Kolorowe ptaki z Internetu

Piotr Schutta 1 grudnia 2012, aktualizowano: 16-12-2013 12:24

Czterdziestoparoletni blondyn w dziewczęcych podkolanówkach i sandałach siada na klozecie i śpiewa do kamery: „Kupę sobie strzelę z rana”. Nie przeszkadza mu to, że filmik obejrzały w Internecie prawie 3 miliony osób, a niektóre nazwały go świrem.


Blondyn sam wrzucił filmik na YouTube. Nazywa się Gracjan Roztocki, z zawodu jest cukiernikiem, z zamiłowania...

No właśnie. Tu zaczyna się problem. On sam nazywa siebie artystą, choć trudno w jego wygłupach odnaleźć cień talentu. Pytany przez dziennikarzy, nie umie powiedzieć, jak to się stało, że został gwiazdą Internetu.

Szczyt popularności cukiernika przypadł na 2009 r. Kilkuminutowe „wrzuty” miały wówczas po kilkaset tysięcy wyświetleń. Mężczyzna najczęściej śpiewał i recytował naiwne teksty własnego pomysłu, pląsając przy tym jak pięcioletni chłopiec. Stał się tak zwaną gwiazdą Internetu, co raczej szokowało niż budziło podziw. Nagle jego postać (krótkie spodenki, podkolanówki w paski i sandałki) wyszła z internetowej niszy i stała się medialnie rozpoznawana. Gdy Gracjan Roztocki pojawił się u Szymona Majewskiego i w programie telewizji śniadaniowej „Dzień Dobry TVN”, mówiła o nim cała Polska. Przez chwilę mogło się wydawać, że ta zaskakująca fala popularności gdzieś cukiernika wyniesie, do czegoś go doprowadzi.

Krótka kariera, bolesny upadek

- Niestety, z naszych badań wynika, że kariera gwiazdy internetowej trwa krótko (od kilku miesięcy do półtora roku), a upadek jest bolesny. Dziś pan Gracjan ma następców i pretensje do świata, że świat przeniósł swoją uwagę na innych, a jego nie chce już oglądać - mówi Tomasz Szlendak, profesor socjologii z UMK w Toruniu. Pod jego kierunkiem powstało kilka prac magisterskich, opisujących fenomen internetowej popularności.

Nie trzeba mieć nic sensownego do powiedzenia. Nie jest wymagana osobowość sceniczna ani talent. Wystarczy brak samokrytycyzmu (za którym może kryć się zaburzenie osobowości) i kamerka, choćby w telefonie komórkowym. Następców Gracjana trudno dziś zliczyć.

Każdego dnia użytkownikom portalu YouTube objawiają się nowe indywidualności, by nie rzec indywidua. Większość po jakimś czasie znika w otchłani zapomnienia, jak choćby niejaka „Majka dupodajka”, osiemnastolatka, której bezpardonowe zwierzenia na temat seksu wyświetliło sobie kilkaset tysięcy internautów. Dziś Majki nie ma. Nie ma też Krzysztofa Kononowicza, słynnego człowieka w swetrze, który nie został, co prawda, prezydentem Białegostoku, ale za to jego spot wyborczy obejrzało w 2007 r. 6 milionów Polaków, rozdziawiając usta, że ktoś taki w ogóle istnieje. Na krótką chwilę ten 49-letni dziś kierowca mechanik o niespełnionych politycznych ambicjach stał się bohaterem YouTube.

Pani Baśka git majonez

- Dzięki Internetowi okazało się nagle, że świat jest niezwykle zróżnicowany, że istnieje mnóstwo ludzi, którzy myślą i wyglądają inaczej niż wszyscy - mówi profesor Szlendak, nie kryjąc, że od patrzenia na niektóre osobowości sieci „cierpną mu zęby”.

Jedni jej nie znoszą, inni uwielbiają. Jest wulgarna i prostacka, nie grzeszy urodą i powtarza w kółko te same zwroty rodem z półświatka. Jej ulubione powiedzonko to „Git majonez”. Pani Basia Kwarc z Wrocławia (naprawdę nazywa się Rogowska) ma 59 lat, opowiada o sobie, że była garderobianą w Teatrze Polskim i modelką na Akademii Sztuk Pięknych. Do Internetu wdarła się przebojem w 2008 r. za sprawą kilkuminutowego filmiku pod niepozornym tytułem „Pani Basia. O sobie”. Kobieta o platynowych włosach, szerokiej twarzy i z brakami w uzębieniu bez skrępowania i liczenia się ze słowami opowiada o nieważnych sprawach: o „łysym frajerze”, którego pies narobił w windzie, o aktorkach i aktorach, których ubierała w teatrze, wreszcie o młodzieży, która jest „git”. Pani Basia nie mówi niczego oryginalnego ani nadzwyczaj mądrego, robi to jednak w taki sposób, że obserwatorowi trudno opanować wybuch śmiechu. Do dzisiaj ów pierwszy filmik obejrzało ponad 7 mln internautów, jak wynika z licznika YouTube, choć medioznawcy twierdzą, że widzów było dużo więcej. Chyba żaden z nich tak naprawdę nie wiedział, co ogląda. Coś, co było brane za przypadkowo nakręconą scenkę z udziałem „zakręconej” kobiety, okazało się być przemyślanym przedsięwzięciem dwójki młodych, utalentowanych ludzi z Wrocławia, producenta Grzegorza Cholewy i reżysera Bartłomieja Szkopa.

- Pierwszy film wpuszczony do sieci był fragmentem serialu „Klatka B”. Nakręciliśmy go w bloku, w serialowym mieszkaniu głównej bohaterki, którą była pani Basia. Projekt powstał kilka miesięcy wcześniej, tak, jak powstają tradycyjne produkcje. Scenariusz, casting, ekipa, realizacja, emisja. Wszystko od pomysłu do kwestii realizacyjnych było świadomie przygotowane - mówi Bartłomiej Szkop. Wyjaśnia, że wszystkie pomysły inscenizacyjne oraz teksty wypowiadane przez panią Basię wynikają ze scenariusza i są reżyserowane. Barbarę Rogowską poznał w agencji castingowej, której był pracownikiem. Jak przyznaje, pani Basia idealnie pasowała do wymyślonej wcześniej postaci. Casting do roli był zbyteczny.

- Basia uwielbia jeździć na rowerze. Prowadzi codzienne, normalne życie. Jeździ środkami komunikacji miejskiej, nie ma samochodu. Uwielbia artystów, dlatego często można ją zobaczyć jako gościa na różnych wydarzeniach artystycznych we Wrocławiu. Jest raczej spokojna, nie przeklina prywatnie, ale ma temperament. Nie pije alkoholu - opowiada Bartłomiej Szkop.

Do tej pory powstało ponad 270 odcinków z panią Basią w roli głównej (kilka tytułów: „BMW za SMS”, „Akcja kupa”, „Balsam”, „Problemy nastolatka”). Można je obejrzeć na YouTube i na Blogu Baśki. Jak mówią twórcy, blog przynosi pewne zyski, ale nie są to kokosy.

Niekryty Krytyk zarabia

Podobne przedsięwzięcia medioznawcy nazywają internetowym show. Ciekawym przykładem jest pomysł 28-letniego Macieja Frączyka z Łodzi. Ten nieznany wcześniej anglista w 2009 r. zaczął wrzucać na YouTube filmiki, w których szydził z produkcji filmowych i trendów kulturowych. Siedział przed kamerą, robił głupie miny i właściwie nie mówił niczego odkrywczego. Wkrótce okazało się, że internetowa społeczność właśnie tego potrzebuje. Do dziś twórczość Niekrytego Krytyka (taki pseudonim Frączyk przyjął w sieci) obejrzało ok. 100 mln ludzi. Po pewnym czasie zaproponowano mu udział w programie partnerskim, polegającym na odpłatnym już realizowaniu filmików, a jesienią 2011 r. zdolnego łodzianina wzięło pod swoje skrzydła Radio Zet, oferując mu poranny kącik felietonisty.

Niedawno ukazała się książka pt. „Zeznania Niekrytego Krytyka”, będąca zbiorem felietonów na temat Internetu, pop kultury i... własnej kariery. Droga Macieja Frączyka w pełni ukazuje moc cyberprzestrzeni, która z pasji potrafi stworzyć pieniądze, a nieznaną postać wyłowić z niebytu.

- Niekryty Krytyk, choć nie robi niczego oryginalnego, ma rozpoznawalny produkt - mówi o tajemnicy sukcesu Frączyka medioznawca Maciej Budzich z Media Fun. Wyjaśnia, że zarabianie w sieci zaczyna się od ok. 100 tys. wyświetleń. Zarabia się na reklamach. Mając rozpoznawalną twarz można zgłosić się do programu partnerskiego lub liczyć się z tym, że ktoś zgłosi się do nas. Na przykład uczelnia lub instytucja, której spodobały się treści edukacyjne naszych filmików.

Do większości autorów wideoblogów nie zgłosi się jednak nikt. Przynajmniej nie z propozycją pracy. Bo cóż można zaproponować mówiącemu wierszem długowłosemu człowiekowi z brodą, który podając się za Jezusa Chrystusa nawraca na samego siebie? Nie mniejszy kłopot jest z niejaką Elżbietą Tyarą Gas, nawiedzoną kobietą wieszczącą... właściwie nie wiadomo co. Mesjasz, wizjonerka i cała reszta kolorowej menażerii pracy może nie dostaną, ale i tak fenomenem pozostaje fakt, że „wykwity” ich myśli ogląda w Internecie po kilka tysięcy ludzi.
Kalejdoskop

Dziwni i dziwniejsi

Hardkorowy Koksu - naprawdę Robert Burneika, 34-letni Litwin z USA, monstrualnie zbudowany kulturysta.

Luntek - Paweł Pyszczyński, androgeniczny typ urody, ulubione powiedzenie: „bez kitu”. Zniewieściałym głosem reklamuje perfumy, dietę głodową, itp. Bez powodzenia startował w programie „Mam talent”.

Piguła z Gdyni - pod filmikami na YouTube podpisuje się: Ewelina Chodziutko. Mówi o wszystkim i o niczym. Jej wstawki ogląda od kilku do kilkudziesięciu tysięcy widzów.