Wojtek. Miś, który uwielbiał zapasy

Szymon Spandowski, zdjęcia z archiwum Wojciecha Narębskiego 2 listopada 2012, aktualizowano: 16-12-2013 12:25

Urodził się we Włocławku, studiował w Toruniu, mieszka w Krakowie - prof. Wojciech Narębski, ostatni żyjący w Polsce żołnierz 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii wojsk generała Władysława Andersa, doskonale pamięta swojego imiennika z jednostki, chyba najbardziej niezwykłego bohatera II wojny światowej. I nie ma wątpliwości: to był niedźwiedź wyjątkowy.


Kto wpadł na pomysł, by z groźnego drapieżnika zrobić przytulankę dla dzieci? Przecież dorosłe niedźwiedzie ważą po kilkaset kilogramów, no i jeszcze te kły oraz pazury... Zgoda, małe są słodkie, ale później? Później? Potrafią być takie same! Nawet jeśli dźwigają 150-kilogramowe skrzynki z amunicją. Nawet jeśli niedźwiedziowi w ulubionych przez niego zapasach nie są w stanie sprostać najsilniejsi ludzie w kompanii.

Miś, który lubił zapasy, jadł papierosy, do tego jeszcze razem z kolegami ludźmi pił piwo. Wszystko jasne, chodzi o słynnego niedźwiadka z Armii gen. Andersa, chyba najbardziej niezwykłego bohatera II wojny światowej. Kto dziś nie zna jego historii? Czy też może raczej legendy, bo niesamowita opowieść obrosła całkiem grubym kożuchem bajek. My jednak mieliśmy szczęście usłyszeć ją od ostatniego żyjącego w Polsce kolegi niedźwiedzia. Misia, który będąc szeregowcem II Korpusu gen. Andersa i służąc w 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii, stał się jej symbolem.

Wojtek duży i mały

- Kiedy jesienią 1942 roku dotarłem do oddziału, od razu zameldowałem się jego dowódcy, majorowi Chełkowskiemu - wspomina profesor Wojciech Narębski. - Ten, gdy usłyszał, jak mam na imię, odparł: „O, kolejny Wojtek? Dobrze, więc ty będziesz małym Wojtkiem, bo my tu już jednego mamy. On jeszcze duży nie jest, ale niebawem będzie”.

Niedźwiedź Wojtek w kompanii przebywał od sierpnia, urodził się w Persji niecały rok wcześniej. Zanim został żołnierzem II korpusu, był maskotką, a później zmorą oficerów sztabowych. W obecnym Iranie, za kilka konserw małego misia kupił w kwietniu 1942 roku porucznik Anatol Tarnowiecki i podarował Irenie Bokiewicz. Niedźwiadek zaczął jednak sprawiać kłopoty, trafił zatem do sztabu. Tam psocił jeszcze bardziej. Pewnego dnia wdrapał się na stół i zeżarł przygotowane dla oficerów śniadanie. Za karę został przeniesiony do kompanii zaopatrującej w amunicję polskie baterie.

Gdyby nie działo się to podczas bliskowschodnich upałów, można by powiedzieć, że miał tam jak u Pana Boga za piecem. Kiedy był mały, spał razem ze swoim opiekunem Pietrkiem. Gdy podrósł, nocą warował przed jego namiotem. W dzień natomiast, gdy wojsko Andersa stacjonowało w Iraku... Oj, rację miał Władysław Broniewski pisząc, że „Lepiej mieć na dupie czyrak, niźli zamieszkiwać Irak”. Dni były potworne!

- Parszywie gorąco - wspomina Wojciech Narębski. - Przed namiotami mieliśmy gliniane stągwie z wodą, która dzięki temu, że parowała, była zimna. Lekarz cały czas pilnował, by każdy z nas dziennie wypijał jej cztery litry. Wojtek natomiast spędzał te dni w wykopanym przez kolegów i wypełnionym wodą dole, w którym się taplał.

Miłośnikiem kąpieli został zresztą na zawsze. W 1944 roku, gdy, już w Italii, przez trzy miesiące korpus walczył nad Adriatykiem, pewnego dnia miś, widząc morze, wyskoczył z ciężarówki, którą podróżował w szoferce, a na ogół stercząc na jej pace z łapami opartymi o dach kabiny kierowcy, i popędził w stronę wybrzeża.

Z Włoszkami na plaży

- Bardzo dobrze pamiętam tę scenę. My zaczęliśmy za nim wrzeszczeć: „Wojtek, wracaj!” A on nic, futro miał grube, gorąco mu było. Wpadł na plażę, a tam akurat kąpały się dziewczyny. Naturalnie od razu podniosły wrzask, więc my, pędząc za niedźwiedziem, zaczęliśmy wołać po włosku: „Nie bójcie się, ten niedźwiedź jest bardzo dobrze wychowany.”

No i Wojtek dał tego dowód. Ochłodził się pod okiem obserwujących go z brzegu kolegów, a później wyszedł na piasek, strząsnął z siebie wodę i poleciał na swoje miejsce w aucie.

Zanim duży Wojtek trafił do 22 kompanii, minęło więc nieco czasu. Droga, jaką pokonał wtedy Wojciech Narębski, była znacznie dłuższa. Syn Stefana Narębskiego, wybitnego architekta i profesora Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, był nastolatkiem, gdy wybuchła wojna. Wstąpił wtedy do organizacji podziemnej.

Za wolność naszą i waszą

- W sumie była to dziecinada, niemniej przez rok wydawaliśmy pismo „Za wolność naszą i waszą”. Kto by pomyślał, że później będę pod tym hasłem walczył w Italii!

Jak wszyscy żołnierze Andersa, na antyczną ziemię, na której swoim bojowym rydwanem szalał wtedy bóg Mars, nasz rozmówca dotarł pokonując ziemię bardzo nieludzką - Związek Radziecki. Młodzieżowa organizacja podziemna została rozbita przez sowiecką bezpiekę, a Narębski, aresztowany tuż po swoich 16. urodzinach, trafił do więzienia. Stamtąd, kiedy armie hitlerowskie zaczęły zalewać imperium Stalina, razem z innymi więźniami został zapędzony na wileński dworzec kolejowy, załadowany do bydlęcgo wagonu i po 10 dniach podróży praktycznie bez jedzenia, trafił za kolczaste druty. Wyszedł dzięki układowi Sikorski-Majski. Nie od razu.

- To nie było tak, że nagle otwierały się bramy obozów - wspomina. - Zwalniani byliśmy po kolei, każdy z nas musiał najpierw mieć przydzielone miejsce pobytu. Ja trafiłem do sowchozu pod Kirowem (dawnej Wiatką - przyp. red.). Fatalnie, nawet ziemniaków tam nie było, żywiliśmy się marchewką hodowaną na wodzie. Na szczęście spotkałem kilku podoficerów z Nowej Wilejki, którzy zabrali mnie do wojska. Zostałem przyjęty, choć nie byłem jeszcze w wieku poborowym. Skrajnie wyczerpany, trafiłem jednak do szpitala, gdzie leczono mnie... sokiem z marchwi. Niemcy podchodzili wtedy pod Moskwę, niczego innego nie było.

Kuracja okazała się jednak skuteczna i nasz rozmówca, jako żołnierz oddziału wartowniczego, via Uzbekistan, Persję, Irak, Palestynę, ruszył na front. W Palestynie trafił 3. Dywizji Piechoty, formowanej w oparciu o słynną z walk o Tobruk Brygadę Karpacką. Tam jednak zachorował na zapalenie opłucnej i pięć miesięcy spędził w szpitalu. Po powrocie został odkomenderowany z piechoty do zaopatrzenia, gdzie trafił na swojego niedźwiedziego imiennika, o którym legenda mówi, że pod Monte Cassino, pod niemieckim ogniem nosił skrzynki z amunicją. Jak się okazuje, jest to bajka. Żołnierze 22 kompanii, krążąc po włoskich serpentynach ciężarówkami z wyłączonymi światłami, dowozili głównie amunicję do ciężkich baterii, ustawionych poza rejonem zmagań opisanych przez Mechiora Wańkowicza.

Człowiek w niedźwiedziej skórze

- Wojtek od szczeniaka wychowywał się wśród ludzi, czuł się więc chyba człowiekiem, a w każdym razie w wielu czynnościach nas naśladował - dodaje Wojciech Narębski. - Kiedyś zobaczył, że dźwigamy 150-kilogramowe skrzynki z amunicją i zaczął robić to samo. Jego główną zaletą było jednak - moim zdaniem - co innego. Nasz dowódca zdawał sobie sprawę z tego, że obecność sympatycznego misia wśród żołnierzy, którzy sporo przeszli i od dawna nie widzieli domu, doskonale wpływa na ich morale. Niedźwiedź na ogół siedział przed kancelarią na łańcuchu, nigdy nikomu nie zrobił krzywdy, a wprowadzał sporo humoru. Nieraz np. zdarzało się, że blisko nas stacjonowały żeńskie kompanie transportowe. Dowoziły zaopatrzenie, które my transportowaliśmy w stronę linii frontu, i wracały do baz na południu. Dziewczyny często suszyły swoją bieliznę. Kiedyś Wojtek na to pranie zaszarżował, a później wrócił do nas obwieszony sznurem z bieliźnianymi trofeami.

Kompanijny zwierzyniec był zresztą dużo większy. Jeszcze w Palestynie Wojtek miał niedźwiedziego kompana - misia Michała, który jednak miał dość podły charakter, trafił więc do zoo w Tel Awiwie. Jego dyrektor, uradowany ze zdobyczy, podarował w zamian Polakom małpkę. Krysia okazała się niezwykle złośliwa, więc jeśli dziś ktoś o niej pamięta, to tylko dzięki Wojtkowi, któremu dawała się we znaki.

Wojciech Narębski i Wojciech niedźwiedź ostatni raz spotkali się pod Bolonią. Miś nadal uprawiał zapasy z kolegami, które dla pokonanych ludzi zawsze kończyły się wylizaniem twarzy, człowiek natomiast skończył szkołę podchorążych (generał Anders dbał o wykształcenie swoich żołnierzy) i został instruktorem.

Po wojnie niedźwiedź zamieszkał w edynburskim zoo, gdzie skończył żywot 2 grudnia 1963 roku. Miś, którego niezwykła, opisana w kilku książkach historia, staje się scenariuszem kolejnych filmów, był jedną z głównych atrakcji ogrodu w szkockiej stolicy. Podobno do końca reagował, gdy słyszał polską mowę, przez cały czas odwiedzali go także koledzy z jednostki.

Pomorski epilog

Wojciech Narębski już się z nim nie spotkał, wrócił do kraju w 1947 roku. Opowieści profesora słuchamy w jego krakowskim mieszkaniu. Uzbekistan, Persja, Irak... Same dalekie strony. Ściany uginają się od różnego rodzaju pamiątek - plany renowacji wileńskiego ratusza, sporządzone przez jego ojca, Stefana Narębskiego, przedwojennego głównego architekta miejskiego, do dziś zresztą w Wilnie bardzo życzliwie wspominanego, są tu również wojenne pamiątki naszego rozmówcy, przywiezione z Włoch, prezentuje się także kawałek toruńskiej starówki autorstwa Barbary Narębskiej-Dębskiej, siostry profesora, znanej toruńskiej artystki.

- Z Wielkiej Brytanii przypłynąłem do Gdańska, skąd pojechałem do Torunia, do którego wcześniej trafiła moja rodzina - mówi Wojciech Narębski. - Tu skończyłem chemię na UMK.

Później kolega niedźwiedzia o bardzo niezwykłym rozumku trafił do Krakowa, jednak powojenny epizod jego życia nie jest jedynym, jaki wiąże go z naszym regionem. Wojciech Narębski, podobnie jak jego siostra Barbara i brat Juliusz (przyszły dziekan Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi UMK) urodzili się we Włocławku. Tam w latach 20. ubiegłego wieku ich ojciec, Stefan Narębski (20 lat później dziekan wydziału sztuk pięknych toruńskiej uczelni), był głównym architektem miejskim. Jemu Włocławek zawdzięcza m.in. budynek Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej.
Warto wiedzieć

Baśka Murmańska, która ściskała rękę marszałka

Niezwykła historia Wojtka, misia żołnierza wydaje się niepowtarzalna. Tymczasem pochodzący z Persji niedźwiedź nie był jedynym w szeregach polskich sił zbrojnych. Wikipedia przypomina jeszcze Baśkę Murmańską, białą niedźwiedzicę, przygarniętą przez polskich żołnierzy na północy Rosji podczas I wojny światowej. Razem z nimi biała niedźwiedzica, córka regimentu murmańskiego, przydzielona do kompanii karabinów maszynowych, dotarła do kraju i wraz z formacją została skierowana do twierdzy Modlin.

W 1919 roku podczas defilady na placu Saskim wzbudziła sensację, gdy przechodząc przed Józefem Piłsudkim stanęła na dwóch łapach, by razem z całym oddziałem naczelnikowi zasalutować. Po defiladzie dodatkowo podała mu także łapę do uściśnięcia. Niestety, zginęła niedługo później. Zerwała się z łańcucha, przepłynęła Wisłę i została zakłuta widłami przez chłopów, nieświadomych tego, że z groźnym na pozór potworem bawiły się małe dzieci żołnierzy jej pułku. Kilka zdjęć Baśki również można znaleźć w Internecie.