Pokażcie kwity na czyste ręce!

Małgorzata Oberlan, zdjęcia Adam Zakrzewski 19 grudnia 2012, aktualizowano: 16-12-2013 12:23

W aferę nielegalnego składowania niebezpiecznych odpadów medycznych w Szczuplinkach w gminie Książki zamieszani są nie tylko rolnik Marian K. i Jarosław D., szef firmy „Sanitas”. Obawiać muszą się też same placówki, które za takie śmieci odpowiadają do końca ich żywota - w spalarni.


Fiolki z krwią, odpady pooperacyjne, strzykawki, wzierniki ginekologiczne, pojemniki oznakowane jako „materiał zakaźny (skażony)” - wszystko to leżało sobie na polu. Nieopodal domu 47-letniego Mariana K. we wsi Szczuplinki, w gminie Książki, w powiecie wąbrzeskim. Górę długą na kilka metrów, a wysoką przynajmniej na dwa, chroniły gęste krzaki i płot. Blisko dziesięć ton tego niebezpiecznego „towaru” odkryto pod koniec listopada.

Skąd tu się wziął?

Jeden rabuje, drugi składuje

Pamiętacie, Państwo, Michała D., młodego nauczyciela wychowania fizycznego w Wąbrzeźnie, który wraz z kolegami napadł na bank w Jabłonowie Pomorskim? Miasteczko do dziś jest w szoku. Sam skok szybko ochrzczono wyczynem gangu Olsena, bo rabusie zaliczyli kilka dziecinnych wręcz błędów, z ujawnieniem swoich twarzy przed kamerami monitoringu włącznie.

47-letniego Jarosława D., właściciela firmy „Sanitas” w Wąbrzeźnie, która niebezpieczne odpady, zamiast do utylizacji, zwoziła na pole w Szczuplinkach, łączy z wuefistą nazwisko i pokrewieństwo. Najwyraźniej zatem w rodzinie D. niekonwencjonalne podejście do zarobkowania jest zaraźliwe.

U samego przedsiębiorcy znaleziono kolejne dwie tony niebezpiecznych odpadów. Jedną w garażu, drugą w samochodzie. Wszystkie śmieci - co do tego służby sanitarne ani śledczy nie mają wątpliwości - natychmiast po odbiorze powinny trafić do utylizacji. Konkretnie do zakładu przy szpitalu onkologicznym w Bydgoszczy.

Dlaczego przedsiębiorca, który od dziesięciu lat trudnił się odbiorem i transportem takich odpadów na mocy ważnej decyzji administracyjnej, nagle zboczył z drogi praworządności? - Tłumaczył dość mgliście, że składowisko na polu miało być tymczasowe. Odpady miał wywieźć do utylizacji zaraz po tym, jak wygrzebie się z finansowych kłopotów - relacjonuje Janusz Biewald, zastępca prokuratora rejonowego w Wąbrzeźnie.

Firma „Sanitas” Jarosława D. odbierała odpady medyczne (były tego całe tony) ze szpitali, przychodni zdrowia, gabinetów weterynaryjnych i innych placówek. Nielegalnie zaczęła je wywozić do rolnika Mariana K. mniej więcej w listopadzie 2011 roku. Gospodarz z Szczuplinek jest równolatkiem i znajomym Jarosława D.

- Za jedną dostawę odpadów samochodem dostawczym Jarosław D. płacił rolnikowi 30 albo 20 złotych. A czasem nawet nie tyle, tylko po prostu dawał drobne „na piwo” - mówi prokurator Biewald. - Oszczędności przedsiębiorcy na takim procederze nie były oszałamiające. Twierdzi, że w Bydgoszczy za utylizację kilograma odpadów musiałby zapłacić około 5 złotych. Z naszych ustaleń wynika jednak, że mniej - 1,5 zł.

Do tych oszczędności dodać trzeba koszty paliwa. Taniej, oczywiście, było odebrać śmieci z okolic Wąbrzeźna i zrzucić je na pobliskiej wsi, aniżeli wieźć ponad 100 kilometrów do Bydgoszczy.

Kompletna beztroska

Czy rolnik wiedział, co składowane jest w jego obejściu? Trudno podejrzewać, że nie, chociaż członkowie rodziny K. przed kamerami TVN próbowali dowodzić, że „nie mieli pojęcia, co tam jest”. Co prawda, śmieci popakowane były w półprzezroczyste, różnokolorowe worki foliowe (w myśl przepisów segregujące je placówki muszą dostosować barwę do charakteru odpadu), ale i pałętały się luzem. Ekipa TVP Bydgoszcz uwieczniła chociażby psa, bawiącego się strzykawką. Zresztą całe kilogramy strzykawek usiłowano spalić na polu - zostały po tym wyraźne ślady.

- Bieda i alkohol - tak podsumowują sytuację gospodarstwa K. okoliczni mieszkańcy. Dziwiąc się sytuacji, tym bardziej że razem z rolnikiem i jego żoną dom w Szczuplinkach zamieszkuje ich córka z małym dzieckiem.

- Świadomość niektórych mieszkańców wsi, dotycząca zagrożeń sanitarnych dla środowiska, jest bardzo niska - podsumowuje Jerzy Polcyn, wójt gminy Książki.

Mariana K. nie usprawiedliwia. Po prostu, konstatuje fakt.

Firma „Sanitas” miała podpisane umowy na odbiór niebezpiecznych odpadów medycznych ze 118 placówkami, działającymi na terenie Kujawsko-Pomorskiego. Były wśród nich szpitale, przychodnie zdrowia, gabinety werynaryjne i stomatologiczne, salony kosmetyczne, domy pomocy społecznej, a nawet zakłady pogrzebowe.

W Szczuplinkach śledczy doszukali się na razie odpadów ze zdecydowanie mniejszej liczby placówek. Nie chcą ujawniać, jakich konkretnie. Łączy się to z odpowiedzialnością, jaka na tych placówkach spoczywa.

- W myśl przepisów, każda placówka, która oddaje niebezpieczne odpady, winna mieć dowód na to (potwierdzenie), że faktycznie zostały one poddane utylizacji - podkreśla prokurator Janusz Biewald. - Właśnie zamierzamy wezwać te jednostki do wylegitymowania się stosownymi dokumentami. Chcemy, żeby dowiedziały się o tym od nas, a nie z mediów.

Co się stanie, jeśli szpital, przychodnia czy DPS nie będą miały kwitów? Grożą im restrykcje administracyjno-prawne. Niedopełnienie takiego obowiązku ścigane jest w trybie mandatowym. Najgorsze, co może spotkać placówkę, to kara grzywny. Jak widać, nie są to szczególnie dotkliwe konsekwencje.

Nawet pięć lat więzienia

Obecnie tony niebezpiecznych śmieci sukcesywnie wywożone są ze Szczuplinek i Wąbrzeźna do Bydgoszczy i tam spalane. Rachunek zakład utylizacji wystawi Urzędowi Gminy Książki. Jak podaje prokuratura, nie są to wielkie pieniądze.

Zaraz po odkryciu nielegalnego składowiska rolnik i przedsiębiorca zostali zatrzymani i doprowadzeni do prokuratury. Przedstawiono im zarzuty składowania i transportowania odpadów w sposób powodujący zagrożenie. Obaj mężczyźni przyznali się do winy. Obu grozi od 3 miesięcy do 5 lat więzienia.

Po przesłuchaniach wrócili do domów, ale nie mogą opuszczać kraju. W stosunku do przedsiębiorcy zastosowano poręczenie majątkowe, a wobec rolnika - dozór policyjny. Jarosławowi D. zakazano też dalszego prowadzenia działalności gospodarczej, związanej z odbiorem i transportem odpadów. Starostwo Powiatowe w Wąbrzeźnie już wszczęło postępowanie, którego wynikiem ma być cofnięcie wydanego mu zezwolenia na prowadzenie takiego interesu.

Mamy niechlubny rekord

Ustawa o odpadach precyzuje, że większość rodzajów odpadów medycznych powinna trafiać bezpośrednio do spalarni, a jedynie około 10 procent z nich może być przechowywanych w przeznaczonych do tego miejscach i w określonych warunkach, do 72 godzin.

Proceder ze śmierdzącym finałem w Szczuplinkach w gminie Książki, jak na razie, bije na głowę podobne w kraju. W październiku tego roku policjanci odkryli nielegalne składowisko odpadów medycznych w okolicach Szczecina. Było to jednak „zaledwie” tona, a na dodatek - w magazynie.