Unia - smutny biznesmen z dużą gotówką [rozmowa]

Przemysław Łuczak 25 lutego 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:19

„W polityce nie mniej niż same czyny liczy się ich odbiór przez społeczeństwo. Dlatego karkołomnym zadaniem byłoby przekonanie wyborców, że obecny projekt budżetu jest dla Polski tak niekorzystny, że trzeba go odrzucić. Za rok czekają nas wybory do Parlamentu Europejskiego, a kto zagłosuje na polityków, którzy odrzucają co najmniej 440 mld złotych?”




Rozmowa z dr. RADOSŁAWEM POTORSKIM, prawnikiem i politologiem z UMK.

Jak można ocenić polską część unijnego budżetu na lata 2014-2020? Jest to sukces - jak przekonuje rząd, czy porażka - jak uważa PiS?

Unijny budżet na lata 2014-20 to ok. 960 mld euro. Polska otrzyma z tego 106 mld, czyli ponad 10 proc. finansów organizacji skupiającej 27, a od lipca tego roku 28 państw, bo dojdzie Chorwacja. To naprawdę jest duże osiągnięcie, zważywszy że część państw ze względu na kryzys w strefie euro chciała bardzo ciąć wydatki i zmniejszyć budżet. Wspomniane pieniądze wprawdzie nie rozwiążą wszystkich naszych problemów, ale mogą być kołem zamachowym dla całej gospodarki i przyczynić się do zwiększenia inwestycji. Poza tym, czego często się nie dostrzega, efektem ostatniego szczytu unijnego jest także niepieniężny kapitał na przyszłość. „Polska ma sukces”, więc łatwiej będzie nam przyciągnąć i przekonać partnerów do naszych pomysłów. W dyplomacji bowiem opinia ma duże znaczenie. Niefortunna byłaby więc sytuacja, gdybyśmy zamiast radości z niewątpliwego sukcesu, próbowali teraz lansować niczym nieuzasadnione poczucie porażki.

Część polityków uważa, że za mało dostaną polscy rolnicy...

PiS marząc o przejęciu władzy nie przepuszcza żadnej okazji do krytykowania rządu PO i PSL. Stąd takie opinie. To zresztą prawo opozycji. Natomiast lepiej z tej sytuacji wybrnął SLD. Ustami Leszka Millera przyznał, że budżet jest sukcesem, ale jednocześnie przypomniał swoje wcześniejsze zasługi w polityce unijnej. Trzeba jednak zauważyć, że poprzez uzyskanie możliwości przesunięć w budżecie krajowym oraz odpowiednie ukierunkowanie środków z funduszy strukturalnych, kwota pomocy dla polskiej wsi w ramach wspólnej polityki rolnej będzie ostatecznie wyższa (obecnie jest to ponad 28 mld euro - przyp. red.).

Co o naszym sukcesie mówi się w Brukseli?

Miałem okazję być w Brukseli na tydzień przed szczytem. Już wtedy można było usłyszeć uznanie dla naszych negocjatorów. Sam szczyt jest tylko ostatnim aktem trwających wiele miesięcy zabiegów dyplomatycznych. Polsce udało się zawiązać siatkę różnych sojuszy interesów, nie tylko z tzw. przyjaciółmi spójności, lecz także z państwami bogatymi, jak Francja i Niemcy.

Czy Janusz Lewandowski jako komisarz ds. budżetu był naszą tajną bronią?

Nawet jeśli był naszą tajną bronią, to nigdy się tego nie dowiemy. Myślę jednak, że pochodzenie Janusza Lewandowskiego miało swoje znaczenie. Jako polski polityk doskonale bowiem rozumiał potrzeby wszystkich krajów Europy Środkowowschodniej. Dla niego perspektywa cięcia funduszu spójności, a więc środków przeznaczonych na rozwój, była trudna do zaakceptowania. W tym sensie był więc silną bronią, ale całego regionu.

Polacy bardzo często postrzegają Brukselę jako kasę. To wina polityków, że sprowadzają Unię Europejską głównie do pieniędzy?

Niedawno rozmawiałem z pewną badaczką, która analizowała wizerunek Unii w Turcji i innych krajach, w tym w Polsce. Ludzie mieli porównać Unię do człowieka. Okazało się, że generalnie jest ona postrzegana jako biznesmen w średnim wieku, ale raczej smutny, nierozrywkowy, bez szczególnego wyrazu. Czyli ktoś, kto nie zapada w pamięć i kojarzy się z finansami, księgowością, skomplikowanymi procedurami i biznesem. Do wykreowania takiego wizerunku przyczyniają się jednak nie tylko politycy, ale także media i inne opiniotwórcze środowiska. To jest zadanie również dla naukowców, żeby lepiej wyjaśniali sens przynależności do UE, że owa wspólnota to nie tylko pieniądze, lecz także na przykład dostęp do wspólnego rynku. O tyle to trudne, że chcąc zrozumieć Unię, trzeba nauczyć się jej języka, w którym nawet zasada solidarności rozpisana jest na konkretne paragrafy.



Czy budżet, z którego już się cieszymy, może zostać obalony przez Parlament Europejski?

Przewodniczący PE Martin Schulz dał do zrozumienia, że nie jest usatysfakcjonowany budżetem. Ale, co ważne z naszego punktu widzenia, martwi go to, że jest on zbyt niski, a nie poziom wsparcia dla krajów takich jak Polska. Choć parlament może ostatecznie nawet zawetować cały projekt, to jednak liczę, że ostatecznie go przyjmie, skoro większość przywódców unijnych państw uznała jego wynegocjowanie za sukces.

Czy prowizorium budżetowe w przypadku odrzucenia budżetu mogłoby być dla Polski czarnym scenariuszem?

Nie byłby on wcale dla nas taki czarny, bo paradoksalnie Polska wyszłaby na nim całkiem dobrze. Prowizoria budżetowe oparte są bowiem na wydatkach z roku poprzedniego, a rok 2014 osadzony na obecnym budżecie, byłby dla nas korzystny. Kwotowo nie bylibyśmy więc stratni, natomiast trudno byłoby w takiej sytuacji myśleć o zbudowaniu dłuższej strategii rozwojowej. Nie można byłoby rozpoczynać żadnych wieloletnich inwestycji czy kontynuować już rozpoczętych przedsięwzięć, zwłaszcza drogowych.

Polscy europosłowie w komplecie zagłosują za projektem budżetu?

W polityce nie mniej niż same czyny liczy się ich odbiór przez społeczeństwo. Dlatego karkołomnym zadaniem byłoby przekonanie wyborców, że obecny projekt budżetu jest dla Polski tak niekorzystny, że trzeba go odrzucić. Za rok czekają nas wybory do PE, a kto zagłosuje na polityków, którzy odrzucają co najmniej 440 mld złotych? Wydaje się więc, że polscy europosłowie będą za przyjęciem budżetu.

To już ostatni tak duży unijny zastrzyk finansowy dla Polski?

Nie sądzę, byśmy do tego czasu stali się aż tak rozwiniętym gospodarczo krajem, żeby zostać płatnikiem netto. Niewątpliwie jednak później nie zyskamy już tak dużych środków jak obecnie. Część z naszych regionów nie będzie się bowiem kwalifikowała do wsparcia z funduszy strukturalnych. W UE istnieje jednak mechanizm na taką okoliczność - tzw. pomoc przejściowa, którą obecnie otrzymują np. Hiszpania i Portugalia. Poza tym trzeba wziąć się do pracy i jak najefektywniej wykorzystać nadchodzącą perspektywę. Nie możemy tych pieniędzy przejeść. Przykład Grecji powinien być najlepszym ostrzeżeniem. Dlatego racjonalne rozdysponowanie środków będzie najważniejszym testem obecnej ekipy rządzącej.

Premier wybiera się w podróż po Polsce, żeby rozmawiać o jak najlepszym wydawaniu unijnych pieniędzy...

Będzie to raczej spieniężenie sukcesu. Z drugiej strony, w przypadku podziału środków strukturalnych obowiązuje tzw. zasada partnerstwa. Nakazuje ona przeprowadzenie społecznych konsultacji co do sposobu rozdysponowania środków. Premier chce zatem połączyć obowiązek z szansą na poprawienie wizerunku własnego i PO.

Czy powinniśmy myśleć o wejściu do strefy euro?

To pytanie dotyka naszego pomysłu na Polskę w Unii. Jeśli chcemy traktować ją jak swoiste źródło finansowe czy rekompensatę za poniesione historyczne straty, to niekoniecznie. Wówczas jednak musimy liczyć się z tym, że będziemy marginalizowani, bo UE coraz bardziej skupia swój rozwój wokół krajów strefy euro. Zgodnie z traktatami, to one decydują o polityce finansowej UE. Aby mieć zatem coś w tej kwestii do powiedzenia, trzeba podjąć pewne ryzyko i wejść do strefy euro.

Czy Wielka Brytania może wystąpić z Unii Europejskiej?

W polityce nie powinno wykluczać się żadnej ewentualności. Sądzę jednak, że David Cameron zdał sobie sprawę, jak bardzo rozbudził wśród Brytyjczyków nastroje antyunijne i co oznaczałoby sfinalizowanie jego zapowiedzi. Wielka Brytania ma rozliczne interesy, które kwitną głównie dzięki jej przynależności do UE. Dotyczy to nie tylko na przykład przemysłów samochodowego, lotniczego czy londyńskiej giełdy, ale także piłki nożnej, korzystającej ze swobody zatrudniania graczy z kontynentu. Wystąpienie z Unii oznaczałoby, że te wszystkie dziedziny napędzające tamtejszą gospodarkę, zaczęłyby przynosić mniejsze zyski, co na własnej skórze odczuliby sami Brytyjczycy.

Jakie byłyby skutki takiego kroku?

Finansowo z pewnością stracilibyśmy płatnika netto. Jednak wydaje mi się, że Unia po takim kroku szybciej odzyskałaby siły niż Wielka Brytania. Pamiętajmy też, że po akceptacji budżetu przez PE, Brytyjczycy musieliby zmierzyć się z problemem realizacji zobowiązań finansowych wobec Unii. Byłyby także skutki polityczne. Francja i Niemcy wzmocniłyby swoje pozycje. Możliwe, że wówczas najbogatsi postanowiliby odciąć się od biedniejszych państw i pogłębiać integrację w mniejszym gronie.