Piekło jest pełne dobrych ludzi

Jacek Kiełpiński 2 marca 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:19

Zabił człowieka. Działał w zorganizowanej grupie przestępczej, kradł, napadał, wymuszał, oszukiwał. Cztery razy siedział w więzieniu. Tam spotkał Boga. Dziś nawrócony gangster jeździ po Polsce i głosi dobrą nowinę o Jezusie Chrystusie.


Jego życie nadaje się z powodzeniem na scenariusz filmowy. Zresztą trzy lata temu powstał program telewizyjny „Byłem gangsterem”, w którym miał okazję mówić o przemianie, której doświadczył. Zapewnia, że nie trzeba sięgnąć dna, by się nawrócić. Jego zdaniem, wystarczy poczuć i uświadomić sobie wewnętrzną pustkę, której nic ziemskiego nie potrafi wypełnić.

1990 rok. Nasielsk. Huczna impreza na melinie. Do drzwi puka mężczyzna, chce kupić butelkę wódki zrobionej z lewego spirytusu. Otwiera mu Artur. Jest pijany, agresywny. Wywiązuje się awantura. Po chwili bójka. Mężczyzna ginie od ciosów. Artur Ceroński ma 17 lat, gdy zabija człowieka i trafia pierwszy raz do więzienia.

- Dostałem osiem lat - wspomina. - Przesiedziałem dwa i osiem miesięcy, bo przestępstwa dopuściłem się przed 18 rokiem życia i skorzystałem z możliwości ubiegania się o wyjście po odbyciu jednej trzeciej kary. Zrozumiałem wtedy, że więzienie jest jak hotel robotniczy. Nie ma się czego bać.

Biblia po raz pierwszy

Zaczął się burzliwy okres w jego życiu. Kradł, napadał i rozszerzał kontakty. Założył dyskotekę z muzyką disco polo, w której handlował lewym alkoholem. Był znany w mieście, bano się go, a to mu imponowało. Gdy miał 22 lata, trafił po raz drugi za kraty.

- By wyjść wcześniej, zaplanowałem samookaleczenie - tłumaczy. - Na siłowni koledzy złamali mi stołkiem szczękę, a ja wstrzykiwałem sobie potem w to miejsce różne dziwne leki. Powstał guz, mający znamiona nowotworu. Pisałem wszędzie, że jestem chory, areszt uchylono po dwóch latach i ośmiu miesiącach.

Zaczął żyć na pełnych obrotach. Narkotyki, prostytucja i kontakty z grupami przestępczymi. - Zarabiałem ogromne pieniądze. To były czasy, gdy fabryki amfetaminy wyrastały jak grzyby po deszczu. Szło świetnie, ale w 2001 roku po raz trzeci trafiłem do więzienia za starą sprawę, oszustwo sprzed lat. Miałem siedzieć 10 miesięcy. Potraktowałem to jak wczasy, odpoczynek od narkotyków. Przecież na wolności interesy się kręciły, wiedziałem, gdzie wrócę.

Tam po raz pierwszy wziął do ręki Biblię. - W bibliotece więziennej nie było nic do czytania, a jeden z więźniów miał ją akurat... - wspomina. - Najpierw uznałem, że czytam kompletne głupoty, ale poszedłem z ciekawości na spotkanie z ewangelizatorami. Jedno mnie szczególnie uderzyło - to, że oni przychodzą tu za darmo. Dopiero potem dotarło do mnie, że ci ludzie mówią o czymś, czego ja w ogóle nie rozumiem, o miłości Boga do człowieka. Ba, oni zachowywali się tak, jakby naprawdę osobiście znali Jezusa Chrystusa!

Gdy swej dziewczynie, a obecnie żonie Agacie, powiedział na widzeniu, że jest Bóg, ale on go nie zna i to jest problem, pomyślała, że zwariował. Doszedł do punktu, w którym uznał, że albo Biblia jest kompletnym oszustwem i należy ją spalić, albo mówi prawdę, a to ma zasadnicze znaczenie. Pięć miesięcy przed wyjściem na wolność przeniesiono go z Białołęki do Sztumu. Trafił do celi z człowiekiem nawróconym, który miał literaturę religijną, nagrania kazań, świadectw.

Melanże, burdele, przestępstwa

- Dziś widzę, że to był boży plan - mówi z przekonaniem. - Czytałem, słuchałem, chłonąłem. Byłem na takim etapie, że miałem wiedzę, miałem też już wiarę, ale pozostał jeden zasadniczy krok - doświadczenie. Gdy byłem sam w celi, pierwszy raz pomodliłem się. Powiedziałem kilka słów do Boga, który mnie kocha i oddał za mnie życie. Pękła bariera. Rozpłakałem się i poczułem bożą obecność. Przed oczami przeleciały mi moje grzechy, wszystkie melanże narkotyczne, burdele, które odwiedziłem, przestępstwa i twarze skrzywdzonych przeze mnie ludzi. Przepraszam, że żyłem bez Ciebie, że grzeszyłem - powiedziałem i poczułem obecność Jezusa. Tak, on tam był. Usłyszałem w sobie słowa: „Umarłem za ciebie, już nigdy nie staniesz na sąd”. Z kolan wstał inny człowiek.

A dowody? Nasz świat potrzebuje dowodów.

- W jednej chwili przestałem przeklinać. Od 2001 roku nie powiedział em brzydkiego słowa - zapewnia Ceroński. - Uwolniłem się od narkotyków, tak jakbym nigdy ich nie brał. Wszytko to, co robiłem, poddawałem woli bożej. To on, a nie ja miał odtąd kierować moim życiem.

Po wyjściu na wolność bmw zamienił na różowy rower, zaczął szukać pracy, ożenił się. Rozwieszał plakaty i wynajmował knajpy, by ewangelizować.

Jednak po raz czwarty upomniał się o niego wymiar sprawiedliwości. Za starą sprawę z końca lat 90. przesiedział jeszcze ponad trzy lata.

- Duch Święty mówił mi, że na procesie mam się do wszystkiego przyznawać, a po pierwsze, przyznawać się do niego. Gdy zacząłem głosić Słowo Boże w więzieniu, wielu myślało, że oszalałem. Pani psycholog skierowała mnie nawet na trzymiesięczną obserwację psychiatryczną. Można powiedzieć, że za kratami założyłem kościół, wielu kolegów poznało dzięki temu Jezusa, wielu się nawróciło - Artur Ceroński uznaje, że ta odsiadka była częścią bożego planu wobec niego.

Cuda zaczęły się dziać

Gdy zaczynał pracę, wielu przestrzegało właściciela firmy, że go okradnie i oszuka.

- Tylko moje życie mogło ich przekonać. Wiedziałem, że jestem na widelcu i są tacy, którzy czekają, aż się potknę. Nie dziwię się. Przecież mogą pomyśleć, że ściemniam, wymyśliłem sobie sposób na życie, a nawet przykrywkę do jakichś szemranych interesów. Ile ja plotek na swój temat słyszałem... Dlatego chcę być transparentny. Niech widzą przeze mnie Jezusa, który dokonuje cudów. Bo też cuda zaczęły się dziać w moim życiu. Gdy się jest w stałej relacji z Bogiem, możliwe są chociażby uzdrowienia. Wierzę w to, bo tego doświadczałem wielokrotnie.

Rozpoczął akcję ewangelizacyjną na szeroką skalę. Ze swoim przekazem docierał do więzień, szkół, a nawet kościołów katolickich.

- Kłamstwo tkwi w stwierdzeniu, że trzeba być dobrym. Piekło jest pełne dobrych ludzi. Diabeł, jako wielki humanista, nie przeszkadza być dobrym. Dobrzy są też muzułmanie, buddyści. Chrześcijaństwo to jednak coś innego. Ono mówi wyraźnie - łaską jesteście zbawieni. Bóg nie traktuje dobrych uczynków jako waluty - przekonuje. - Trzeba za to powiedzieć: Od dziś Ty jesteś moim Panem. I tak żyć. To nie jest trudne, ale to jest przełomowe. Na tym polega narodzenie na nowo, o którym mówi Biblia.

Gdyby nagle rozstąpił się Bałtyk...

Dziś współpracuje z wieloma kościołami ewangelicznymi, także z grupami Odnowy w Duchu Świętym w Kościele katolickim. Twierdzi, że przez nasz kraj rusza wielka fala ewangelizacyjna. Jest dumny, że bierze w tym zjawisku czynny udział.

- Uznaję, że moje poprzednie życie było matriksem. Teraz wstaję rano i zaczynam dzień od modlitwy. Wszystko stało się proste i jasne. Każdy problem, także finansowy, powierzam Panu i on to rozwiązuje - głosi z mocą, ale przyznaje zarazem, że nauka ta, która nie jest z tego świata, do wielu nie dociera. - Zamknięte przez diabła umysły nie są w stanie przyznać nawet, że są świadkami cudu. Gdy na naszych spotkaniach ludzie wstają z wózków inwalidzkich, spływa to po niektórych. Czasem wydaje mi się, że gdyby nagle Bałtyk się rozstąpił i suchą nogą moglibyśmy iść na Bornholm, to też wielu uznałoby to za jakieś zjawisko atmosferyczne i tyle. A ja bym na kolanach modlił się kilka dni, dziękując Panu.

Czujemy pustkę. Czyż nie?

Jego przesłanie jest proste.

- Najważniejsze, by codziennie żyć z Bogiem. Uznać, że jest szef, który decyduje, co mam robić. I nie trzeba dotknąć dna, tak jak było w moim przypadku. Wystarczy poczuć tę pustkę w sobie, której nie wypełnią pieniądze, rozrywki, alkohol, narkotyki, sukcesy nawet. No, przyznajmy szczerze, gdzieś tam ciągle czujemy pustkę. Czyż nie? A tę pustkę wypełnić może Jezus. Na tym polega chrześcijaństwo. To naprawdę warto sprawdzić.