Niebezpieczni odpadożercy

Grażyna Ostropolska 4 lutego 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:21

Na trop tego niebezpiecznego procederu wpadł Carl Axel Johannes, prezes firmy Sydfander Polska. Miał w Potulicach koło Nakła fabrykę forniru, zatrudniającą ponad sto osób, ale ją zamknął (kryzys w przemyśle meblarskim) i teraz wydzierżawia puste hale. Wydawało mu się, że to bezpieczny biznes, dopóki nie zetknął się z nowym najemcą: Przedsiębiorstwem Wielobranżowym „Jędruś” z Budzynia.



Budzyń leży w Wielkopolsce, ale tam „Jędruś” podpadł. Dostał zezwolenie starosty chodzieskiego na zbieranie i transport odpadów i... szybko je stracił, bo kolejne kontrole dowiodły, że nieodpowiednio magazynuje niebezpieczne odpady. Andrzej N., właściciel „Jędrusia”, zbytnio się tym nie przejął. Przeskoczył miedzę i zaczął działać w Kujawsko-Pomorskiem w tej samej branży zbierania i transportu odpadów niebezpiecznych. To nadzwyczaj intratny interes, bo przedsiębiorstwa chętnie pozbywają się obowiązków (kontroli i sprawozdań), jakie nakłada na nie ustawa o odpadach i nieźle płacą tym, którzy je od nich zabierają.

- Skoro ustawodawca zezwala scedować obowiązek gospodarowania odpadami na innego posiadacza odpadów, który ma odpowiednie zezwolenia, to my z tego korzystamy - tłumaczą przedsiębiorcy. Cena jest do uzgodnienia, w zależności od asortymentu. Za pozbycie się tony odpadów medycznych producent zapłaci odbiorcy ok. 3 tys. zł, zaś zdjęcie i utylizacja tony eternitu (azbest) będzie go kosztować 1,6-2 tys. zł.

Carl Axel Johannes nie podejrzewał, że wynajmując jedną z potulickich hal firmie „Jędruś” z Budzynia narazi się na kłopoty: - Jej właściciel Andrzej N. miał zezwolenie starosty nakielskiego na zbieranie odpadów, więc byłem pewien, że działa zgodnie z prawem - tłumaczy. Szybko przejrzał na oczy, gdy po niespełna roku od wydzierżawienia magazynu PW „Jędruś” okolicznym mieszkańcom

zaczęły łzawić oczy.

„Zwracam się z prośbą o sprawdzenie stanu magazynów w pańskiej posiadłości ze względu na nieprzyjemny zapach. Zaobserwowaliśmy u naszych uczniów zwiększony kaszel i przecieranie oczu po ich powrocie z boiska podczas przerw międzylekcyjnych. Sam również odczuwam podrażnienie i łzawienie oczu po powrocie z boiska i placu zabaw” - tej treści list przysłał mu jesienią 2011 r. dyrektor Zespołu Szkół im. Dzieci Potulic Jacek Kiersznicki. Potem do firmy Sydfander Polska przyszły dwa kolejne pisma. Jedno od mieszkańców pobliskiego osiedla, którzy skarżyli się na „częste bóle głowy, mające związek z odorem, wydzielającym się z terenu zakładu”. Drugie - od sołtysa Potulic Tadeusza Matczuka, który w związku z licznymi skargami prosił o wyjaśnienie, skąd biorą się zapachy, powodujące takie dolegliwości.



Carl Axel Johannes osobiście udał się na kontrolę: - Ustaliłem, że w magazynie, zajmowanym przez firmę Andrzeja N., który w międzyczasie zmienił jej nazwę z PW „Jędruś” na „Jendrus”, spółka z o.o., znajdują się nieszczelne beczki i zbiorniki ze szkodliwymi środkami chemicznymi, a posadzka jest pokryta jakąś żrącą substancją, rozmiękczającą podłoże - wspomina. Natychmiast wezwał najemcę hali do usunięcia skażenia. - Zakazałem mu też dalszego wprowadzania niebezpiecznych odpadów na teren mojego zakładu, a ponieważ nie było żadnej reakcji, powiadomiłem o tym niepokojącym fakcie: policję, straż pożarną, wydział ochrony środowiska w nakielskim starostwie oraz wojewódzkiego inspektora ochrony środowiska w Bydgoszczy - relacjonuje Carl Axel Johannes, posługując się dokumentami. Mimo wezwań, nikt ze spółki „Jendrus” na kontrolę, zapowiedzianą przez straż pożarną i starostwo, się nie stawił. Dopiero kontrolerzy z WIOŚ z pomocą policji dostali się do magazynu, wykryli nieprawidłowości i wezwali spółkę „Jendrus” do ich usunięcia, a prezes firmy Sydfander Polska natychmiast wypowiedział jej umowę. Zaczęła się wymiana korespondencji i

zabawa w chowanego,

która trwa do dziś. - Starostwo w Nakle cofnęło spółce zezwolenie na zbieranie odpadów, a ja od półtora roku bezskutecznie wzywam firmę „Jendrus” do opróżnienia mojego magazynu z niebezpiecznych odpadów. Okazuje się, że polskie organy ścigania i urzędnicy są wobec takich ludzi bezsilni. Dowiaduję się, że Andrzej N. najpierw sprzedał firmę niejakiemu Bartoszowi B., a gdy tym człowiekiem zainteresowała się prokuratura, sprzedał udziały w spółce kolejnemu „słupowi” i... zapadł się pod ziemię - twierdzi Johannes. Sprawdzamy, jak ten niebezpieczny biznes działa.

Firma „Jendrus” reklamuje się jako obrońca środowiska i poucza, że niebezpieczne odpady winny trafiać do zakładów utylizacyjnych, a nie na wysypiska. „W branży odpadów przemysłowych działamy od 2003 r. Posiadamy specjalnie wyposażone budynki magazynowe. Odpady odbieramy przystosowanymi do tego celu samochodami ciężarowymi. Do grona naszych klientów zaliczają się zarówno duże przedsiębiorstwa, jak i małe zakłady przemysłowe, m.in., w Szczecinie, Bydgoszczy, Toruniu, Inowrocławiu, Rogoźnie, Nakle. Mamy możliwość utylizacji prawie wszystkich rodzajów odpadów” - tak spółka „Jendrus” z Budzynia przedstawia się w Internecie. Stałym klientom gwarantuje atrakcyjne zniżki, bo „zadowolenie klientów jest miarą naszego sukcesu” - kusi.

Kontaktujemy się telefonicznie z Bartoszem B., ostatnim prezesem „Jendrusa”. Pytamy, dlaczego nic sobie nie robi z wezwań właściciela do opróżnienia hali w Potulicach oraz postępowania egzekucyjnego, które wszczął w tej sprawie starosta nakielski. - Ja nie jestem właścicielem spółki „Jendras” - odpowiada i wysyła nas po informacje do biura firmy w Budzyniu.

- Nie ma właściciela - informuje nas pracownica biura. Nie wie też, kto jest prezesem spółki. - Ja wiem tylko tyle, że pan Bartosz B. kilka dni temu swoje udziały komuś sprzedał, ale ja tej osoby nie znam - mówi. Kontaktu z byłym prezesem Andrzejem N. też nie ma, bo... - On nie jest właścicielem „Jendrusa” od roku - wyjaśnia.

W kwietniu ubiegłego roku prezes Sydfander Polska złożył w nakielskiej prokuraturze

zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa

z art. 183 k.k. („Kto wbrew przepisom składuje, usuwa lub przewozi odpady w taki sposób, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu wielu osób lub spowodować zniszczenie w świecie roślin i zwierząt w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat”). 31 grudnia otrzymał postanowienie o zawieszeniu śledztwa. Prokuratura tłumaczy to niemożnością przedstawienia zarzutów Bartoszowi B., bo ten nie odbiera korespondencji w miejscu stałego zameldowania i nie udało się ustalić miejsca jego pobytu.



Okazało się, że z pozbyciem się firmy „Jendrus” kłopot mają też inni właściciele, którzy wynajęli jej magazyny, a także starostwa, które, mimo uchylenia zezwoleń na składowanie niebezpiecznych odpadów, nie mogą wyegzekwować ich wywózki i utylizacji. W marcu 2012 r. starosta radziejowski cofnął spółce „Jendrus” zezwolenie na zbieranie i składowanie niebezpiecznych odpadów w miejscowości Czołówek „z uwagi na liczne uchybienia i brak realizacji postanowień, zawartych w decyzji z 8.04.2011 r”. Wygasła też decyzja starosty żnińskiego, umożliwiająca budzyńskiej spółce składowanie odpadów w Janowcu Wlkp.

Jest też kłopot z opróżnieniem z niebezpiecznych odpadów dwóch hal w Tarkowie Dolnym (w dawnej wytwórni styropianu, które spółka „Jendrus” wydzierżawiła od ich właściciela Macieja Genderki).

Decyzję na składowanie tam odpadów wydało budzyńskiej spółce starostwo bydgoskie. Cofnęło ją po kontrolach, które potwierdziły liczne nieprawidłowości. Jak urząd zamierza wyegzekwować opróżnienie magazynów z niebezpiecznego ładunku?

- Myślę, że wspólnie z WIOŚ

doprowadzimy do egzekucji

- twierdzi Zygmunt Michalak, dyrektor wydziału ochrony środowiska w bydgoskim starostwie. - Przeprowadziliśmy trzy kontrole w magazynach, wynajmowanych przez firmę „Jendrus” w Tarkowie. Nie zastosowała się do zaleceń, więc starosta cofnął jej zezwolenie, SKO podtrzymało tę decyzję, ale spółka wniosła o kasację - tłumaczy zwłokę.

WIOŚ wymierzył już spółce „Jendrus” niewielką karę za łamanie ustawy o odpadach w Tarkowie Dolnym i przygotowuje się do wystawienia kolejnej za podobne działania w Potulicach.



- Mam nadzieję, że egzekucja zakończy się do wiosny, bo wtedy nasze dzieciaki znów wybiegną na boisko, a na lekcjach biologii będą obserwować ptaki nieopodal tych magazynów. Mamy też oddział przedszkolny, a że szkoła stoi 200 metrów od zakładu, bardzo się o te maluchy boję - dzieli się obawami dyrektor Zespołu Szkół im. Dzieci Potulic Jacek Kiersznicki.

Wiary w to, że egzekucja wobec spółki „Jendrus” okaże się skuteczna, a prokuratura zdoła przedstawić zarzuty jej udziałowcom, nie traci też Carl Axel Johannes: - Nie zapłacili mi czynszu, nie mogę wynająć hali, w której nadal tkwi ok. 100 ton niebezpiecznych odpadów, m.in. połamany eternit, lakiery i żrące substancje. Na zutylizowanie tego w Niemczech musiałbym wydać 300 tys. euro.


Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 31-03-2014 14:55

    Oceniono 1 raz 1 0

    - Chob.: Narzekania C.A.J. są śmieszne. To niemiec, który wyśmiewa się z Polski i Polaków. Kilku jego pracowników doznało poważnego uszczerbku na zdrowiu. Wszyscy są Polakami. Najdziwniejsze to jest to, że zawsze wygrywa w procesy w sądach. Nawet w przypadku utraty dłoni przez pracownika, który pracował na niezabezpieczonej gilotynie, przekonywał sąd o winie pracownika. Na terenie Niemiec to byłoby nie do pomyślenia. W Polsce posuwa się do przekupstwa i mu na razie się udaje. Zobaczymy jak jeszcze długo. Sam jest kanciarzem, niech nie udaje więc tak wspaniałomyślnie, że tak dba o środowisko w Polsce. Dlaczego nabył nieruchomość właśnie w Potulicach, w których istniał w czasie wojny obóz dla wielu Polaków , w tym małych dzieci. Panie niemiec - wstyd. Pan nie ma honoru.Najlepiej niech się pan z Mojej ojczyzny wyprowadzi. Przecież w Niemczech jest tak "wspaniale". Raus. My takich jak pan nie chcemy.

    Odpowiedz