Wyrolowali nawet prezydenta

Krzysztof Błażejewski 8 września 2012, aktualizowano: 16-12-2013 12:28

Trudno uwierzyć, że aż tyle osób dało się nabrać na obietnice Amber Gold. W Kujawsko-Pomorskiem lekcję z parabanków przerobiliśmy na początku lat 90. XX w. Fortuny tracili lekarze, generałowie, politycy, prawnicy. I przyszły prezydent RP...


Ponad dwie dekady temu skończył się w Polsce socjalizm. Większość ludzi, wychowanych w tym ustroju, dość bezradnie poruszała się w świecie raczkującego kapitalizmu. Nowo powstające banki, kasy, agencje lokacyjne, itp., śmiało mogły obiecać zdobycie złotych gór bez większego wysiłku: wystarczyło powierzyć odpowiedniej osobie własne pieniądze.

Pierwszy w naszym regionie na pomysł założenia parabanku wpadł Andrzej Rzeźniczak z Tucholi. Wcześniej imał się różnych zawodów, określanych w PRL-u pogardliwym mianem inicjatywy prywatnej. W latach 80. produkował np. słone paluszki. Już w 1989 r. otworzył w Tucholi Prywatną Agencję Lokacyjną. Zaczął od obietnicy oprocentowania w skali 75 proc. rocznie i aż 215 proc. na lokacie dwuletniej, 300 proc. zaś na - trzyletniej, co, mimo inflacji, zdawało się być manną z nieba. Szybko zrobiło się o Rzeźniczaku głośno, do jego siedziby w Tucholi ciągnęli mieszkańcy Borów Tucholskich (zwożąc pochowane wcześniej w bieliźniarkach i na strychach dolary oraz żywą gotówkę po zbiorach), potem mieszkańcy Chojnic, Bydgoszczy i Gdańska.

Rzeźniczak miał ambicje nie tylko biznesowe, również polityczne. Wybory do Sejmu kontraktowego jeszcze przegrał, był zbyt mało znany. W 1991 roku został senatorem Kongresu Liberalno-Demokratycznego z woj. bydgoskiego, partii, w której rej wodził, m.in., młody wówczas Donald Tusk. W tym samym roku Rzeźniczak otrzymał tytuł biznesmena roku i trafił na listę stu najbogatszych Polaków, według tygodnika „Wprost” . Wszystko wyglądało jak w pięknej baśni...

Wymarzone interesy

Prawie równocześnie z Rzeźniczakiem sprawę w swoje ręce bierze bydgoszczanin Zbigniew S., który od 1987 r. prowadzi Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego „Pol-Tech”. W jego ramach dwa lata później zakłada Kantor Kredytowo-Maklerski „Loan Bank”, który oferuje lokaty na 24 proc. rocznie. Poza Bydgoszczą „bank” otwiera lokale w Szubinie i Żninie. Mieszkańcy Bydgoszczy i okolic łatwo połykają haczyk, przynoszą oszczędności i świeżo zarobioną gotówkę. I przez wiele miesięcy faktycznie „bank” wypłaca im pomnożoną kasę. Pieniądze na ten cel - w obu przypadkach - pochodzą z nowych wpłat. Tego jednak klienci nie wiedzą.

Ten prosty, ale, jak się okazuje, skuteczny mechanizm, szybko dostrzegają inni. Nie chce im się jednak stwarzać wielkich firm i pozorów legalności. W styczniu 1990 roku cichy „bank” zakłada Janusz Paluch, handlarz z targowiska na bydgoskich Bartodziejach. Od tysiąca marek zachodnioniemieckich płaci co miesiąc milion złotych odsetek. To prawdziwa fortuna. Klientów przybywa z dnia na dzień. Za pierwsze wpłacone pieniądze Paluch zakłada firmę „Nedpol”, otwiera sklep, kupuje dom i kilka samochodów. Daje pieniądze na drużynę Zawiszy i obnosi się po bydgoskich salonach ze złotym łańcuchem na szyi. Interes rozwija się tak szeroko, że Paluch musi korzystać z pomocy grupy „bankierów”, którzy w jego imieniu zbierają i wypłacają pieniądze.

Co to znaczy mieć gest

Jesienią 1990 roku całkiem prywatny „bank” otwiera Jan W., mieszkaniec Nakła, robotnik z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Paterku. Przebija poprzedników. Oferuje aż 30 proc. zarobku w skali miesiąca! Szybko zyskuje przydomek „Janosik”. Uchodzi za konesera sztuki, zakłada firmę „Old-Art”, organizuje aukcję obrazów, sponsoruje zespół Air Force One, imprezy kulturalne, daje na szkołę, na Kościół. Kupuje willę w Bydgoszczy i luksusowe samochody, do prowadzenia „banku” wynajmuje pośredników. Ludzie, by mieć na lokatę u niego, sprzedają samochody, działki, mieszkania i domy. Liczą, że potem kupią sobie lepsze...

Prywatna Agencja Lokacyjna Andrzeja Rzeźniczaka w Tucholi wraz ze spadkiem inflacji zmniejsza oprocentowanie. Najwięcej oferuje za wkłady powyżej 300 tys. zł lub 30 dolarów. Wpłaty złotówkowe roczne miały u niego otrzymywać 54,5 proc. (w PKO w tym czasie 42 proc.), dewizowe roczne - 25 proc. Losuje wśród wpłacających kolorowe telewizory i „maluchy”. I u Rzeźniczaka, i u Zbigniewa S. lokowano jednak głównie dewizy, które od niedawna można było legalnie nabywać w kantorach. Do złotówki zaufania nie miał prawie nikt.

W 1991 r. zaczynają się kłopoty parabanków. 15 grudnia jako pierwszy znika Jan W. Ukrywa się przed policją przez 9 miesięcy. Po nim popada w kłopoty Bydgoskie Konsorcjum Kapitałowo-Inwestycyjne, założone przez Ryszarda Bagińskiego, który wyjechał do USA. Na wieść o wszczętym śledztwie przez prokuraturę klienci masowo wycofują wkłady. W marcu 1992 roku zamknięty ma zostać oddział w Bydgoszczy.

Oszukani właściciele lokat gromadzą się pod drzwiami i nie pozwalają wyjść dyrektorowi i zatrudnionym tam pracownicom. Przyjeżdża wiceprezes i obiecuje, że w kwietniu konsorcjum zacznie oddawać pieniądze, zaczynając od najniższych lokat. Klienci wybierają społeczną radę wierzycieli, która ma tego dopilnować. Również w marcu rozpoczynają się problemy „Loan-Bancu” (w międzyczasie uległa zmianie pisownia słowa bank). Bydgoska siedziba zostaje zamknięta.

Pod drzwiami ustawiają się kolejki poszkodowanych. Szef proponuje klientom odbiór gotówki w... towarze (samochody i telewizory). W kwietniu 1992 roku przestaje wypłacać powierzone mu lokaty Janusz Paluch. Próbuje ratować swój interes. Udaje się do Gdańska. Prosi prałata Henryka Jankowskiego o poparcie wniosku do „Prosper-Banku” o znaczący kredyt. Słowo księdza od św. Brygidy ma swoją moc. Pożyczka jednak wystarcza na krótko. Poszkodowani idą na policję, prokurator wystawia list gończy, bo Paluch znika. 16 kwietnia sam zgłasza się na policję w Kołobrzegu.

Nikt nie jest w stanie doliczyć się, ilu ludziom ile pieniędzy jest winien, bo nie prowadził żadnej dokumentacji. Powstają legendy, którym sam oskarżony, wyraźnie łasy na sławę, nie przeczy. Potem w sądzie utrzyma wersję o współpracy z tajemniczą mafią ze Wschodu, o której nie wolno mu mówić.

Winne radio i cykliści

13 lipca z roszczycielami spotyka się po raz kolejny Zbigniew S. i oznajmia na łamach lokalnego dziennika: - „Loan-Banc” jest winny wierzycielom 398707 dolarów. Oddam wszystkim co do grosza, ponadto doliczę 2 proc. odsetek miesięcznie. Nikt z „Loan-Bancu” bez pieniędzy nie wyjdzie - obiecuje. - Winne sytuacji jest bydgoskie radio - twierdzi.

Miesiąc później, choć obiecał, już nie spotkał się z wierzycielami. Zapewnił pisemnie, że spłaci wszystkich do połowy stycznia 1993 r. Słowa nie dotrzymuje. Klienci dowiadują się, że nie był to prawdziwy bank, objęty gwarancjami i nie otrzymają z bankowego funduszu żadnego odszkodowania.

14 września 1992 roku na przejściu granicznym w Słubicach zatrzymany zostaje Jan W. Wpadł, bo ktoś życzliwy poinformował prokuraturę. Jak się okazało, wcześniej kilkakrotnie wyjeżdżał do Niemiec i wracał. Już wiadomo, że „wyrolował” około 100 osób na sumę 10 mld zł, policja ma jednak świadomość, że nie jest to cała suma i takiej nigdy nie ustali, albowiem wielu wpłacających będzie się bało do tego przyznać ze strachu przed odpowiedzialnością karno-skarbową (nieodprowadzanie podatku od pożyczki i zysku).

Ostatnia upada agencja senatora Rzeźniczaka. 10 października, w sobotę, odbywa się ostatnie losowanie samochodów i telewizorów dla klientów. W poniedziałek na drzwiach PAL pojawia się kartka informująca o zamknięciu agencji z powodu... choroby kasjerki. 22 października 1992 r. do akcji wkracza prokurator i oskarża senatora o nielegalne prowadzenie agencji, przyjmującej wkłady od ludności. Ustala, że tylko w 1992 r. od 10 kwietnia do końca września założyciel PAL przyjął wkłady od 600 osób na sumę 15 mld złotych, łącznie zaś ma na sumieniu 2,2 tys. klientów, którym jest winny 6 mln zielonych.

Dziennikarz „Expressu Bydgoskiego”, który odszukał senatora, stwierdza w rozmowie z nim: „Pańską sytuacje porównuje się z sytuacją Palucha, Jana W., „Loan-Banku”...”. A Rzeźniczak na to: „Nie dziwię się. Ale ja wyjdę z tego”.

Nie wychodzi. Do akcji wchodzą komornicy, zabierają kilka luksusowych aut, w tym przedwojennego austina, którym jeździł przypuszczalnie Bolesław Bierut. Jednak sam senator broni się immunitetem. Ma nadzieję, że potrwa to jeszcze dwa lata. Tymczasem Sejm ulega przedwczesnemu rozwiązaniu. Rzeźniczaka bierze w obroty prokuratura.

W tym samym czasie przed Sądem Rejonowym w Bydgoszczy rozpoczyna się proces „Janosika”. Okazuje się, że w jego parabanku 80 klientów straciło ok. 18,5 mld starych złotych; rekordzista, nakielski przedsiębiorca - 3,5 mld. Na procesie Jan W. powoływał się na „Wesołowskiego” z Warszawy, który ponoć kierował tym interesem, przyjmował od „Janosika” i wypłacał mu pieniądze, a sam zarabiał kokosy na handlu rublami, bronią i narkotykami.

Mamucie procesy

Wyrok dla Jana W. brzmiał: 4 lata. Odsiedział je i znów wrócił do naciągania. Wyłudził od klientów salonu samochodowego „Autex” zaliczki na samochody (120 tys. zł), a potem sprzedał te auta innym. Był poszukiwany listem gończym. W ręce policji wpadł w marcu 2000 roku, trafił do aresztu, by znów po zwolnieniu zapaść się pod ziemię. Złapano go ponownie w marcu 2003 roku i osądzono.

Z kolei proces Janusza Palucha trwał aż... 15 lat. Rozpoczął się 1 lutego 1994 roku. Samo czytanie aktu oskarżenia zajęło jeden dzień. Mający stanąć przed trybunałem ksiądz Jankowski uchylał się od tego przez pół roku, potem jednak, postraszony wizją doprowadzenia go na rozprawę siłą, przyjechał do Bydgoszczy. Proces dobiegł końca po dwóch latach. Paluch jednak umknął karze, gdyż wyrok został uchylony ze względów proceduralnych. Takiego obrotu sprawy oszust nie spodziewał się, kilka dni przed ogłoszeniem wyroku ukrył się...

Wznowiony proces przeciągnął się do 2009 roku, a mógł trwać jeszcze dłużej, bo do przesłuchania zostało kilkuset świadków z całej Polski. Paluch jednak porozumiał się z prokuraturą i dobrowolnie poddał się karze. Dostał 3 lata pozbawienia wolności i 5 tys. zł grzywny. Żadna z 823 osób, które straciły w parabanku Palucha 9 milionów marek niemieckich, nie odzyskała pieniędzy. Byli wśród nich generałowie, oficerowie, prawnicy, politycy. Najwięcej, bo aż 3,5 mld zł, wpłacił znany trener piłkarski. Mniejszą sumę „utopił” generał z Pomorskiego Okręgu Wojskowego, który „akurat miał wolne środki” i wpłacił pieniądze, podając je przez płot swojej działki...

Kilka lat po krachu piramidy Paluch znalazł kolejne ofiary. Powołując się na znajomości, wyłudzał zaliczki na zakup garnizonowych mieszkań, za co również odpowiadał przed sądem.

Niewinni do końca

Sprawa „Loan-Bancu” trafiła do sądu dopiero w 1997 roku. W maju 2001 roku Zbigniewa S. skazano na 3,5 roku więzienia, 9 tys. złotych grzywny oraz zwrot wkładu z odsetkami trzem osobom, których roszczenia zostały dopisane do aktu oskarżenia. Na wieść o tym do sądu masowo poczęły wpływać kolejne wnioski o zwrot na drodze cywilnej. Tyle że Zbigniew S., jak twierdził, oddawać nie miał z czego. Majątek przepisał na rodzinę, a jako chory nie mógł podjąć żadnej pracy.

Najpóźniej przed sądem, bo dopiero w 1999 roku, stanął Andrzej Rzeźniczak. Wcześniej nie przychodził na rozprawy, tłumacząc się chorobą. Dostał 5 lat za oszustwa kredytowe i drugie 5 lat za prowadzenie pseudobanku. Kiedy Sąd Apelacyjny odrzucił jego odwołanie, był już 2004 rok. Na wieść o tym Rzeźniczak prysnął. Szukano go po całej Europie. Złapany został dopiero w 2010 roku w Gdańsku, gdzie się ukrywał u swojej rodziny. Wpadł, bo chory na serce, zarejestrował się u lekarza pod własnym nazwiskiem. Wtedy też trafił za kratki, jednak długo w celi nie przebywał. Trzy miesiące później zmarł w areszcie w Chojnicach.
Fakty

Jak to z panem prezydentem i Paluchem było...

Czy u Janusza Palucha pieniądze stracił również, jak się powszechnie mówi, obecny prezydent RP? Odpowiedzi doszukiwać się można w sporządzonym w 2007 roku aneksie do raportu z weryfikacji WSI. Zapisano w nim: „Służby interesowały się również kontaktami finansowymi Komorowskiego i Rayzachera z Januszem Paluchem, który prowadził tzw. działalność parabankową. Komorowski, Rayzacher i Benedyk mieli zainwestować w przedsięwzięcie Palucha 260 tys. DEM”. (...)

W notatce WSI stwierdzono, że Rayzacher i Komorowski nie mieli „możliwości żądania zwrotu pieniędzy drogą prawną”. W.S. Tomaszewski dowiedział się, że „generałom udało się odzyskać pieniądze przy pomocy kontrwywiadu wojskowego”. Próbą odzyskania pieniędzy zajął się w imieniu Komorowskiego i Rayzachera W.S. Tomaszewski”.

Sam prezydent, zapytany o tę sprawę wprost, oświadczył „Gazecie Wyborczej”: „Otóż to mnie ukradziono wówczas pieniądze, które pożyczyłem od rodziny i powierzyłem p. Rayzacherowi, który je umieścił w jakiejś piramidzie”.