Polska bieda ma twarz dziecka

Przemysław Łuczak 24 grudnia 2012, aktualizowano: 16-12-2013 12:23


Rozmowa z dr. hab. ARKADIUSZEM KARWACKIM, socjologiem z UMK.

Politycy często powtarzają, że maleje nasz cywilizacyjny dystans do Niemców czy Francuzów, ale o biedzie mówią jakby ciszej...

Można na ten problem patrzeć tak, jak robił to do niedawna premier Tusk, chwalący się Polską jako jedynym krajem, mającym dodatni PKB, swoistą zieloną wyspą na tle pogrążonej w kryzysie UE. Ale sam wzrost gospodarczy to za mało, żeby wypowiadać się o zamożności polskiego społeczeństwa. W istocie jesteśmy jednym z najbardziej rozwarstwionych dochodowo krajów UE, a więc z największym dystansem między dochodami najbogatszych i najuboższych.

Wielu Polakom, oczywiście, żyje się coraz lepiej, ale z drugiej strony pogłębia się strefa ubóstwa. W latach 2006-2008 mieliśmy do czynienia ze spadkiem skali problemów społecznych, nie tylko w odniesieniu do różnych granic biedy, lecz także bezrobocia. Ostatnio jednak skala biedy znowu zaczęła się zwiększać. W końcu 2011 roku w skrajnej biedzie, czyli poniżej minimum egzystencji, żyło aż 6,7 proc., czyli około 2,5 mln Polaków (o cały punkt procentowy więcej niż przed rokiem).

Co jest charakterystyczne dla dzisiejszej biedy?

Przede wszystkim jest bardziej rozproszona niż dawniej. Pierwszą cechą jest gettoizacja biedy, czyli tendencja do jej koncentracji na niektórych obszarach kraju. Dotyczy to również części województw, w których wskaźniki rozwojowe są zawsze niższe, a zakres problemów społecznych większy niż w innych rejonach.

Drugą cechą polskiej biedy jest jej feminizacja. To kobiety coraz częściej biorą na siebie odpowiedzialność za przetrwanie gospodarstwa domowego, sprawują opiekę nad dziećmi, pozyskują fundusze z systemu pomocy społecznej. Istotna jest juwenalizacja biedy - wszystkie dane pokazują, że polska bieda ma twarz dziecka. Kolejna kategoria to tzw. working poor, czyli biedni pracujący. Gdybyśmy przeanalizowali dane GUS, to się okaże, że praca nie daje wcale gwarancji wydobycia się z biedy. W populacjach, które opierają się na dochodach z pracy najemnej, myślę głównie o robotnikach, skrajna bieda dotyka aż 9 procent.

Gdzie żyje się najbiedniej?

Mamy cztery województwa: warmińsko-mazurskie, podlaskie, lubelskie i świętokrzyskie, w których stopa ubóstwa, głębokość biedy i problemy z bezrobociem są największe. Natomiast najniższą stopę ubóstwa ma województwo opolskie, a dalej dolnośląskie, śląskie, małopolskie i mazowieckie. Kujawsko-Pomorskie jest średniakiem, w którym bieda jest rozproszona. Mieszkańcy wsi stanowią 60 proc. skrajnie ubogich. Liczba tych, którzy żyją poniżej minimum egzystencji (skrajna bieda), w ostatnich latach najbardziej wzrosła właśnie wśród rolników.

Jak się określa minimum egzystencji?

Możemy w różny sposób wyznaczać granicę między biednymi a nie biednymi. Minimum egzystencji jest to najniższy poziom dochodu, który pozwala zaspokajać podstawowe potrzeby. Wskaźnik ten jest ustalany jako wartość koszyka dóbr i usług, określana przez ekspertów. Inną granicą biedy jest minimum socjalne, czyli najniższy poziom dochodu, pozwalający na normalny udział w życiu społecznym. Upraszczając wysokość tego minimum dla różnych typów gospodarstw domowych, szacuje się je we wrześniu 2012 roku na niewiele ponad 1000 złotych na osobę.

Inny sposób to posługiwanie się definicją ubóstwa ustawowego czy urzędowego, według której biednym jest ten, kto dysponuje dochodem uprawniającym do świadczenia z systemu pomocy społecznej. Reguluje to ustawa o pomocy społecznej z 2004 roku. I tutaj dotykamy ważnej kwestii. Otóż ustawowa granica ubóstwa wynosi dla jednoosobowego gospodarstwa 477 zł. Tymczasem wartość minimum egzystencji jest nieco wyższa i wynosi 495 zł.

Okazuje się, że osobie, która ma dochód 480 zł miesięcznie i obiektywnie żyje w skrajnej biedzie, nie przysługuje świadczenie. Przy gospodarstwie domowym np. 2+3 problem jest jeszcze bardziej wyraźny. W naszym kraju od lat nie rewaloryzuje się po prostu progów, uprawniających do pomocy społecznej, co powoduje, że jakiś odsetek ludzi żyje w skrajnej biedzie i nic im się nie należy.

Jak mierzy się biedę w krajach unijnych?

Na gruncie dokumentów i analiz Unii Europejskiej najczęściej stosuje się relatywną granicę ubóstwa (50-60 proc. średniego dochodu w danym kraju). Polska w ostatnich latach miała ten wskaźnik zbliżony do średniej unijnej, czyli około 17,2 proc. Ale faktyczna bieda czy zagrożenie wykluczeniem społecznym jest u nas większe niż w krajach zachodnich. Co innego bowiem oznacza skrajna bieda w naszym kraju, a co w innego w lepiej rozwiniętym.

Mówimy tu o takich kwestiach, jak kondycja zdrowotna i zabezpieczenie ochrony zdrowia, substandardowość mieszkań, zdolność nabywcza w warunkach konkretnego kraju, uprawnienia asekuracyjne ze strony państwa w kwestii środków finansowych i usług itp. Powinniśmy zatem nie tyle porównywać się do całej UE, co pokazywać bariery rozwojowe, np. wynikające z naszego socjalistycznego dziedzictwa i aktualnej polityki.

Czy mamy dobrze zorganizowany system pomocy biednym?

Jestem zwolennikiem refleksyjnej polityki społecznej - zorientowanej na gruntowną analizę kosztów i korzyści, ale uważam, że to państwo powinno starać się zabezpieczać potrzeby najuboższych. Generalnie mamy bardzo małe nakłady na pomoc społeczną. Sięgają one ledwie 0,4 proc. PKB, podczas gdy większość krajów osiąga ponad 1 proc. Inną kwestią jest to, czym służby społeczne w ramach pomocy społecznej w Polsce się zajmują. Obecnie zdecydowaną większość nakładów przeznacza się na świadczenia, a niewiele na usługi, które powinny być podstawą pomocy społecznej.

Wiele do życzenia pozostawia też kwestia diagnozy biedy, która wykonywana jest sztampowo. W ogóle w pomoc społeczną wpisanych jest wiele działań pozornych. Pozorna jest diagnoza, pozorna praca z klientem, pozorna praca z ekspertami. W konsekwencji - ze świadomością wdrażanych innowacyjnych projektów systemowych w naszym województwie, animowanych przez Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej - nie diagnozujemy rzetelnie sytuacji i nie mamy konkretnej oferty wspierającej ubogich, a tylko transferujemy - niewielkie - pieniądze.

Pomoc społeczna w dużej części trafia nie do tych, którzy jej naprawdę potrzebują...

Nie wiadomo, jaki jest zakres tego zjawiska, ponieważ nie prowadzi się na ten temat badań. Nie tylko ja uważam, że zdecydowanie powinny być one inicjowane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Badania skoncentrowane na efektywności systemu pomocy mogłyby ujawniać, z jednej strony skalę nietrafionych transferów, które tylko utrwalają problemy, a z drugiej mogłyby pokazać zapotrzebowanie na konkretne działania. Bo przecież złe transfery, to danie pieniędzy komuś, kto nie powinien ich otrzymać, ale też nieprzekazanie ich komuś, kto powinien je dostać.

Politycy bardzo często mówią o dawaniu biednym „wędki”, przy pomocy której mogliby oni wyjść na prostą. Ale to chyba też nie za bardzo wychodzi...

Problem jest złożony. Spójrzmy na klientów centrów integracji społecznej, usuwanych z projektów ze względu na cechy, z powodu których się tam znaleźli. To tak, jakbyśmy od osoby ze złamaną nogą oczekiwali, że zaraz po wypadku zacznie chodzić. Spójrzmy na wykorzystanie aktywnych instrumentów rynku pracy - robót publicznych, prac interwencyjnych - które nie są odskocznią do zakorzenienia na rynku pracy.

Spójrzmy na niespójność w sferze polityk publicznych między celami w strategiach gmin, a kierunkami alokacji środków (np. dotacji). To wybrane przykłady problemów, a w tle znajduje się także temat nieefektywności wykorzystania środków unijnych na politykę aktywizacji, gdzie często samo aktywizowanie jest ważniejsze od skutków tego procesu.

Czy Polacy mają wolę wyrwania się z biedy?

Z tym jest różnie. Wielu, kiedy popada w biedę, obniża swój standard życia, dostosowuje się i próbuje przetrwać (lub wegetować), nie podejmując strategii aktywnej. Decydują też o tym rozległe deficyty. Ale nie wszyscy są bezradni, część stara się aktywnie zmieniać swoją sytuacją, o czym świadczy chociażby znaczące zainteresowanie ofertą centrów integracji społecznej. Ale odwróćmy problem.

Zawsze podkreślam, że bardzo ważna w walce z biedą jest powszechna aktywizacja (także tych zasobnych), że to nie jest tylko podnoszenie poprzeczki tym, którzy sobie nie radzą. Jestem zbudowany tym, jak wielu ludzi zaangażowało się w tym roku w akcję „Szlachetna paczka”.
Teczka osobowa

Socjologia ubóstwa, koszykówka i kryminały

Dr hab. Arkadiusz Karwacki, socjolog, zastępca dyrektora Instytutu Socjologii UMK w Toruniu, profesor PWSH Pomerania w Chojnicach, ekspert Instytutu Spraw Publicznych, badacz problemów społecznych i aktualnie wdrażanych koncepcji w polityce społecznej. Jego zainteresowania badawcze obejmują również socjologię ubóstwa i bezrobocia, problemy zagrożenia wykluczeniem społecznym. Jest autorem wielu publikacji o tej tematyce, m.in. „Papierowe skrzydła. Rzecz o spójnej polityce aktywizacji”, Toruń 2011.

Poza pracą, pasjonat sportu, zwłaszcza koszykówki, zaczytujący się w kryminałach pióra Jo Nesbo.