bo jest i dancing na statku - to przy dźwiękach fortepjanu, to znowu orkiestry radjowej. W restauracji czuję się jak „Pod Orłem”, w kabinie - jak w hotelu, a na pokładzie - jak na Riwierze”.

Nie wszyscy byli jednak zadowoleni. „Statkiem dopłynęliśmy z Warszawy tylko do Włocławka, a dalej pojechaliśmy już pociągiem” - pisali reporterzy jeszcze innego pisma. „Wcześniej statek kilkakrotnie zatrzymywał się na mieliznach, a my kilkaset metrów pokonywaliśmy nawet pieszo wzdłuż lewego brzegu Wisły”.

Po II wojnie niewiele w tym zakresie się zmieniło. Flotylla wiślana została znacjonalizowana i wszystkie kołowce były teraz państwowe. W większości były to poprzerabiane statki niemieckie. Reaktywowano rejsy z Sandomierza aż do Gdańska, wymyślono rejsy wczasowe dla świata pracy.

Największym powodzeniem cieszyły się krótkie, parogodzinne przejażdżki w okolicach większych miast. Było tam tak, jak w piosence „Parostatek” i o „statku do Młocin”.

- Z tamtych lat zostały mi wspomnienia niezapomnianych wiślanych pejzaży: łach, kęp i niezliczonych wysp pod Nieszawą - wspomina torunianin Rafał Kowalski. - Raz statek osiadł pod Ciechocinkiem na mieliźnie i musiał go ściągać holownik. Pamiętam też wycieczkę cechu fryzjerów do Włocławka. Zanim statek minął Ciechocinek, już wszystkich „zmogło” w kabinach. Budzono ich po powrocie do Torunia, ale nie chcieli wysiadać. Twierdzili, że zostali oszukani, bo nie byli wcale we Włocławku. Innym razem, kiedy na zakręcie rzeki pod Złotorią wyłonił się drugi statek, płynący z naprzeciwka, prosto na nas, wybuchła panika. Wszyscy uciekali na przeciwległą burtę. Statki rzeczywiście się zderzyły, mocno zakołysały, ale zaraz popłynęły dalej. Naprawdę przeżyliśmy wówczas chwile grozy...

Z roku na rok rejsy wiślane stawały się coraz mniej atrakcyjne. Tę formę podróżowania wypierały kolej i autobusy. Postęp wymuszał też zmiany. W miejsce statków z maszyną parową, napędzającą koła łopatkowe, wprowadzono jednostki z silnikami spalinowymi, które były znacznie bardziej ekonomiczne w eksploatacji niż ich poprzednicy. W 1969 roku w eksploatacji było już tylko sześć statków bocznokołowych („Bałtyk”, „Racławice”, „Dzierżyński”, „Marchlewski”, „Świerczewski” i „Traugutt”). Za koniec ery parostatków bocznokołowych na Wiśle przyjmuje się rok 1977.

Ostatni z kujawsko-pomorskich wiślanych kolosów, poruszanych charakterystycznymi dwoma kołami w kształcie turbin z łopatkami, żywot swój zakończył marnie. „Edward” zbudowany został w międzywojniu i był własnością bogatego mieszkańca Warszawy. Początkowo służył do przewożenia żwiru na Żeraniu, potem pływał (po gruntownej przeróbce) w służbie pasażerskiej. Po wojnie stał się własności państwowego przedsiębiorstwa Żegluga Warszawska. Przemianowano go na „Żerań”. Ze względu na swoje niewielkie zanurzenie, przez jakiś czas był wykorzystywany jako holownik w Żegludze Bydgoskiej. Porzucony, długi czas dogorywał w dawnej przystani Ligi Obrony Kraju w Bydgoszczy-Brdyujściu, aż osiadł na dnie i zapadł się w muł. Był to rok 1964.

Torunianie mieli jeszcze do dyspozycji mniejsze statki kursujące po Wiśle, bydgoszczanom pozostała jedynie „Ondyna”, która aż do roku 1992 odpływała regularnie z nabrzeża przy ul. Grodzkiej na rejsy po Brdzie i Wiśle.

„Ondyna” zwana „Joanną”

W 1985 roku „Ondyna” sezon rozpoczynała 15 maja. W środy oferowała tzw. rejs w nieznane, w piątki przed południem dwugodzinny spacer do Brdyjścia, a po południu - i ten rejs cieszył się największym powodzeniem - sześciogodzinne przejażdżki po Wiśle połączone z dansingiem, podczas którego przygrywał młodzieżowy zespół z ZNTK. W pozostałe dni statek był do dyspozycji zakładów pracy, szkół i instytucji. Najczęściej zamawiano wycieczki do Torunia. „Ondyna” pływała też do Chełmna, a kiedy stan wody w Wiśle był niski - Kanałem Bydgoskim kierowała się do Nakła. Dziś „Ondyna” jako „Joanna” pływa po wodach Zalewu Szczecińskiego.

Definitywny kres żeglugi pasażerskiej na Wiśle nastąpił na przełomie lat 80. i 90.
warto wiedzieć

Ponad półtora wieku wiślanej tradycji

Za początek polskiej żeglugi parowej na Wiśle przyjmuje się rok 1827, kiedy gdańska firma Almonde et Behrend sprowadziła z Anglii dwa statki parowe. Były to nabyty w Liverpoolu parowiec „Victory” i zakupiony w Yarmouth „Książę Ksawery”.

W latach 30. XX wieku największym polskim armatorem rzecznym był Lloyd Bydgoski SA, jednak posiadał on głównie statki towarowe.

Po dolnej Wiśle najdłużej, aż do 1978 roku, pływał „Świerczewski”.

W filmie „Rejs” unieśmiertelniony został z kolei „Bałtyk”, nazywany ostatnim wiślanym paropławem, luksusowy bocznokołowiec z 1926 roku.


Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 19-03-2013 05:35

    Brak ocen 0 0

    - Wojtek z Płocka: Statek w filmie Rejs,to nie jest absolutnie Bałtyk.To Dzierżyński.W filmie nosił nazwę Neptun.Poza tym wszystko się zgadza.Bardzo ciekawy artykuł.Miłe i nostalgiczne wspomnienia.Serdecznie pozdrawiam wszystkich miłośników Żeglugi.

    Odpowiedz

  2. 06-03-2013 18:43

    Oceniono 1 raz 1 0

    - łodziarz: Żegluga Bydgoska miała trzy bliźniacze statki w Bydgoszczy Ondyna w Toruniu Wodnik a w Grudziądzu Dziwożona. Sam jako sternik pływałem na Ondynie i Wodniku były to złote lata Żeglugi Bydgoskiej. A teraz co, została przerobiona z holownika [Gopło] Bydgoszcz i namiastka tak prężnego przedsiębiorstwa nasza Żegluga Bydgoska. Dobrze że doczekam się muzeum Żeglugi Bydgoskiej usytuowane na barce która zacumuje na Brdzie.

    Odpowiedz