Wielki hazard w Małych Kapach

Krzysztof Błażejewski 24 lutego 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:19

Panowie jechali tam w tużurkach, panie w wykwintnych kapeluszach. Za bramą zaczynał się świat wielkich pieniędzy i równie wielkich namiętności. Zanim powstał tor na warszawskim Służewcu, hazard związany z wyścigami konnymi kwitł na Pomorzu i Kujawach.





Wyścigi konne stały się modne w Europie w połowie XIX stulecia. Przede wszystkim za sprawą możliwości obstawiania wygranych na torze. Namiętność do hazardu była tak samo bliska Prusakom, Austriakom, jak i Rosjanom czy Polakom. Dlatego jak grzyby po deszczu powstawały wyścigowe tory także na ziemiach polskich. W naszym regionie Niemcy organizowali konne gonitwy w Bydgoszczy, Toruniu, Inowrocławiu i Grudziądzu. Rosjanie - w Ciechocinku i Włocławku.

W okresie I wojny życie na torach zamarło.

Jako pierwsze w odrodzonej Rzeczypospolitej powstało w Poznaniu Wielkopolskie Towarzystwo Wyścigów Konnych. Wyścigi na Ławicy urządzano od 1919 roku, nie przerywając ich nawet podczas wojny polsko-bolszewickiej. Do frontu było przecież daleko. A po zwycięstwie ożyły tory. W Grudziądzu, Ciechocinku, Włocławku...

Kto z bydgoszczan nie słyszał o ulicy Wyścigowej? A kto wie, co się w jej okolicach w latach świetności działo?

Przy kasach tłok i ścisk

„Lśniące cylindry, czarne tużurki, żakiety. Piękne panie, piękne toalety, piękne konie. Auta, powozy, taksówki, dorożki. Długie sznury pieszych” - opisywał atmosferę wyścigów konnych w międzywojniu Tadeusz Grabowski. - „Szeroko otwarta brama - meta dla wszystkich: pieszych i jadących - przyjmuje chętnie, gościnnie i powoli wchłania tłumy publiczności. Tłok i ścisk. Przy kasach „totka” pełno. Ci, dla których nie istnieje nic prócz numerów i wypłat, oblegają zwartym tłumem okienka kas. Podglądają, podsłuchują, szpiegują, kombinują. 32, 47, 51... Jordan, Efur, Beduin, Duce...”

W połowie lat 20. przyszła moda na konkursy hipiczne. Organizowano je jak Polska długa i szeroka, a najważniejszym ośrodkiem był Grudziądz, gdzie mistrzowie jazdy szlifowali swoje umiejętności w Centrum Wyszkolenia Kawalerii. To na tamtejszych konkursach można było podziwiać mistrzowskie umiejętności naszych medalistów olimpijskich: Rómmela, Szoslanda, Królikiewicza, Antoniewicza, Dobrzańskiego „Hubala”. Klasyczne gonitwy odeszły nieco w cień.



W Bydgoszczy umiejętności koni i jeźdźców podziwiano na polu ułańskim, gdzie dziś znajduje się osiedle Błonie, na placu koszarowym przy ulicy Gdańskiej i nad Brdą, gdzie dziś stoi kompleks Astorii oraz w ogrodzie Patzera. W Ciechocinku popisy organizowało Kujawsko-Mazowieckie Koło Sportowe. W Inowrocławiu - miejscowy Klub Jazdy Konnej na placu w Mątwach.

Nikt się nie spodziewał, że wiosną 1926 roku nastąpią nagłe zmiany. Magistrat Poznania podniósł znacząco ceny za wynajem toru na Ławicy. Z protestującymi koniarzami nie chciał rozmawiać. Nie przewidział jednak skutków tego kroku.

Działacze Wielkopolskiego Towarzystwa Wyścigów Konnych, zamiast przyjść do zarządu miasta na kolanach i z grubą gotówką, pojechali najbliższym pociągiem do... Bydgoszczy.

Utarli nosa zarządowi

Poznaniacy najpierw poszli obejrzeć nieużywany od dekady tor wyścigowy w Kapuściskach Małych. Potem pojechali do urzędu. Rozmowa z prezydentem Bernardem Śliwińskim i zarządem miasta była krótka i konkretna. Obie strony wstały od stołu zadowolone. Bydgoszczanie, bo wyścigi dawały okazję zarobku i podnosiły prestiż miasta. Poznaniacy, bo mieli tańszy tor i ucierali przy okazji nosa swojemu zarządowi.

Dalej poszło już łatwo. Prowizoryczne odnowienie toru, ustawienie przeszkód i płotów zajęło niewiele czasu. Tor był wystarczająco szeroki, by można było wydzielić trzy pasy: do gonitw płaskich, do wyścigów „z płotami”, czyli barierkami na stojakach i wyścigów „z przeszkodami”, czyli żywopłotami, pagórkami i rowami z wodą. Stare trybuny wystarczyło odmalować. Mogły pomieścić aż trzy tysiące obserwatorów. Pospiesznie modernizowano stajnie, w których wydzielono 30 boksów. Rozbudowa paddocku, widowni i stanowisk bukmacherskich mogła poczekać.




Inauguracyjne gonitwy odbyły się 10 października 1926 roku. Pierwszym zwycięzcą była Hrabianka pod Badoszkinem, a kto ją obstawił, ten wygrywał 15 złotych za każde wydane 10. W szóstym wyścigu nikt nie wygrał ani złotówki. Pierwszy na mecie był koń, na którego nikt nie postawił! Gdyby ktoś go wybrał, wygrałby za każde postawione 10 zł - 180. Rekordowa wygrana pierwszego sezonu wynosiła 72 zł za 10.

Wypłata nagród dla właścicieli rumaków była uregulowana w ten sposób, że nagroda zapowiedziana w programie, a było to od 300 do 1000 złotych, była wypłacana posiadaczowi zwycięskiego konia. Drugi na mecie otrzymywał 30 proc. tej sumy, trzeci - 10 proc.

W kolejnych latach starano się organizować zawody tak, by ich termin nie kolidował z wyścigami na innych krajowych torach, co gwarantowało udział czworonożnej wyścigowej elity na skalę Polski, a tym samym miało przynosić większe zyski. Wokół toru powstała sieć restauracji. Były urządzone tak, że siedząc przy stolikach można było obserwować swoich faworytów. W przerwach przygrywała orkiestra wojskowa. Emocje budziły także mrożące krew w żyłach wypadki, częste zwłaszcza na przeszkodach. Lotem błyskawicy roznosiły się wieści o nagłym wzbogaceniu się lub przegraniu fortuny. Szokujące były wieści o samobójstwach utracjuszy.

Prezydent Mościcki na wyścigach

Z każdymi zawodami publiczność coraz tłumniej przybywała na tor w Kapuściskach Małych - „Kapach”, jak mawiali zdrobniale bywalcy. To za sprawą bydgoskich wyścigów podupadły te, które organizowano w Grudziądzu. Nikt też nie odważył się wskrzesić dawnego toru wyścigowego pod Toruniem. Cóż, i wówczas liczyły się przede wszystkim pieniądze.

Bydgoskie wyścigi przynosiły taki dochód, że wiosną 1928 roku zbudowano brukowaną drogę dojazdową z dworca Bydgoszcz Wschód do stadionu i nową trybunę. 8 lipca tor został uroczyście poświęcony w obecności samego prezydenta Ignacego Mościckiego. Od 1929 roku rozgrywano na nim corocznie wyścig zwany „Wielką Bydgoską” z nagrodą 5000 złotych ofiarowanych przez zarząd miasta!

„Główna trybuna huczy” - pisał Tadeusz Grabowski. - „To zlany pogwar tysięcy ust, szmer kroków, postuk nóg. Naraz gwar cichnie. Kilka młodych pięknych koni weszło na tor. Lśnią się w słońcu pstrokate koszulki żokiejów. Defilada. W tłumie wre. Bomba w górę. Ruszyli! Lornetki, lornetki, lornetki. Twarze graczy zmieniają swój wyraz jak oblicze aktora filmowego. Ostatni zakręt, ostatnia prosta, finisz! Zawiedzione nadzieje, wściekłość, ból nawet. Przegrał! Zły, zniechęcony tłum warczy nerwowo. Bukmacherzy zwijają się jak w ukropie. Dla zwycięzcy niebieska wstęga, gratulacje, oklaski, spacer. Już znowu cisza, następny start. I znów huragan okrzyków”.



Z czasem na wyścigi do Bydgoszczy zaczęły przyjeżdżać najsłynniejsze polskie stajnie, na przykład barona Leona Kronenberga, hrabiego Ignacego Mielżyńskiego, płk. Iwana Karatiejewa, hrabiego von Donnosmarcka. Majętniejsi oficerowie, zwłaszcza z pułków ułanów stacjonujących na Pomorzu i w Wielkopolsce, zrzucali się w kilku na dobrego konia i usiłowali zarobić na nim, będąc jednocześnie dżokejami. Dlatego w Bydgoszczy ścigali się Karol Rómmel, Adam Królikiewicz i sam „Hubal” - Henryk Dobrzański. Z kolei hrabia Joachim von Alvensleben z Ostromecka, mający znaną w Europie stadninę, wolał zarabiać marki i funty na torach niemieckich i angielskich. Na „Kapy” nigdy nie zwitał.

Od czasu do czasu pojawiały się w Bydgoszczy słynne na całą Polskę konie takie jak Casanova, który w jednym tylko roku przyniósł swojemu właścicielowi 160 tys. zł dochodu. Jak Beduin, bywalec niemal wszystkich krajowych torów. I mniej znane o pięknych niekiedy imionach: Rakieta, Tancerka, Filon, Ekscentryk, Kobiecina, Wenecjanka, Agamemnon, Haszysz, Narzeczona, Jaśnie Panna.

Królami i królowymi bydgoskiego toru, końmi odnoszącymi najwięcej zwycięstw, były jednak: Turkus, Ma Dolary, Dziecina i Brylant. Swój kunszt jeździecki prezentowali tu znani w kraju dżokeje - m.in. mjr Władysław Toczek z Torunia, Adam Tuchołka, który dorobił się w tym fachu tak bardzo, że sprawił sobie później własną stadninę, a także Konstantin Chatisow czy Aleksander Fomienko. Zarówno wśród właścicieli koni, jak i dżokejów było wielu „białych” Rosjan, wygnanych z ojczyzny przez rewolucję.

Dla wygody torunian

Przez sześć lat na dwa miesiące w roku (zwykle późną wiosną i wczesną jesienią) do Bydgoszczy zjeżdżała elita graczy z wypchanymi portfelami, która z najwyższą namiętnością oddawała się hazardowi. Byli to głównie mieszkańcy Poznania, Gniezna, Torunia, Grudziądza, choć nie brakowało co bogatszych włościan z mniejszych miejscowości. Od nadmiaru gości w szwach pękały bydgoskie hotele i prywatne kwatery. Na tor z centrum miasta dowoziły specjalnie w tym celu podstawiane autobusy spod kościoła Klarysek. Zawody w pierwszym roku działalności toru rozpoczynały się o godz. 14, potem jednak ich początek został przesunięty na 16.30 dla wygody... torunian, którym ta pora odpowiadała bardziej - mogli dojechać pociągiem wyjeżdżającym z miasta Kopernika o godz. 15 - i którzy stanowczo od organizatorów tego się domagali.

Wygrane na Kapach nie były wysokie. Sięgały zwykle 15-25 zł za każde obstawione 10. Tylko wyjątkowo przekraczały 30 złotych, zwłaszcza za duble i porządek. Najwyższa wygrana w historii międzywojennych wyścigów w Bydgoszczy to 880 zł za obstawienie porządku w gonitwie czwartej płaskiej 24 lipca 1927 roku. Wygrała wówczas Mimoza, własność por. Paszyńskiego z Poznania pod dżokejem Osińskim. Druga była Fraszka płk. Rómmela pod Reifem, a trzecia Kalina tegoż samego Paszkowskiego pod Kozaczukiem. Pieniądze skasował jeden z poznaniaków w całości, bo tylko on obstawił taką właśnie kolejność pierwszej trójki. Podejrzewano, że był to człowiek wynajęty. Po wyścigu wszczęto śledztwo, podejrzewając zmowę dżokejów i właścicieli oraz ustawienie wyniku, jednak niczego nie udało się udowodnić.



Na Kapach początkowo płatne były tylko miejsca na trybunie, potem wprowadzono także bilety wstępu na obiekt w porze wyścigów. Rekordową frekwencję notowano zawsze na pożegnalnych zawodach cyklu, kiedy to pomiędzy posiadaczy biletów rozlosowywano jednego chyżonogiego rumaka, którego szczęśliwy właściciel z reguły natychmiast odsprzedawał organizatorom.

Gdy opustoszały loże...

Jesienią 1931 roku kryzys gospodarczy w bardzo szybkim tempie dotknął i wyścigi konne. Najpierw do Bydgoszczy przeniesiono wyścigi z Ciechocinka i Włocławka. Potem rozwiązało się Wielkopolskie Towarzystwo Wyścigów Konnych, które nie było w stanie spłacić długu, zaciągniętego na budowę nowego stadionu w Poznaniu. Od 1932 roku na bydgoskim torze z rzadka pojawiali się tylko wojskowi jeźdźcy. Mieszkańcom Kujaw i Pomorza pozostały konkursy hippiczne, które organizowano na przemian w Bydgoszczy, Grudziądzu i Toruniu w formie rywalizacji uczniów szkół podchorążych kawalerii w Bydgoszczy i Grudziądzu oraz szkół artylerii w Bydgoszczy i Toruniu.

„A potem znikają limuzyny, powozy, pustoszeją loże” - pisał Tadeusz Grabowski. - „Kasjerzy liczą pieniądze. Dużo pieniędzy. Łamie się zwarty sznur aut. Podjeżdżają gromady dorożek - ich święto. Ostatnie pożegnalne uśmiechy pięknie wykrojonych ust, powłóczyste spojrzenia rozmarzonych oczu, ukłony cylindrów... Za nimi zostają opustoszałe loże”. 

Gdy konie rządziły na Pomorzu i Kujawach...

Wyścigi w Grudziądzu organizowane były w latach 1921-1930 przez Pomorskie Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni, mające siedzibę w Obozie Szkolnym Kawalerii. Prezesem towarzystwa był komendant obozu, gen. Stefan Kasprzycki, a urządzaniem wyścigów zajmował się rotmistrz Leon Kon. Tor usytuowany był przy Szosie Radzyńskiej.We Włocławku konie ścigały się na tamtejszym torze w latach 1922-1926. W Ciechocinku - po odzyskaniu niepodległości - wyścigi organizowane wcześniej głównie dla bogatych kuracjuszy wskrzeszono w 1922 roku, a kontynuowano je na nowym stadionie, zbudowanym w sąsiedztwie tężni w latach 1928-1930.Pod koniec XIX stulecia wyścigi konne z totalizatorem urządzano również w Toruniu. Oto ogłoszenie zamieszczone w „Gazecie Toruńskiej”: „W niedzielę, 1-go sierpnia 1886 o godzinie 3 po południu: wielkie wyścigi konne na polach łysomickich pod Toruniem”.


Pozostały tylko nazwy ulic: Wyścigowa i Startowa

Bydgoski tor zbudowano na rozległym pustym placu w ówczesnej wsi Kapuściska Małe w pobliżu dworca kolejowego Bydgoszcz Wschód, przy linii wiodącej do Torunia. Z północnej strony tor wyścigowy ograniczała ściana lasu. Południowy kraniec sięgał do dzisiejszej ulicy Inwalidów, zachodni do ul. Sygnałowej, wschodni - do Wyścigowej. W 1882 roku zarwała się trybuna, którą zajmowało 300 osób. Było wielu rannych. Niemcy wyścigi urządzali tu aż do 1916 roku, kiedy to tego typu rozrywki musiały ustąpić potrzebom machiny wojennej. Wyścigi z totalizatorem Wielkopolskie Towarzystwo Wyścigów Konnych organizowało tu w latach 1926-1931.Tor w latach 50. od rozrastającego się miasta odcięła nowo zbudowana linia kolejowa do Torunia. Sam obiekt niebawem zaorano i rozparcelowano na ogródki działkowe, które istnieją w tym miejscu do dziś.