Coraz trudniej dawać szczęście

Jacek Kiełpiński 26 stycznia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:22

Są ponadczasowi. W mundurach według wzoru z XVIII wieku i z tradycyjnym sprzętem uważnie obserwują przemiany tego świata. Widzą narastanie zagrożeń, o których wolimy nie wiedzieć. Są pewni - potrzebni będą zawsze.


Jeden z ostatnich stałych elementów w tym coraz bardziej pędzącym na złamanie karku świecie. Na ich widok za guziki łapano się przed wiekami, łapią się ludzie i dziś. A co zrobić, gdy przy ubraniu ich nie mamy?

- To niech się pani złapie za broszę - wesoło rzuca mistrz kominiarski Gerard Kuzimski do przechodzącej ulicą kobiety, która nerwowo maca swą kurtkę na zamek błyskawiczny i bezradnie pyta, co ma począć, gdy guzików brak. Niewiasta spogląda na niego zaskoczona, lekko się czerwieni. Pewnie inny facet po takiej propozycji dostałby w twarz, ale kominiarzom wolno wiele.

Wchodzimy do jednej z kamienic przy toruńskim Rynku Staromiejskim.

Rynnę zaliczył każdy

Grzegorz Kordziński, kominiarz z 35-letnim doświadczeniem, rusza przodem. Schody, schody, schody. Kominiarze żartują, że w swoim życiu wiele razy pokonali Mont Blanc. Szybka wspinaczka na ostatnie piętro nie robi na nich wrażenia, także na Gerardzie Kuzimskim, który przepracował ponad pół wieku. Kominiarz to zawód mobilny - żartują. Nie da się przy tej robocie zardzewieć.

- Idźcie po moich śladach. Dachy trzeba znać, bo kryją niespodzianki - przestrzega Kordziński.

O kominiarskich wypadkach mogą opowiadać godzinami. Każdy z nich przeżył przygodę, od której włos jeży się na głowie. Zawiśnięcie na rynnie to prawie norma. W 1982 roku ciężkiemu wypadkowi uległ Roman Barczewski, kolega często przez nich wspominany.

- W kamienicy przy Moście Paulińskim stanął nieopatrznie na zamalowanym smołą i zasypanym śniegiem świetliku - tłumaczy Gerard Kuzimski. - Zleciał na klatkę schodową i złamał sobie kręgosłup.

Rynnę zaliczył też przed laty bydgoski mistrz Marian Dąbrowski, prowadzący firmę rodzinną o przedwojennych tradycjach.

- W moim przypadku zarwała się ława kominowa i zsunąłem się do skraju dachu. Straż pożarna musiała interweniować - wspomina. - A w zimę stulecia w 1979 roku rynna była tak zawalona śniegiem, że mnie nie zatrzymała. Runąłem w wielką pryzmę śniegu koło przystanku autobusowego. Utkwiłem w niej jak spławik.

Czyszczenie komina Grzegorz Kordziński zaczyna od zaczepienia o jego skraj wygiętego kawałka metalu. To słynna graca kominiarska - urządzenie wielofunkcyjne. Służy do zabezpieczania konopnej liny, by ta się nie przetarła, także do wybierania sadzy z wyczystek, a nawet do... obrony przed złymi psami.

Ostrożnie po gracy spuszcza ciężarek z drucianą szczotką. Komin zaczyna pluć sadzą.

- Czyli cug jest właściwy - komentuje kominiarz. - Ale co innego mnie niepokoi.

Wachluje lekko ręką przed nosem i orzeka: - Dym miesza się ze spalinami. Świadczy to o nieprawidłowym przyłączeniu kotła gazowego i pieca węglowego do jednego przewodu kominowego. Grozi to zaczadzeniem w mieszkaniu, w którym jest piec. Ludzie odwalają takie samowolki, że w głowie się nie mieści.

Gdy wracamy na ulicę, powraca temat guzików. Jest tyle wersji właściwego ich użycia, że może warto zapytać u źródła?

- My przynosimy szczęście, bo chronimy przed tym najgorszym, co człowieka może spotkać, czyli niespodziewaną śmiercią przez zaczadzenie i przed pożarem odbierającym dorobek życia - stąd ta tradycja wyjaśnia Gerard Kuzimski. - A prawidłowo postępować trzeba tak. Kobieta na nasz widok powinna się złapać za guzik. Jak nie ma, to już mówiłem za co, a potem - spojrzeć na mężczyznę w okularach. Mężczyzna - za guzik, a jak nie ma, to... za małego, a potem szybko powinien poszukać kobiety w okularach.

To wersja najprostsza. Są i bardziej rozbudowane. - A najlepiej, trzymając guzik, zobaczyć siwego konia i zakonnicę.

Jeszcze dalej idzie ich kolega po fachu z Bydgoszczy. - Najpierw trzeba się obejrzeć i sprawdzić, czy w pobliżu nie ma czarnego kota z białym ogonem - tłumaczy Marian Dąbrowski. - Potem należy poszukać zakonnicy na siwym koniu.

- Przecież to niemożliwe - wtrącam.

- Mało tego, zakonnica powinna być łysa - kominiarz rozwiewa wszelkie nadzieje na osiągnięcie pełnego szczęścia na tym padole. - Mężczyzna i kobieta w okularach dają szczęście połowiczne. A o prawdziwym możemy zapomnieć. I nigdy nie sądźmy, że chodzi tu o powodzenie finansowe. Nie mylmy szczęścia z pieniędzmi.

Żarty żartami, a kominiarstwo to fach śmiertelnie poważny. Doceniony już w pełni w XVII wieku, gdy królowa Wiktoria pozwoliła mistrzom nosić cylindry, co było wyjątkowym przywilejem. Dziś wydawać by się mogło, że tradycja blokuje rozwój tej branży, bo chociażby prace wysokościowe - a do takich należą niebezpieczne ewolucje na kalenicach stromych dachów - powinny być wykonywane w kaskach.

Zapomniane prawa fizyki

- Cylinder to nie tylko tradycja, ale i bardzo praktyczny sprzęt - zapewnia Sławomir Białucha, prezes toruńskiej Spółdzielni Pracy Kominiarzy, firmy założonej w 1951 roku, która dziś ma 15 filii na terenie naszego województwa. - Chroni głowę, gdy trzeba się przeciskać na niskich strychach.

- A i jajka można do niego na wsi zebrać... - wtrąca Grzegorz Kordziński.

Każdy z nich znajdzie dziesiątki zastosowań poszczególnych fragmentów munduru, zatwierdzonego w Austrii w XVIII wieku. Tu się mieści latarka, tu kreda, szeroki pas trzyma komplet kluczy kominiarskich do wyczystek. Podobno lepiej tego nie można rozwiązać.

- Smutne jest to, że demokracja pogorszyła bezpieczeństwo. Wiemy o tym doskonale, z bólem przyjmujemy informacje o kolejnych zaczadzeniach, pożarach kominów i ludzkich tragediach, do których mogło nie dojść, gdyby trzymano się świętych zasad - kontynuuje prezes Białucha.

Za karygodny błąd kominiarze uznają zmianę przepisów w 1994 roku, gdy ograniczono radykalnie liczbę nakazanych prawem interwencji kominiarskich. Kiedyś kominy czyściło się obowiązkowo 12 razy w ciągu roku, potem 8, a od 1994 mowa jest już tylko o czterech czyszczeniach przewodów dymowych i dwóch przewodów spalinowych rocznie. Oczywiście, można zarzucić, że kominiarze chcą czyścić jak najczęściej, bo na tym zarabiają, ale może warto posłuchać ich argumentów...

- Za demokracji każdy stał się panem na zagrodzie i teraz uważa, że na wszystkim się zna - przekonuje Andrzej Białucha, były prezes toruńskiej spółdzielni. - Ludzie przestali nas wpuszczać. Tymczasem każdy nieczyszczony komin kiedyś się zatka, jeśli wcześniej nie zapali się w nim sadza i nie rozsadzi ścian domu. Do wielu nie dociera nawet argument, że zanieczyszczony komin powoduje także większe zużycie opału.

- Ja do ludzi podchodzę życzliwie i próbuję przekonywać - zapewnia bydgoski mistrz Marian Dąbrowski. - Mam zasady, gdy dzwonię do drzwi: nie politykować, nie wspominać o toruńskiej rozgłośni, tylko mówić o konkretach. Ludzie sami do nas zadzwonią, gdy im piece przestaną działać. Oczywiście, oby nie stało się to już po tragedii. Ale nic na siłę nie zrobimy.

Pęd za nowoczesnością sprawił, że zapomnieliśmy - zdaniem kominiarzy - o podstawowych prawach fizyki. Szczelne plastikowe okna utrudniają proces palenia. Piece zużywają tlen, wyciągają go z pomieszczenia, a skoro to jest szczelną puszką i nowa dawka tlenu nie ma którędy wejść - proces palenia przebiega nieprawidłowo. Wtedy właśnie może pojawić się śmiertelny tlenek węgla, czyli czad.

Kolejną sprawą jest opał. Kominiarze żartują, że takimi wynalazkami nie palono nigdy na przestrzeni wieków. - Jestem jak myśliwski pies - zapewnia Marian Dąbrowski. - Po dymie widzę, czym ludzie palą. Szmaty, meble lakierowane, śmieci, butelki PET. Horror. Wielu rezygnuje z gazu, bo za drogi i wraca do kopciuchów węglowych, uznając, że można w nich spalić wszystko. Bzdura. A trucicieli przybywa.

- Na dachach czuć chemią - przyznają toruńscy kominiarze. - A my możemy tylko delikatnie zalecać zmianę opału. Świadomość ludzi zamiast rosnąć, spada. Takie czasy.

Jak widzą przyszłość?

- Będziemy zawsze potrzebni, nawet gdyby wszyscy przeszli na ogrzewanie gazowe. Wkłady kominowe z blachy kwasoodpornej też trzeba czyścić dwa razy w roku - przypominają. - Konieczne są też przeglądy przewodów wentylacyjnych i ekspertyzy kominiarskie przed oddaniem nowych domów.

- Inna sprawa, jakiej jakości są te wkłady - dodaje Marian Dąbrowski. - W najsłynniejszej szkole kominiarskiej w Muhlbach w Bawarii widziałem przykłady idealnych wkładów, są to rury bezszwowe, grube. U nas pojawiło się wiele nitowanej tandety, chińszczyzny wręcz. Wkłady pękają, rozszczelniają się. A do tego dochodzą kuriozalne błędy budowlańców, które nie pojawiały się przed laty. Spotkałem się z przypadkami budowania kominów z cegły dziurawki. To naprawdę śmiertelnie niebezpieczne. Ale teraz liczy się tylko kasa. Byle taniej. Jeśli ten świat pójdzie w tym kierunku - czarno to widzę. My jednak zostaniemy. Przecież ciągle chcemy przynosić ludziom szczęście. Choć coraz trudniej to robić.

Przepisy, których wielu nie przestrzega, a które mogą uratować życie

Zgodnie z prawem, każdy właściciel i zarządca domu ma obowiązek cztery razy w ciągu roku czyścić przewody dymowe i dwa razy przewody spalinowe, jeśli korzysta z ogrzewania gazowego.

Raz w roku kominiarz powinien sprawdzić również drożność przewodów wentylacyjnych, a także zrobić przegląd wszystkich przewodów kominowych, zakończony protokołem.

Na rynku jest wiele firm kominiarskich, stąd ceny usug są zróżnicowane. Średnio czyszczenie komina kosztuje obecnie około 25 zł. Kontrola i przegląd zakończony protokołem to wydatek w przypadku domku jednorodzinnego rzędu 75 złotych.

Kominiarze przyznają, że znają kominy, które nigdy nie były czyszczone. Ich zdaniem, grozi to zapaleniem sadzy, zebranej na ścianach takich kominów. Skutki mogą być opłakane - kończy się to często pękaniem ścian, a nawet katastrofą budowlaną.

Warto wiedzieć - czysty komin to mniejsze spalanie w piecu.