Martwe ptaki znowu spadły z drzew

Krzysztof Błażejewski 18 lutego 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:20

To był największy bydgoski zakład pracy w okresie PRL-u. Wokół Zachemu, który tak naprawdę zbudowali Niemcy, a ogołocili Rosjanie, wyrosły nowe osiedla, a pracę znajdowały tam całe rodziny. Dziś pozostały wspomnienia...


Najpierw, gdy nie było tam nas, był las. I to gęsty. Na południowy zachód od Bydgoszczy, w kierunku na Toruń, w Puszczy Bydgoskiej, opodal wsi Łęgnowo, mając dobry dostęp do dwóch szlaków kolejowych, na początku II wojny światowej Niemcy zdecydowali się zbudować gigantyczny zakład materiałów wybuchowych, tak bardzo im potrzebnych do prowadzenia działań wojennych.
Do miasta było stamtąd ładnych kilka kilometrów. Tego wymagały względy bezpieczeństwa. Zatrudniano tam nawet kilkanaście tysięcy osób - robotników przymusowych, jeńców angielskich, francuskich, włoskich, radzieckich, a nawet Żydówki ze Stutthofu. Powstały setki kilometrów dróg, bocznice kolejowe, tysiące budynków, w większości ukrytych w lesie lub pod ziemią.

Dynamit AG, w skrócie DAG, jest dziś jako Exploseum jednym z najbardziej oryginalnych polskich muzeów techniki. Pomimo zniszczeń, jakie nastąpiły w zakładzie, nie tylko na skutek upływającego czasu.

Powstały na gruzach DAG-u gigantyczny, nawet jak na PRL-owskie warunki, Zachem lata świetności dawno ma za sobą. Dziś praktycznie kończy swój żywot, co budzi naturalny żal, a nawet złość tych, którzy tu pracowali, zdziwienie i smutek tych, którzy z pracy w Zachemie żyli, a były to nieraz całe rodziny i to w kilku pokoleniach. Zachem z racji doskonałych jak na Polskę Ludową warunków płacy zawsze przyciągał. To dzięki niemu Bydgoszcz powiększyła się o kilkanaście tysięcy mieszkańców, wyrosły osiedla Kapuściska i Wyżyny, zbudowano kilkanaście kilometrów linii tramwajowej - do Łęgnowa i przez „Kapy”.

Początki z szubienicą w tle

Kiedy Rosjanie w 1945 r. opuścili zakład, zniknęło wraz z nimi wszystko, co dało się wywieźć. Tak postępowali wszędzie na zajmowanych przez siebie terenach. Mienie niemieckie, a często i polskie, ulegało rekwizycji jako zdobycz wojenna. Jednak teren i urządzenia, które pozostały, były i tak bardzo cenne.

Pionierami Zachemu byli pracownicy przedwojennej wytwórni prochu w Pionkach. Na terenie DAG-u powstała najpierw fabryka prochu (jej pierwszy dyrektor Eugeniusz Smoliński w 1947 roku został skazany na śmierć i stracony pod zarzutem sabotażu), a w 1948 roku wytwórnie chemiczne nr 9 i nr 11, które stopniowo się rozrastały. Cała produkcja szła do wojska. Była ściśle tajna. Zatrudnienie znajdowali tu przede wszystkim absolwenci chemii na UMK. Jednym z nich był Antoni Rosołowicz, który w Zachemie przepracował całe zawodowe życie.

- Kiedy pierwszy raz przyjechałem do Bydgoszczy - wspomina - byłem w tym wieku, że oglądałem się za dziewczynami. Zaskoczyło mnie, że w tym mieście niemal co druga miała... rude włosy. Dopiero później dowiedziałem się, że były to pracownice Zachemu, którym taki kolor włosów nadawała obecność przy procesie nitracji.

Pierwszą radykalną zmianę profilu produkcyjnego przeprowadzono w 1956 roku, kiedy zakład znalazł się w dołku z racji politycznej odwilży. Mówiono wówczas, że Zachem to kolos na glinianych nogach. Dziś wiemy, że okazało się to prawdą. Postawiono wówczas na wytwarzanie barwników, półproduktów organicznych i przetwórstwo tworzyw sztucznych. Na starych obiektach uruchomiono gospodarskim sposobem nowe ciągi produkcyjne.

Tucznik w wannie

Kolejna reforma miała miejsce pod koniec lat 60., po zakończeniu wojny w Wietnamie - postawiono wówczas na pianki poliuretanowe. W 1970 roku powstał wydział produkujący tworzywa sztuczne, a zaraz po nim wielki wydział syntezy.

Ekstensywna socjalistyczna gospodarka potrzebowała do produkcji dużo ludzi. Dowoziły ich do Zachemu z Bydgoszczy i okolicznych miejscowości specjalne ciężarówki.

Osiedle Kapuściska było w tym czasie położoną w szczerym polu wyspą solidnych trzypiętrowych bloków, wznoszonych trudem tró- jek murarskich. Po ulicach, noszących charakterystyczne nazwy: Betoniarzy, Monterów, Dekarzy, Murarzy, Techników, hulał wiatr. Na każdym balkonie gdakały kury, piały koguty, gruchały gołębie, kicały króliki. Mieszkańcy wsi, którzy znajdowali pracę w Zachemie i przenosili się do Bydgoszczy, chcieli w mieście żyć tak jak dotąd...

To nie zakład przyszedł do miasta. Było, niestety, odwrotnie. Ówcześni decydenci pospołu z miejskimi planistami okazali się ludźmi bez wyobraźni.

Chmury gazowe wisiały (głównie w przeności, ale czasem realnie) nad Bydgoszczą, a przede wszystkim nad Kapuściskami przez całe dekady. Mieszkańcy nigdy nie potrafili się oswoić z zagrożeniem w postaci dwutlenku siarki, chloru, aniliny, fenolu, nitrobenzenu. Zakłady emitowały do atmosfery 70 różnych substancji, 1300 ton gazów rocznie. To było na co dzień mało odczuwalne, ale znaczące dla zanieczyszczenia środowiska. Do 1984 Zachem był zwolniony z konieczności budowy urządzeń oczyszczających ścieki. Dopiero w 1989 roku sąd zobowiązał zakłady do przerwania produkcji fenolu.

Osobny rozdział to tragiczne w skutkach wybuchy. Wypadki były nieuniknione w tym ryzykownym zakładzie. Ale zarówno o tych wielkich, jak i tych drobnych, było w mieście cicho. Przecież wróg czuwał. A według oficjalnych informacji, materiałów wybuchowych w Zachemie nie produkowano. W 1952 roku doszło do eksplozji na linii produkcji trotylu. Jak napisał długoletni pracownik zakładów, inż. Zbigniew Gruszka w swojej publikacji, wydanej w 2007 r., „Sabotaż lub awaria”, zginęło wówczas 15 osób, 84 osoby zostały ranne. Poważnemu uszkodzeniu uległy 132 budynki, a po wytwórni pozostał krater o średnicy 80 m, wypełniony wodą. Szyby w oknach wypadły w promieniu 10 km. 16 lat później miał miejsce kolejny wybuch, już nie tak tragiczny w skutkach. Potem wyleciała w powietrze instalacja „made in ZSRR”...

W poszukiwaniu... łosia

Zachem składał się właściwie z szeregu niepowiązanych ze sobą obiektów produkcyjnych. W większości ukrytych w lesie. Na jego terenie żyło kilkanaście saren. Nie było sztuką natknąć się na lisa, borsuka czy zająca. Masowo zbierano tu grzyby. W 1966 roku sensację wzbudził biegający po zakładzie łoś. Niestety, utopił się w jednym z licznych basenów przeciwpożarowych.

Zachem był fabryką wielkości... miasta powiatowego. W szczytowym okresie rozkwitu, pod koniec lat 70., pracowało tam ponad 7300 osób.

Zakład miał stołówki, przedszkola, własną szkołę, przychodnię, mały szpital, własną stację pogotowia ratunkowego chemicznego, własną straż pożarną, osobną elektrociepłownię, bazę transportową (łącznie z kolejową), klub sportowy, stadion, halę, kino, gazetę, rozgłośnię zakładową, drukarnię, hotele robotnicze, a nawet osobny dworzec kolejowy, dla zmylenia antysocjalistycznego przeciwnika, o nazwie „Żółwin”. Z peronu w gęstym lesie wyjście prowadziło przez kładkę zakończoną bramkami, przy których wartownicy z karabinami sprawdzali przepustki. Królował socjal. Pracownicy dostawali w przyspieszonym tempie mieszkania zakładowe, mogli spędzać wakacje nad Balatonem, w zakładowym ośrodku w Sopocie lub sanatorium w Ciechocinku.

- Największym szokiem były dla mnie kursujące po zakładzie autobusy - wspomina Jan Cichocki, zatrudniony tu w latach 1978-1979. - Takie normalne, jak w MZK. Przeważnie pełne ludzi. Były przystanki, rozkłady odjazdów, wiaty. Tylko numery były zaszyfrowane: W-11, T-5, WT-12, itd. Droga prowadziła normalnymi brukowanymi ulicami, polnymi drogami, krzyżowała się z przejazdami kolejowymi, bo bocznic było bez liku. Szczególną uwagę przykuwały budynki ukryte w ziemi, widać było tylko wystające z podłoża elementy, zamaskowane bunkry, walający się gruz i kawałki żelastwa, a nad nimi druty, druty i druty - wszędzie wisiały przewody. Na dachach często rosły drzewa.

Trzy kolory

- Z wydziału barwników woda odprowadzana była kaskadową strugą na odstojniki w Łęgnowie - mówi Cichocki. - Rano, w drodze do pracy, lubiłem sprawdzać po kolorze wody, jaki akurat barwnik jest w produkcji. Osobliwy widok struga przedstawiała zimą: ze stopni zwisały kaskady sopli - niebieskich, pomarańczowych, zielonych. Kiedy mróz trzymał długo, kolory się nawarstwiały, tworząc naprawdę niepowtarzalny i niezapomniany widok.

Lokalizację wydziału produkcji fenolu łatwo można było rozpoznać po rzędach pożółkłych sosen.

- Podczas rozruchu zakładu syntezy chlor i fenol, niestety, dość często się z instalacji ulatniały. Poznawaliśmy to po martwych ptakach, które spadały z drzew. To był pierwszy znak, że doszło do wycieku - wspomina Antoni Rosołowicz.

Mieszkańcy naszego regionu znali Zachem przede wszystkim od strony pianki poliuretanowej. Gigantycznych rozmiarów linię produkcyjną w całości sprowadzono z Wielkiej Brytanii, kiedy marzeniem ściętej głowy w naszym kraju było kupienie w komisie gąbki do kąpieli czy ortalionowego płaszcza. Pianki przeznaczano, m.in., na siedzenia w samochodach, na kanapy i fotele, na wkłady izolacyjne do lodówek. I na zabawki dla dzieci. Kiedy samochód, wyładowany produktami z pianki, przyjeżdżał na targowisko w latach 80., natychmiast ustawiała się przed nim kolejka.

Podział początkiem końca

W 1992 r. socjalistyczny gigant podzielony został ponownie na pół, tak jak w czasach DAG. Nitrochem dalej prowadził produkcję materiałów wybuchowych, Zachem zajął się resztą. I dzielił się na coraz mniejsze przedsiębiorstwa. Podupadł „Pentagon”, ongiś reprezentacyjny budynek dyrekcji od al. Wojska Polskiego. Czternaście lat później nadszedł kres zakładu...

- Nie chce mi się wprost wierzyć, że to się stało. Unijna konkurencja okazała się zbyt silna - wzdycha Antoni Rosołowicz. - To jest tak, jakby znowu martwe ptaki, które pamiętam, spadły z drzew.
Fakty

Od prochu do... pyłu

Za początek działalności Zachemu przyjmuje się 4 grudnia 1948 roku. W latach 1948-1952 przedsiębiorstwo produkowało głównie materiały wybuchowe.

Po 1953 roku nastąpił rozwój produkcji cywilnych.

W 1992 roku podzielono przedsiębiorstwo na Zakłady Chemiczne „Organika-Zachem” oraz „Nitrochem”.

W wyniku prywatyzacji 80 proc. akcji Zachem SA 20 grudnia 2006 r. objął Ciech SA.


Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 23-02-2013 09:27

    Brak ocen 0 0

    - j: http://grecjawogniu.info/?p=13677

    Odpowiedz