Brazylijskie rytmy wieszczą kolędę

Małgorzata Oberlan 12 stycznia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:22

Kolęda nie musi wyglądać sztampowo w myśl zasady trzy razy „k”, czyli: ksiądz, kropidło, koperta. Może być serdecznym spotkaniem bez najmniejszego datku albo zaczynać się... sambą prosto z Rio de Janeiro. Wszystko zależy od duszpasterza.


- Od której strony zacznie? - pytają mieszkańcy Mroczyn, małej wsi w gminie Chełmża. I co rusz wychodzą przed domy, wyglądając swojego proboszcza. Możliwości są dwie. Wyjdzie z pałacu (sześć mieszkań o niskim standardzie w zaniedbanym zabytku) i pójdzie w prawo, albo okrąży wieś i zacznie z drugiej strony.

W tym roku proboszcz idzie w prawo.

Dobra robota proboszcza

- To mój debiut kolędowy - śmieje się ks. Piotr Igielski. W parafii w Kiełbasinie jest już, co prawda, kolejny rok, ale przez dwa lata chorował. Nie był w stanie ruszyć w teren. Z kolędą chodzili księża pomocnicy. Teraz udało się. Proboszcz, co prawda, utyka, ale i tak nadaje niezłe tempo. Ministranci Witek Romanowski i Radek Młodziński muszą wyciągać nogi, by iść krok przed nim.

Kolędowanie w Mroczynach zaczynają w poniedziałek, nazajutrz po święcie Trzech Króli, o godzinie 13. Po trzech godzinach są idealnie w połowie.

- Za nami 16 „wstępów” i tyle samo przed nami. W Mroczynach mamy 32 gospodarstwa domowe. Wszędzie otwierają nam drzwi. No, chyba że ktoś wyjechał za granicę albo jest ciężko chory - mówi ks. Piotr. - Co to jest „wstęp”? Jedno kolędowe wejście.

W Mroczynach, podobnie zresztą jak innych wsiach należących do kiełbasińskiej parafii, kolędy się wyczekuje. Poprzedni proboszcz - ksiądz kanonik Roman Cieszyński - przez lata swojej pracy zasiał wśród parafian to, co najlepsze. Zaufanie, szacunek i przekonanie, że proboszcz to prawdziwy pasterz dusz. Zostawił po sobie nie tylko wspaniale odrestaurowany zabytkowy kościół, uporządkowane i ogrodzone cmentarze, ale i jak najlepsze wspomnienia.

- Pogrzeb? „Teraz nic nie płaćcie, bo i tak tragedia was spotkała” - mówił. Chrzciny, śluby? Od mniej zamożnych niczego nie oczekiwał. I ludzie mu to pamiętają. Do wszystkich odnosił się z szacunkiem i wyrozumiałością wielką taką - wspomina Leon Jaśniewski. I wyciąga obrazek ze zdjęciem niezapomnianego kanonika, które zatknięte w ramę świętego obrazu spotykamy w co drugim domu.

Następcy takiego proboszcza nie pozostaje już nic innego jak kontynuacja dobrej roboty.

Lepiej w kopertę niż na piwo

W domu państwa Grenzlikowskich szeregi przerzedzone. Jest gospodarz Leszek, ale nie ma gospodyni Bogumiły. - Żona jest zootechnikiem, nie zdążyła wrócić z pracy - tłumaczy mężczyzna.

Jest córka Joanna z czteroletnim Marcinkiem i syn Paweł z narzeczoną Karoliną, ale nie ma syna Mateusza. Studiuje w Bydgoszczy. Oczywiście, zootechnikę.

- Przybieżeli do Betlejem pasterze... - intonuje proboszcz. Rodzina podejmuje śpiew. Potem następuje powtarzalna w każdym z domów kolej rzeczy: wspólna modlitwa, błogosławieństwo, kropidło, krzyż do ucałowania każdemu z domowników, sprawdzenie „listy obecności”, obrazki dla najmłodszych. I pytanie: Jak się żyje?

Grenzlikowskim wiedzie się średnio. Mężczyźni mają teraz zawodowy przestój, bo pracują w budowlance. Joanna, magister administracji, odchowawszy synka rozgląda się za pracą (może spróbuje w gazecie?). Mogłoby być lepiej, ale narzekania nie ma. Jest koperta dla parafii, której zawartość pozostaje tajemnicą.

W domu Leona i Genowefy Jaśniewskich bielutka koperta też czeka na koniec wizyty. Gospodarze wypuścili w świat córkę i pięciu synów, a szóstego, najmłodszego, zostawili przy sobie. Żyją bez szczególnych luksusów.

- Nasza wieś bogata nie jest. Niektórzy to i nic księdzu na kolędzie dać nie mogą, bo po prostu nie mają - mówi pan Leon. - Inni mieliby, ale wolą te 20 złotych w sklepie na wódkę czy piwo wydać. Tego nie pochwalam.

Rekord? Pół setki domów

Witek i Radek mają już spore doświadczenie w kolędowaniu. Ministrantami są od kilku lat. Ich zadanie to kroczenie przed księdzem, pukanie do drzwi i pytanie domowników, czy przyjmą kolędę. Potem - uczestnictwo we wspólnej modlitwie. Gdy proboszcz rozmawia z gospodarzami, oni już zmierzają do kolejnego.

- Nasz rekord? Pięćdziesiąt domów w trakcie jednej kolędy. To było wtedy, gdy za jednym zamachem odwiedzaliśmy Mlewogóry i Mlewo nad Bachą - wspomina Witek.

- Po godz. 23 chyba żeśmy wtedy skończyli - dodaje Radek.

Im też co nieco skapnie do portmonetki. Z księdzem proboszczem mają ustalone, że połowę pieniędzy dzielą między siebie, a połowę oddają do wspólnego garnuszka. W nim gromadzone są pieniądze na wycieczkę ministrantów. Taką jak ostatnio chociażby - na sześć dni w góry.

Niby fajna perspektywa, ale w kiełbasińskiej parafii coś ministrantów ubywa. - Kiedyś było nas 28, a teraz dokładnie o połowę mniej. I nikt nowy się nie zgłasza - kiwają ze zdziwieniem głowami chłopcy.

Po pierwsze, narobić hałasu

To, co od kilkunastu lat w styczniu dzieje się w bydgoskich akademikach, zaskakuje wielu. 90 procent mieszkających w nich żaków (tych „luzaków”, „imprezowiczów”, „olewusów”, „ateistów” i „wyznawców Facebooka”) otwiera drzwi do swoich pokoi i przyjmuje kolędę. Organizuje ją bydgoskie duszpasterstwo Akademickie Martyria (z grec. martyr - świadek, męczennik), któremu przewodzi ks. Krzysztof Buchholz.

- Młody duchem i nieustannie zarażający entuzjazmem - tak określają go studenci.

W miniony poniedziałek kolędowanie zaczęło się w akademikach Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczgo przy ul. Kaliskiego. Skończyło się w środę mszą świętą w intencji studentów i pracowników UTP w Auditorium Novum. Po raz kolejny duszpasterską wizytę przyjęły tłumy młodzieży. Jak to możliwe?

- Fakt. Ludzie są zaskoczeni, że tak może wyglądać kolęda - śmieje się Iwona Pozorska, działająca w Martyrii. - Co roku jest inaczej, zmieniamy konwencję. Tym razem, jako że Światowe Dni Młodzieży odbędą się w Rio de Janeiro, postawiliśmy na karnawał. Kolędę zaczynamy od zrobienia możliwie największego hałasu sambą na piętrze, aby wyciągnąć studentów z pokoi.

Gdy już wyjdą, brazylijskie rytmy mają ich wciągnąć. Uczą się kroków, potem, jak dobrze pójdzie, wspólnie odśpiewają dwie zwrotki kolędy (bywa, że kończy się na jednej, bo pamięć szwankuje). Dalej jest krótka modlitwa księdza i ojczenasz na kolanach.

- Nikt nie stoi - podkreśla Iwona Pozorska.

Po tym brazylisko-polskim ceremoniale przychodzi czas na odwiedziny księdza w poszczególnych pokojach. Wchodzi tam, gdzie zastaje otwarte drzwi. Porozmawia, pożartuje i obdaruje pamiątkowymi obrazkami (w tym roku, znów nawiązując do Rio de Janeiro, widnieje na nich Jezus z szeroko rozpostartymi ramionami) i cukierkami.

Otwarte drzwi, czyli zaproszenie

- Co to wszystko daje? Dużo. To, że 90 procent studentów zostawia otwarte drzwi na wizytę duszpasterską, to jedna sprawa. Druga to późniejszy udział młodzieży w nabożeństwach. Oczywiście, pobożność zdecydowanie wzrasta w trakcie sesji, ale niektórym zostaje na dłużej. Coś w ludziach jednak zostaje - podsumowuje Iwona Pozorska.

W najbliższy poniedziałek, wtorek i środę - powtórka z rozrywki w akademiku Collegium Medicum UMK. Każdy, kto chce na własne oczy przekonać się, jak wygląda akademickie kolędowanie po bydgosku, może obejrzeć filmik na Facebooku. Martyria ma tutaj swój profil.

Bo korniki chrupią organy...

Duszpasterskie wizyty w naszym regionie mają różne oblicza. Smutnie bywa w dzielnicach, w których otwierają się co trzecie czy co czwarte drzwi. Surowo - na wsiach, w których ksiądz proboszcz podczas mszy zobowiązuje konkretnych gospodarzy do obwożenia go autem po gospodarstwach. Tak dzieje się choćby w podtoruńskim Czernikowie w parafii pw. św. Bartłomieja.

Tutejszy duszpasterz, ks. Piotr Siołkowski, znany jest zresztą i z nietypowych pomysłów (vide rozliczanie parafian z głosowania na Ruch Palikota) i kwiecistego języka. Oto, jak w aktualnym biuletynie parafialnym, mobilizuje swoje owieczki do szykowania kopert na kolędę:

„Składane ofiary stanowią wyraz troski o potrzeby wspólnoty parafialnej oraz jedną z form wypełnienia V przykazania kościelnego: Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła” - czytamy. „W 2013 roku zachodzi nagląca konieczność kapitalnego remontu organów w naszym kościele. Już dwa głosy nie grają wcale, obudowa jest zjedzona przez korniki, a wiele piszczałek jest zniszczonych (ok. 900 sztuk mieszków)”.

I jak tu odmówić?


Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 14-01-2013 11:37

    Oceniono 2 razy 2 0

    - Zofia z Przyles: Dziękuję za ten piękny artykuł o kolędowaniu.Jaki ksiądz taka kolęda.Takiemu warto dać dużą ofiarę pieniężną nawet trzeba bo Parafia mała.Wspominam mą najlepsza kolędę byłam u koleżanki , która grała na gitarze a Ja uczyłam ją jakiegoś wzoru robienia na drutach i śpiewałyśmy kolędy . Na ławie był koleżeński poczęstunek ciasteczka, kawa i dobre wino - ogółem mieliśmy trochę książek , nut porozkładanych w ten dzwonek KOLĘDA z Parafii MBKM przyszedł ks. Marek uśmiechnięty - bo sam grał na gitarze i śpiewał, że takich samych swoich spotkał. Mieszkanie było na parterze poprosiliśmy księdza by odprawił kolędę i do nas przyszedł na koniec - ta kolęda trwała bardzo długo -długo śpiewaliśmy i wymiana naukowa o grze i śpiewie była bardzo pożyteczna .Niestety nagła śmierć zabrała nam kochanego przez wszystkich księdza Marka.

    Odpowiedz

  2. 12-01-2013 16:18

    Brak ocen 0 0

    - wapniak: I uskłada sie na wyjazd do Brazylii . Tam jakś duza impreza ma być /podpowiedzcie! może być nawet autorka//

    Odpowiedz