Trzy dni radosnej twórczości

Krzysztof Błażejewski 6 stycznia 2013, aktualizowano: 16-12-2013 12:23


Po marcowych wydarzeniach 1968 roku władza usiłowała niektórym grupom społecznym znaleźć właściwe miejsce. Żydów kierowano więc do Syjonu (czasem Syjamu), studentów do nauki, literatów - do pióra i... dodatkowo do naszego regionu.


Literaci w powojennej Polsce byli przez władzę hołubieni. Jako „inżynierowie ludzkich dusz” mieli wspierać budowę nowego społeczeństwa według wytycznych jedynej słusznej partii.

Mimo pewnych zawirowań po październiku 1956 roku, stan ten dotrwał aż do wydania zakazu wystawiania „Dziadów” w styczniu 1968 roku. Wówczas to na głośnym zebraniu warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich Stefan Kisielewski nazwał rządy ekipy Władysława Gomułki „dyktaturą ciemniaków”, co zostało przyjęte przez niektórych z aplauzem, przez innych ze zgorszeniem. Pisarze podzielili się na dwa obozy.

Gomułka w odpowiedzi wyzwał niepokornych od „ludzi zgniłych moralnie” i „o moralności alfonsa”. Kisielewski otrzymał zakaz publikowania.

Zaproszenie od świata pracy

Na odważny gest zdobył się Jerzy Andrzejewski, który swoją powieść, odrzuconą przez cenzurę, wysłał do druku za granicę, a do władz Związku Literatów Czechosłowacji skierował list otwarty ze współczuciem z powodu polskiej interwencji wojskowej w CSRS.

Władza postanowiła zabrać się za literatów. Mieli oni „wejść w świat pracy”. Podjęto decyzję, by kolejny zjazd Związku Literatów Polskich odbył się nie w Warszawie, ale w dużym ośrodku przemysłowym.

Tę sytuację wykorzystał ówczesny I sekretarz KW PZPR w Bydgoszczy, Józef Majchrzak, który chciał, by Bydgoszcz była „robotniczo wielka, większa, największa”. Literatem wprawdzie nie był, ukończył tylko bydgoską szkołę partyjną (choć z wyróżnieniem), ale działaczem był rzutkim. I tak zapadła decyzja, żeby 5-7 lutego 1969 roku na obrady XVII zjazdu literaci przyjechali do naszego regionu na „spotkanie z klasą robotniczą.”

Już 12 grudnia 1968 roku Stefan Kisielewski zanotował w swoich pamiętnikach: „Dziś cała prasa opisuje spotkania robotników z literatami w warszawskich fabrykach. Literaci, oczywiście, odpowiednio dobrani, zapewniają, że chcą pracować dla wspólnej sprawy, dla ludu, socjalizmu itd., a robotnicy rzekomo pytają się, co z nami, czyli tymi, którzy zajmowali stanowisko „politycznie nieprawidłowe”. Powinni nas zaprosić - ja bym im powiedział, ale chyba przecież widzą, że mamy pyski zamknięte”.

Inny zapis „Kisiela”: „Zjazd literatów w Bydgoszczy miał zostać odłożony ze względu na grypę, ale podobno będzie. (...) Podobno zjazd ma być publiczny, będzie stu robotników. To będzie ładna uroczystość - brrr, zimno się robi.”

Strach prezesa

Grypa pozwoliła pisarzom na uniki. Poza Jerzym Putramentem i Julianem Przybosiem nie stawił się nikt z czołówki polskich literatów.

Sam prezes ZLP, Jarosław Iwaszkiewicz, też się wystraszył. 2 lutego 1969 roku zanotował w swoim „Dzienniku”: „Leżę od dziesięciu dni na grypę - wynika z tego, że nie będę na zjeździe w Bydgoszczy, co napełnia mnie radością”.

W depeszy przesłanej na zjazd napisał jednak ideologicznie poprawnie: „Dobrze by było zastanowić się nad odnowieniem form organizacji, nad tchnięciem nowego ducha”. Obiecał też, że jeśli jednak literaci chcieliby, by ponownie został prezesem, to nie ma nic przeciwko temu.

W tej sytuacji zjazdowi szefował Putrament.

- Zachowywał się różnie, w zamkniętym gronie potrafił powiedzieć „nie”, w rzeczywistości jednak był ideologiem związku, „trzymał” w nim i forsował jedynie słuszną linię - wspomina toruński poeta Jerzy Lesław Ordan. - Tak naprawdę, to związek „wisiał” na Iwaszkiewiczu, to z nim władze się liczyły, to on zawsze umiał się znaleźć.

Rzecznikiem prasowym zjazdu został Zefiryn Jędrzyński, ówczesny zastępca naczelnego „Gazety Pomorskiej”, późniejszy szef „Nowości”, sekretarzem komitetu organizacyjnego był kierownik Wydziału Kultury Prezydium MRN w Bydgoszczy Czesław Kościecha, przewodniczącym tegoż komitetu niedawno zmarły długoletni szef bydgoskiego ZLP Jan Górec-Rosiński.

Jak bracia z braćmi

W XVII zjeździe, pompatycznie nazwanym sejmem pisarzy polskich, uczestniczyło 105 delegatów z Polski, zdecydowana większość z Warszawy. Z naszego regionu było tylko dwóch: Władysław Dunarowski i Jan Górec-Rosiński. Przyjechało ponad stu przedstawicieli „bratnich” związków z krajów socjalistycznych. Obrady toczyły się w sali Wojewódzkiej Rady Narodowej przy ul. Jagiellońskiej; znalazły tam pomieszczenia również biuro zjazdu, biuro prasowe, hala maszyn, dalekopisy, dwie kawiarnie, gabinet lekarski, dentystyczny itp. W holu eksponowano wystawę książek i wydawnictw, pojawiły się kiosk „Ruchu”, placówka „Orbisu” i stanowisko poczty z okolicznościowym datownikiem oraz wystawą filatelistyczną. Miasto przybrało odświętny wygląd, na głównych ulicach pojawiły się okolicznościowe dekoracje.

Przed zjazdem telewizja wyemitowała reportaże ze spotkań pisarzy z załogami największych zakładów pracy. Obradom przysłuchiwali się przedstawiciele związków zawodowych, organizacji młodzieżowych i zakładów pracy. Przyjechały delegacje robotników z Huty im. Lenina w Nowej Hucie, z warszawskiego FSO, z wrocławskiego Pafawagu i zakładów przemysłowych Bydgoszczy, Torunia i Włocławka. Owacją na stojąco literaci przywitali... górników z Rybnickiego Okręgu Węglowego.

W przeddzień rozpoczęcia zjazdu bydgoscy i toruńscy literaci spotkali sie z pracownikami ZNTK. Pisarze poznali „historię i wyniki produkcyjne zakładu oraz jego załogi.” Władysław Dunarowski w rewanżu „naszkicował rolę pisarza w Polsce Ludowej i jego zadania w poszerzaniu horyzontów myślowych oraz kształtowania postaw czytelników”. „Dzisiejsze spotkanie - mówił - jest manifestacją więzi pracowników pióra z klasą robotniczą”.

Na zjazd przyjechali przedstawiciele najwyższych władz - sekretarz KC PZPR, „twardogłowy” Stefan Olszowski, kierownik wydziału kultury KC PZPR Wincenty Kraśko i minister kultury i sztuki Lucjan Motyka.

Gości witał przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej, Aleksander Schmidt: „Niechaj rodzący się każdego dnia na naszej ziemi wielki epos budownictwa socjalistycznego sprzyja jak najbardziej waszym obradom”.

Stefan Olszowski podczas swojego wykładu będącego pouczeniem na temat tego, jak i co pisać, zacytował Władysława Gomułkę: „Partii naszej potrzebna jest literatura, która by współuczestniczyła w wielkim dziele przetwarzania świadomości człowieka, duszy narodu, mądrze i daleko widziała cele socjalizmu, zdobywała i porywała dla nich ludzi”. Potem narzekał: „Nie ma co ukrywać, że poza żywym nurtem rozważań o przyszłości i kształcie literatury znalazła się określona grupa literatów, która w ciągu ostatnich lat, a zwłaszcza w trakcie wydarzeń ubiegłorocznych zajęła stanowisko opozycyjne i prezentowała poglądy o różnym natężeniu niechęci lub wrogości wobec polityki partii i państwa. Niektórzy z nich poszli na otwartą walkę z Polską Ludową, pisząc paszkwile na naszą rzeczywistość społeczną...”

Olszowskiego spiesznie poparł Julian Przyboś, mówiąc o triumfie idei marksizmu w interpretacji leninowskiej i konieczności przygotowania w okresie budowy ustroju socjalistycznego specyficznych dzieł literackich.

Czego oczekują robotnicy?

Po południu odbyło się aż 56 spotkań autorskich 150 pisarzy polskich i niektórych zagranicznych w zakładach pracy w Bydgoszczy, Toruniu, Grudziądzu, Włocławku i Inowrocławiu.

W toruńskiej „Elanie” o swojej twórczości mówili Jan Dobraczyński i Lesław Bartelski, w „Merinoteksie” Henryk Panas i Wilhelm Szewczyk, w Zakładach Mięsnych Tadeusz Hołuj, w „Tofamie” Tadeusz Śliwiak, ponadto spotkania w mieście Kopernika odbyły się w „Apatorze” i Klubie Nauczyciela.

Drugiego dnia zjazdu, w sobotę, górnik Bronisław Miczajka stwierdził, że „ludzie pracy oczekują od pisarzy książek o wysokich walorach artystycznych, ideowych i moralnych, które ukazywałyby głębokie przemiany, jakie dokonały się i dokonują w naszym społeczeństwie”, co zostało owacyjnie przyjęte.

W niedzielę zaocznie wybrano Iwaszkiewicza ponownie prezesem. W nowym zarządzie głównym znalazł się tylko jeden przedstawiciel naszego regionu, prof. Konrad Górski, filolog z UMK. Wówczas do związku przyjmowano bowiem jeszcze historyków literatury. Szokujące było to, że w ogóle nie rozpatrywano sprawy usunięcia ze związku tzw. niepokornych. Podobno miał to załatwić z władzami Iwaszkiewicz.

Po wyborach Jerzy Putrament uznał zjazd za „przełomowy dla polskiej literatury”. Potem delegaci udali się na zwiedzanie Torunia.

Z okazji zjazdu Bydgoszcz pojawiła się w Polskiej Kronice Filmowej nr 7/69A z komentarzem podpisanym J. Żejmo: „Sztuka nowoczesna, ale dostępna szerokim kręgom narodu, przeniknięta socjalistycznym humanizmem - oto propozycje dla naszych twórców”.

„Ostry zakręt, na którym znalazła się nasza literatura w ostatnim roku - napisał miesiąc później A. Z. w „Nowych Drogach”, ideowym piśmie KC PZPR. - jest już w znacznej mierze poza nami. Świadczył o tym bydgoski zjazd literatów, w którego debacie dominowały wypowiedzi świadczące o dojrzałości ideowej oraz obywatelskiej i patriotycznej odpowiedzialności jego uczestników (...) Zjazd wykazał, że decydująca większość społeczności pisarskiej wybrała drogę wspólną z narodem - budowania socjalistycznej ojczyzny”.

„Drętwy jak cholera”

Zupełnie inaczej ocenił zjazd Stefan Kisielewski: „Zjazd literatów odbył się, drętwy jak cholera, bez starego pieczeniarza Iwaszkiewicza (podobno chory), uchwalono nowy statut pozwalający wyrzucić ze związku kogo się chce i wyplatający dużo na temat „wysokiego noszenia honoru socjalistycznego pisarza”. Niestety, to nie dla mnie, tak jak i wszystkie drętwe przemówienia tam wygłoszone, gdzie bez jednej przerwy odmienia się słowa „naród” i „społeczeństwo”, a robią to różni cynicy, w tym oczywiście „paxowcy”. Nie wiem już zresztą, co lepsze: cynizm czy głupota, bo gdy Jaś Dobraczyński, stary endek, bredzi posłusznie o socjalizmie, to przecież chyba robi to nie z demonizmu, lecz właśnie z głupoty”.
WARTO WIEDZIEĆ

Literaci sami o sobie przed i po bydgoskim zjeździe

Jarosław Iwaszkiewicz, „Dziennik”, 2 lutego 1969: „Związek jest splajtowany, a to, o czym się mówi przedtem i o czym potem będzie się mówiło, to przecież nie jest literatura. Jakaż to literatura bez Miłosza, Gombrowicza, Andrzejewskiego, Mrożka i tylu innych”.

Stefan Kisielewski „Dzienniki”, 15 lutego 1969: „Z tym starym pedałem Iwaszkiewiczem to jest zabawnie: wazeliniarz, dworak, karierowicz, a twórczość ani odrobinę nie „socjalistyczna”: pesymizm, lęk śmierci, miłość fatalistyczna, melancholia polskości wypędzonej ze Wschodu”.

Jarosław Iwaszkiewicz o Jerzym Andrzejewskim w „Dzienniku”: „Zawsze go uważałem za ścierwo, a on wyrósł na bohatera narodowego”.

Jerzy Putrament: „Wiem, że prowadzono przed zjazdem kampanię „ugrypowienia” delegatów. Niektórzy mieli telefony odstraszające i zapadli na grypę psychologiczną”.

Żart Antoniego Słonimskiego: „Na zjazd do Bydgoszczy nie przybyli pisarze jugosłowiańscy, czechosłowaccy i polscy”.