Śladami... Kalibabki

Grażyna Ostropolska 12 stycznia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:22

On wyłudzał pieniądze od zakochanych kobiet, ona uszczupliła majątek swego pracodawcy i sponsora. Teraz są parą. - Trafił swój na swego - tak oceniają ich jedni, a drudzy sugerują, że w tym duecie ona jest ofiarą.


Kobiety, które uwiódł pan Rysio, były trener „Zawiszy” (bohater naszej publikacji sprzed roku pt. „Trening czyni pana Rysia mistrzem”), nie odzyskały pieniędzy. Setek tysięcy złotych, które ten lokalny Kalibabka od nich wyciągnął, głównie pod pretekstem pożyczek na wirtualny biznes. Nie doczekały się też ukarania pana Rysia, bo prokuratura nie zamierza go ścigać i nie dostrzega w jego działaniu przestępstwa.

Ofiary pana Rysia nie kryją oburzenia: - Policjanci i prokuratorzy ograniczyli się jedynie do wysłuchania domniemanego sprawcy i dania wiary temu, co mówi! - oceniają. Uważają, że takie podejście organów ścigania czyni Polskę rajem dla oszustów i jest w tym dużo prawdy. Z setek spraw, z którymi trafiają do nas czytelnicy, wynika, że prokuratura bardzo rzadko ściga za oszustwo i większość spraw o wyłudzenie umarza.

W uzasadnieniu jak mantra powtarzane jest stwierdzenie, że do popełnienia oszustwa „konieczne jest wykazanie celowego działania sprawcy, ukierunkowanego na osiągnięcie korzyści majątkowej oraz doprowadzenie innej osoby do niekorzystnego rozporządzenia mieniem poprzez wprowadzenie jej w błąd”. - Takie „wykazanie” wymaga czasu i pieniędzy na powołanie biegłych, więc łatwiej jest odmówić wszczęcia postępowania i poradzić pokrzywdzonym, by dochodzili roszczeń w powództwie cywilnym - żalą się ofiary oszustów. Zdarza się, że po naszych publikacjach mobilizują się i wspólnie dążą do ukarania sprawcy.

Sprawa pana Rysia też ma swój dalszy ciąg. Stracił pracę w klubie sportowym, bo tam również pożyczał pieniądze i miał problem z ich oddaniem. Jeszcze niedawno trener Rysio występował jako pełnomocnik kobiety, która ma do sprzedania kilka mieszkań w kamienicy. Dziś wiemy, że to była

mieszkaniowa przewrotka.

Po naszej publikacji pt. „Trening czyni pana Rysia mistrzem” z bohaterką tekstu, panią Aldoną (pan Ryszard wyciągnął od niej 380 tys. zł), skontaktowały się inne oszukane kobiety oraz& pan Lucjan.

Pan Lucjan to biznesmen o zasobnym portfelu i litościwym sercu. Oba ucierpiały, gdy Agata - jego podopieczna i asystentka, związała się z panem Rysiem. Pan Lucjan uważa, że Agata to kolejna ofiara uwodziciela, bo trudno mu uwierzyć w czarną niewdzięczność kobiety, którą wyciągnął z biedy i patologicznego środowiska. - Było mi jej żal. Dałem Agacie pracę, samochód i mieszkanie w jednej z moich kamienic, namówiłem do ukończenia szkoły, a w końcu zrobiłem z niej swoją asystentkę - wspomina. Wzruszała go swoją sympatią do jego psów i ogładą, jakiej nabyła za jego pieniądze. Rozumiał to, że młodsza od niego o ćwierć wieku kobieta zakochała się. Nie znał pana Rysia, więc wyrozumiale przyjmował peany, jakie pani Agata wygłaszała na okoliczność jego zalet. Do czasu...

Pan Lucjan doznał szoku, gdy dowiedział się o sprzedaży mieszkań w należącej do niego kamienicy, które oferował pan Ryszard, mieniąc się pełnomocnikiem Agaty. - Zdążyła sprzedać jeden lokal, posługując się sfałszowanym aktem notarialnym. Na szczęście, kolejne transakcje, dzięki szybkiej decyzji sądu, udało mi się wstrzymać - mówi.

W sądzie toczy się teraz proces o unieważnienie zapisów notarialnych. - Nie sprzedałem Agacie mieszkań w mojej kamienicy, tylko pozwoliłem jej w jednym z nich mieszkać. Nie wiem, skąd się wzięły akty notarialne, które posiada - twierdzi pan Lucjan. Na jednej z pierwszych rozpraw przeżył kolejny wstrząs, gdy obrońca Agaty wyciągnął jego

testament.

- Do głowy mi nie przyszło spisywanie testamentu, a ten, który pojawił się na sali sądowej, jest dla mnie zagadką - zapewnia. - Skąd się wziął? Musiał zostać sfałszowany, bo treść ma kuriozalną. Oddaję wielomilionowy majątek Agacie i wydziedziczam jedynego syna? Przecież to niedorzeczne, ale nie wierzę, by ona sama na coś takiego wpadła - twierdzi pan Lucjan.

Nie czekał, aż organa ścigania ustalą, w jaki sposób doszło do spisania jego ostatniej woli i natychmiast unieważnił fałszywy testament.

Próbujemy dotrzeć do pani Agaty, by zapytać ją o zakwestionowane notarialne zapisy, ale to nie jest łatwe. Kobieta nadal zajmuje mieszkanie w wyremontowanej przez pana Lucjana kamienicy, ale rzadko tam bywa. - Odcięli jej gaz, a ona ma małe dziecko, więc pewnie mieszka gdzie indziej - spekulują sąsiedzi. Co innego mówi pracownica zakładu usługowego na parterze: - Jest z dzieckiem na spacerze. Gdy wróci, przekażę jej kartkę z informacją - obiecuje. Podobną kartkę z numerem telefonu i prośbą o kontakt z redakcją wrzucamy do skrzynki pocztowej przy drzwiach mieszkania pani Agaty. Kobieta nie odpowiada. Nie udaje się też nam ustalić adresu pana Ryszarda. Jego dawni znajomi nie wiedzą, gdzie mieszka i co robi.

Pan Lucjan twierdzi, że była asystentka przywłaszczyła sobie również kilka cennych obrazów mistrzów malarstwa i rodzinne precjoza, które przechowywał na czarną godzinę. - Wiedziała, że to moje najcenniejsze pamiątki i długo wierzyłem, że mi je zwróci - mówi. Znajomi karcą go za naiwność i litościwe serce. Uważają, że trafił swój na swego, że pani Agata jest warta pana Rysia. Pan Lucjan nie do końca w to wierzy i tak ją usprawiedliwia: - Jest mi jej żal, bo wygląda na to, że Agata jest ofiarą człowieka, który krzywdzi i wyzys- kuje kobiety. Bo skoro nie ma pieniędzy na gaz, to gdzie się podziały te, które otrzymała ze sprzedaży mojego lokalu? - pyta.

Pan Lucjan twierdzi, że zakwestionowane akty notarialne spisano u notariusza, z którego usług nigdy nie korzystał: - Mam swojego, u którego z racji prowadzonego biznesu bardzo często bywam.

Znajomi pytają go, czy przypadkiem nie zaserwowano mu w jakimś napoju

pigułki gwałtu.

Uświadomili mu, że osoba, której podano GHB (kwas gamma-hydroksymasłowy), zwany pigułką zapomnienia lub pigułką gwałtu, staje się podatna na sugestie i sprawia wrażenie, jakby robiła wszystko z własnej woli. Na przykład we Francji zdarzyło się, że po podaniu takiej pigułki ofiara przekazywała przestępcy swoją kartę kredytową, podawała mu PIN i inne informacje, a potem nie pamiętała, jak to się stało, że wypłacono pieniądze.

GMH, rozpuszczone np. w drinku, nie ma smaku i zapachu. Znika z organizmu po 8 godzinach. Przypadku ukarania sprawcy podania pigułki gwałtu jeszcze w naszym regionie nie było, choć na forach internetowych jest o tym procederze głośno.

Chcieliśmy zapytać notariusza, którego podpis widnieje na kwestionowanych przez pana Lucjana dokumentach, czy jest możliwe, by je sfałszowano, podstawiono do podpisu inną osobę lub właściwą, ale po podaniu jej chemicznego specyfiku, ale nie zgodził się na rozmowę. Wysłał nas po informacje do rzecznika Izby Notarialnej w Gdańsku.

- Nie jest możliwe, aby osoba pod wpływem silnie działających leków mogła dokonać jakiejkolwiek czynności notarialnej, bo najpierw notariusz z nią rozmawia i upewnia się, czy jest ona świadoma tego, co robi - tłumaczy nam rzeczniczka izby, Edyta Pietrewicz. Zdarza się natomiast

fałszowanie dokumentów notarialnych.

- To w polskiej rzeczywistości nie jest trudne. Wystarczy w jakiejkolwiek pracowni poligraficznej zamówić pieczęć z orłem (nasze prawo nie przewiduje ograniczeń w jej wydawaniu), która swoim wizerunkiem będzie odpowiadała tej notarialnej, i sfałszować dokument - zauważa rzeczniczka i dodaje: - Wprawdzie te prawdziwe pieczęcie są tłoczone w państwowej mennicy, ale nie sposób zauważyć różnic, gdy widzi się tylko ich odbicie.

Zdarza się, że notariusz dostrzega podróbkę i zawiadamia prokuraturę. Najwięcej takich fałszerstw zdarza się w pełnomocnictwach, udzielonych do sprzedaży mieszkań.

- Nasz samorząd aktywnie zabiega o to, by stworzyć rejestr pełnomocnictw. Od roku działa w Polsce rejestr testamentów, który niedawno udało się połączyć z rejestrem europejskim. Próbujemy przekonać Ministerstwo Sprawiedliwości, by stworzyć też rejestr umów małżeńskich. Zależy też nam na tym, by pieczęcie z orłem wydawano tylko funkcjonariuszom publicznym po okazaniu uprawnień i żeby stworzono notariuszom możliwość sprawdzania dokumentów tożsamości w systemie policyjnym, bo tylko tam można się dowiedzieć, czy przypadkiem go nie skradziono. Jest to ważne dla bezpieczeństwa klienta - podkreśla Edyta Pietrewicz.
Fakty

Pan Ryszard i kobiety

W 2005 roku Sąd Rejonowy w Bydgoszczy skazał pana Ryszarda na 9 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata za przywłaszczenie pieniędzy z cywilnej spółki „Agaton”, której był wspólnikiem.

W latach 2003-2010 pan Ryszard wyciągnął od lekarki pani Aldony 380 tys. zł pod pretekstem pożyczek na wirtualny biznes. Wmawiał jej, że dostarcza papier do „Ruchu” i „Zeto”, a wraz z biznesmenem G. buduje wieżowiec dla MWiK. Gdy wyszło na jaw, że te interesy są fikcją, przekazał jej notarialne oświadczenie o spłacie długu, ale się z niego nie wywiązał.

Na przełomie 2009 i 2010 r. pan Ryszard pożyczył od innej lekarki, z którą się związał, 56 tys. zł i też ich nie zwrócił. Obie wymienione kobiety oskarżyły go o wyłudzenie (art. 286 par. 1 k.k.), ale prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia, nie dopatrując się w postępkach pana Ryszarda czynu zabronionego.


Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 12-01-2013 16:10

    Brak ocen 0 0

    - znawca: Czynem zabronionym jest tylko krytyka dziennikarek EB jak piszą ble ble ble

    Odpowiedz