"žMaluch" za książkę! To były czasy

Piotr Schutta 21 stycznia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:22

Każda książka znajdzie swego czytelnika. Jedna od razu, druga po latach. Najdziwniejszy nawet tytuł, wydany dla wąskiego grona specjalistów, prędzej czy później doczeka się ręki, która z drżeniem po niego sięgnie. Musi tylko znaleźć miejsce, gdzie poczeka.


„Belkowany sufit dotykał szczytów regałów, stojących szeregami po obu stronach przejścia. Na półkach zalegały olbrzymie zbiory książek. Kartoniki z nazwami działów, wypisanymi kopiowym ołówkiem, przypięte były pinezkami do półek. Teatr. Sztuka. Technika. Sport. Literatura bułgarska (...).

Za biurkiem, zawalonym stosami książek, ktoś siedział. Widać było tylko gęstą białą czuprynę i nogi w kapciach. (...) Siwy pan wstał zza biurka i objawił się w całej okazałości. Był wysoki, barczysty i chudy, odziany w granatowy kitel magazyniera. Nad kitlem widniała twarz inteligenta, nacechowana wyrazem spokojnej goryczy...”

Tak antykwariat przy ulicy Podmurnej w Toruniu oraz jego właściciela pana Mieczysława Mackiewicza zapamiętała Małgorzata Musierowicz, wplatając antykwaryczny wątek w fabułę powieści „Tygrys i Róża”. Dziś nie ma antykwariatu i nie ma antykwariusza. Pozostał jedynie straszący katastrofą budowlaną pokrzyżacki spichlerz i wspomnienie zamknięte w kilkunastu akapitach powieści poczytnej pisarki.

Klasyka zawsze na czasie

- Ojciec zmarł w 2002 roku. Przez jakiś czas punkt na Podmurnej prowadziłyśmy razem z mamą, ale po kilku latach dostałyśmy wypowiedzenie. Przeprowadziłyśmy się na ulicę Łazienną, gdzie spotkał nas ten sam los. Przyszli bogaci państwo i kupili kamienicę, zamierzając urządzić w niej hotel. Nic nie powstało. Dzisiaj budynek znowu jest wystawiony na sprzedaż - nie kryje rozczarowania szczupła, wysoka blondynka, Aldona Mackiewicz.

Rozmawiamy w kantorku o powierzchni 18 metrów kwadratowych, z przeciążonych półek wylewają się na nas książki. Tutaj i w łazience na zapleczu zmieściły się 4 tysiące tytułów: od klasyki w stylu Tołstoja i Remarqua, co zawsze się dobrze sprzedaje, przez literaturę naukową, młodzieżową, kryminały i romanse, pozycje o haftowaniu i gotowaniu aż po historię broni pancernej i budowę okrętów podwodnych. Resztę pani Aldona trzyma w mieszkaniu, na strychu i w piwnicy. W kartonach. Swój sklep nazwała „Toruński Antykwariat Księgarski”, aby nie mylono go ze składem starych mebli i porcelany, co i tak się zdarza. Nowy adres, znany torunianom od ponad roku, to kamienica Towarzystwa Naukowego przy Wysokiej 16.

Trudno uwierzyć, ale to jedyny obecnie antykwariat w uniwersyteckim Toruniu. W lipcu zeszłego roku zakończył działalność istniejący przez lat 10 Toruński Antykwariat Naukowy przy Rynku Nowomiejskim 25. Nie dlatego, że jego właścicielce Marlenie Hałas, antykwariuszce z 23-letnim stażem, znudziły się bibliofilskie rarytasy i przepełnione regały. Do świata starych książek wtargnęła brutalnie rynkowa rzeczywistość, która uśmierciła antykwariat drastyczną podwyżką czynszu.

- Nie wyobrażam sobie prowadzenia działalności tylko w Internecie, a na lokal w Rynku Nowomiejskim mnie nie stać - mówiła wówczas dziennikarzom rozgoryczona Marlena Hałas. Część woluminów wyprzedała, część zostawiła sobie. Dziś pod numerem 25 funkcjonuje gabinet optometryczny.

120 tysięcy za starodruk

Złoty okres polska książka przeżywała w latach 80. ubiegłego wieku.Ten, kto miał dostęp do nowości z księgarskich półek, miał w ręku bezcenną walutę wymienną. Encyklopedię, słownik czy powieść poczytnego autora można było zamienić na inny rzadki towar, jak wędlinę, markowy alkohol czy kolorowy telewizor. Przy okazji kwitła działalność antykwariatów, w których zgłodniały przeżyć duchowych czytelnik mógł znaleźć to, czego nie dał rady kupić w księgarni. W Bydgoszczy i Toruniu było ich po kilka. Popularny, naukowy, współczesny, akademicki - do wyboru.

- Może to zabrzmi dziś paradoksalnie, ale za trzynastotomową encyklopedię PWN można było otrzymać kwotę, która pozwalała na zakup używanego małego fiata. Dziś nie jest warta nawet 200 złotych. Słaby rower można by od biedy za nią dostać - mówi Wiesław Dreas, bydgoski antykwariusz z 35-letnim doświadczeniem, właściciel jednego z najstarszych w Polsce antykwariatów, który w ubiegłym roku obchodził 60-lecie działalności. Na organizowane przez niego aukcje raz w roku przyjeżdża nad Brdę elita kolekcjonerów z pisarzem Waldemarem Łysiakiem na czele (lub jego dyskretnym przedstawicielem).

Podczas ostatniej rekord cenowy należał do łacińskiego traktatu filozoficznego z biblioteki króla Zygmunta Augusta. Prywatny nabywca zapłacił za renesansowy starodruk 120 tysięcy złotych. Bydgoski Antykwariat Naukowy zarobił na tym 12 tysięcy, czyli równe dziesięć procent.

- Takie są prowizje w przypadku obiektów najcenniejszych. Rosną, gdy mamy do czynienia z tańszą pozycją - mówi Dreas.

- Dla zwykłej książki marża musi być wyższa - mówi pan Sławek z Bydgoszczy, z wykształcenia leśnik. Cztery lata temu razem z żoną polonistką wpadli na pomysł założenia antykwariatu „Elibri”, który - prócz zapewnienia dochodów - miał przynieść im satysfakcję z wykonywania czegoś przyjemnego. Jak przyznaje mężczyzna, satysfakcja jest, ale czasem prowadzenie skupu i sprzedaży książek przeradza się w walkę o przetrwanie.

- Nie wiem, czy nie znikniemy z rynku. Przez ostatni rok przeżywamy straszny kryzys. Sprzedaż książek spadła drastycznie - mówi mężczyzna i nie ukrywa, że istnienie sklepu stacjonarnego wspomaga sprzedażą książek w Internecie. Bez tego byłoby trudno utrzymać firmę.

W pokoiku o powierzchni ponad 20 metrów kwadratowych zgromadził ok. 5 tysięcy pozycji. Książki są wszędzie. Zajmują półki regałów, szafki, krzesła i podłogę. Przy przeglądaniu trzeba być ostrożnym, bo misternie ułożone wieże z książek w każdej chwili mogą runąć. Stali klienci wiedzą, jak sobie radzić. Są wśród nich zwykli miłośnicy literatury, ale też pisarze, poeci, dziennikarze. Wokół kilku z nich utworzyły się nawet swoiste kluby czytelnika.

Tematy trudne handlowo

- Dzisiaj pisarz musi prowadzić własną działalność gospodarczą, bo wydawnictwa nie chcą się zajmować dystrybucją - mówi znany bydgoski literat. Kiedy ktoś szuka jego książek, zgłasza to panu Sławkowi, a ten kontaktuje się z twórcą i świeże pozycje trafiają do antykwariatu na Warszawską 5.

- Przydałby się tylko kącik kawowy. Ale miejsca nie ma - żartuje pisarz.

Sztuki wyceniania książek pan Sławek nauczył się sam. Na własnych błędach, z pomocą czytelników i Internetu.

- Nie kupuję encyklopedii, bo jest to temat trudny handlowo. Dzisiaj ludzie wpisują hasło w Internecie i wszystko mają. Nie przyjmuję też podręczników oraz Harlequinów, bo nie mam na nie miejsca. Poza tym w pewnym momencie w podręcznikach jest taki ruch, że musiałbym zatrudnić kogoś do pomocy, a nie stać mnie na to - mówi mężczyzna.

Dobrze sprzedają się nowości wydawnicze w dobrej cenie, które lądują w antykwariacie, bo ktoś dostał prezent nie w swoim guście. Poza tym nie ma żadnych reguł. Selekcja książek to trudna sprawa. Antykwariusz jej tajniki poznaje latami, ucząc się, jak odróżnić wartość handlową od poznawczej. Coś, co dla czytelnika jest rarytasem, dla właściciela antykwariatu może przedstawiać wartość zerową.

- Kiedy starszy pan się nadźwiga i przyniesie torbę książek, to nie mam serca go odsyłać. Proponuję niewielką kwotę. On jest zadowolony, a ja chowam pod szafę kolejny komplet encyklopedii - Aldona Mackiewicz selekcji książek uczyła się od ojca. Jako 14-latka w wakacje pracowała w sklepie taty, zarabiając złotówkę dziennie.

Chów drobiu też się doczeka

- Na początku tylko patrzyłam. Nie mogłam sama wyceniać. Ojciec brał każdą książkę i tłumaczył. Stan jak z księgarni, czyli wartość rośnie. Twarda oprawa, to samo. A potem nakład - 100 tysięcy egzemplarzy, cena idzie w dół, bo tytuł jest powszechny - opowiada córka antykwariusza.

Chciała zostać lekarzem, ale w końcu wybrała rodzinną pasję i oprócz biotechnologii ukończyła bibliotekoznawstwo. Najważniejsza nauka, jaką wyniosła z podpatrywania ojca, sprowadza się do tego, że każda książka znajdzie swojego czytelnika. Warto ją wstawić na półkę, by mogła na niego poczekać.

- Nawet jeśli jest to książka o hodowli drobiu albo o spółdzielczości z lat 50. ubiegłego wieku, trzeba ją odpowiednio wycenić. Bo nie ma tytułów bezwartościowych. Czasem z wypiekami na twarzy klient przynosi mi z półki książkę, której szukał od dawna, a na której jest cena wypisana ręką mojego ojca. To znak, że ten egzemplarz czekał na swojego właściciela co najmniej 10 lat - dodaje Aldona Mackiewicz.

Mimo że 80 proc. książek sprzedaje przez Internet, jest pewna, że utrzymałaby się z samego sklepu stacjonarnego. Gdyby tylko mogła znaleźć na starówce większe, niedrogie pomieszczenie... Prawdziwy antykwariat zawsze będzie jej się kojarzył z Podmurną, gdzie było 100 metrów kwadratowych i tyle książek, że sam antykwariusz nie wiedział, co ma.

- Antykwariusz to człowiek, który czuje przeszłość i ma żyłkę poszukiwacza. Zaopiekuje się destruktem, zajmie konserwacją, z tysiąca pozycji ocali to, co naprawdę wartościowe. To taki skromny pracownik na niwie kultury - mówi z uśmiechem Wiesław Dreas, z wykształcenia historyk, choć - jak podkreśla - od wykształcenia ważniejsza jest w tym zawodzie pasja. W sklepie i na zapleczu zgromadził ok. 20 tysięcy obiektów.

- Nazwa zobowiązuje. Staramy się utrzymywać profil humanistyczny, poszerzony o nauki przyrodnicze - dodaje.

Książki, grafiki, mapy, rękopisy, pocztówki. Można tu znaleźć wszystko prócz podręczników szkolnych, literatury sensacyjnej i książek technicznych. Niektóre tytuły czekają na nabywcę od kilkunastu lat.